Notka, z innego bloga, którego prowadziłem, a do którego zapomniałem hasła, a próby odzyskania go, kończyły się fiaskiem. Lubię tą notkę i dlatego chcę ją przerzucić również na tego bloga.
“Czy jest postępem, jeśli kanibal używa noża i widelca” Stanisław Jerzy Lec, jest tego autorem. Teraz przyjrzyjmy się temu zagadnieniu. Z jednej strony, jest to postęp, bo jednak odżywia się w bardziej cywilizowany sposób, ale jednak, to nadal jest kanibal, ludożerca. Dochodzimy do relatywizmu, co jest ważniejsze, postęp w dziedzinie kultury jedzenia, czy to, że “nóżka z grilla” ma dla niego nieco odmienne znaczenie? Trudne pytanie, nie sądzicie? Trochę to mi też o psychomachię zachacza, czyli o walkę dobra, ze złem, o duszę bohatera, to się bodajże w Kordianie pojawiało. Ale nie odbiegajmy od tematu, za bardzo. Jeśli taki ktoś miałby umrzeć, nie jedząc nic, to jest to jeden z czynników, który wymiar osądu mógłby złagodzić, jeśli dodatkowo zjadana jednostka była, nieuleczalnie chora, stara, lub w inny sposób nie przydatna społecznie, może taki ktoś wręcz oddaje społeczeństwu przysługę. Ale ja nie nazywam się Fredzio Nietzsche, tylko Adam, nazwisko zostawię dla siebie. Ale samo jedzenie człowieka, musi być obrzydliwe, to jeszcze nie dawno była ludzka istota, tak przez wszystkich idealizowana. Wiecie, że u zwierząt nie ma odnotowanych przypadków kanibalizmu? Trochę to odejmuje nam czci, swoją drogą może słusznie, bo wcale tacy cudowni nie jesteśmy. Ale no, jednak on posługuje się nożem i widelcem, przejaw wyższej kultury. Jak coś więcej mi się na myśl nasunie, to napiszę. Na razie kończę tą notkę…Pomyślałem trochę, i wracam do pisania. Z drugiej strony jeśli kanibal zje mięso człowieka chorego na coś zaraźliwego, to sam zapadnie na tą chorobę, jak to mi pewna złota Rybka podpowiedziała. Więc może nie jest to w tym konkretnym wypadku dobre. Temat wymaga do głębszych przemyśleń, kilku “głębszych”. Powtórzenie zamierzone, bo to taka gra słowna, wiecie? Ale może jakoś spróbuję skończyć ten wpis w sposób konstruktywny. Tylko jak? Czy bawić się w moralizatora, i potępić kanibalizm, czy pochwalić ich za przejaw kultury jakim niewątpliwie jest posługiwanie się sztućcami. O, już wiem. Zakończę to, tak: Podałem wam za, i przeciw. Osąd zostawiam wam.
piątek, 1 czerwca 2012
piątek, 25 maja 2012
O sucharkach traktat.
UWAGA! Suszy mocniej z każdą linijką.
Dlaczego kawały pewnego konkretnego konkretnego typu są uznawane za "suchary", a inne nie? Dlaczego kawał o Cinciorku, albo o ciastku wywołują tylko i wyłącznie tekst "Suchar!"?Żeby nie było nie domówień przytoczę te kawały.
Kawał o ciastku.
Ciastka leżą sobie na blasze w piekarniku.
Jedno mówi:Ale tu gorąco.
-Osz kurwa, gadające ciastko-odparło drugie.
Kawał o Cinciorku.
Wsiada kobieta z wielką walizką do pociągu, siada w przedziale. W pewnym momencie podróży, lekko uchyla walizkę, wrzuca tam cukierka i mówi:Masz Cinciorek. Ciamkciamkciamk i wypada papierek po cukierku. To bardzo zaintrygowało współpasażerów. Jeden się odzywa: To może ciastko?- Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Ciamkciamkchrup i nic nie wypada, bo ciastka nie są w papierkach. To może kremówkę? Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Ciamkciamkciamk i wypada talerzyk po kremówce. To może oranżady? Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Gulgulgul i wypada pusta butelka. To może paluszka? Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Chrupchrup, i nic nie wypada, bo paluszki nie są w papierkach. To może, wędzonego kurczaka? Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Mlaskmlaskmlaskmlask i wypada szkielet kury. W tym momencie kobieta z walizką udała się do toalety, współpasażerowie rzucili się otwierać walizkę...A tam Cinciorek.
Sam jestem suchmistrzem, czy też Majorem Sucharskim(ostatnio awansowałem na generała). Mnie te kawały tylko i wyłącznie bawią, bo są uroczo absurdalne i głupie. Trochę jak dźwięki pierdzenia. Albo mam poczucie humoru 2 latka mając lat prawie 20, czyli za kolejny krzyżyk, będę miał poczucie humoru 3-latka? Cieszy mnie to mówiąc szczerze. Będę szczęśliwszy. Ktoś kiedyś powiedział, że suchar to dowcip zbyt inteligentny, dla większości ludzi. Może coś w tym jest, ale kłóciłbym się czy na pewno o inteligencję tu chodzi. Może raczej o pewną mieszankę inteligencji, głupoty i braku kilku klepek(o ile jeszcze się tak mówi). Wiem, że inteligencja i głupota są przeciwieństwami, więc jest się takim, albo takim, ale sucharki są tylko dla wybranych(jaśniej nie mogę), to jest "chleb wybrańców" i cieszcie się jeśli jesteście wybranymi, bo zawsze lepiej to niż być wybranym na ofiarę dżumy, a po za tym świat staje się jednym wielkim sucharem. Bo czyż nie jest sucharem, to że w KAWiArniach w ogóle podaje się piwo? Rzecz jeszcze nie tak dawno temu nie do pomyślenia. Albo, że teraz żeby być sławnym wystarczy zaszokować? Wyjdźcie pod dowolny znany pomnik na Świecie, będąc ubranymi alternatywnie i awangardowo za razem i zacznijcie pod nim defekować, albo wydalać cokolwiek. Jak ktoś wezwie policję, to powiedzcie, że to performance i sklećcie na szybko teorię waszej sztuki. Będziecie znani. Możliwe, że ktoś nawet was gdzieś zatrudni. Volaille(chyba tak się pisze francuskie Włuala). Jesteście ustawieni. Zabawne prawda? Jak ofiary klauna mordercy. Z uśmiechami wyrytymi brzytwą i wymalowanymi czerwoną szminką. Uroczy widoczek, nieprawdaż? Tu pewno odpadła większość z tych, którzy zostali po kawale o Cinciorku.
Ale wracając do tematu, to może trochę zależy od opowiadającego? Tak mi się zdaje, ale z doświadczenia wiem, że to nie ma aż tak dużego wpływu na suchość sucharka jak sam fakt jego suchości. Ale co jest w nich takiego suchego?
Przecież są zabawne. Nie zawsze jakieś bardzo inteligentne, ale jednak powodują śmiech. A może to po prostu ludzie myślą: "No, przecież nie mogę się z tego śmiać, bo to suchar nie mogę się pokazać jako ktoś kogo to bawi". Tylko dlaczego ludzie mieli by tak myśleć? "Nie wiem, nie powiem", "odpowie Ci wiatr, szemrzący wśród skał/traw/pach(nie pamiętam), odpowie Ci bracie tylko wiatr" czy jak to tam się śpiewało. Może powinna zostać zidentyfikowana nowa jednostka chorobowa, "Zespół Suchmajstra" objawiający się zrozumieniem dla tego typu żartów. Obiecuję dobrowolnie współpracować z naukowcami, żebyście Wy nie musieli. Widzicie jaki jestem dobry? A teraz dostaniecie sucharka mojego pomysłu, wykonania http://ombra656.deviantart.com/gallery/ . Mam nadzieję, że smaczny.
Dlaczego kawały pewnego konkretnego konkretnego typu są uznawane za "suchary", a inne nie? Dlaczego kawał o Cinciorku, albo o ciastku wywołują tylko i wyłącznie tekst "Suchar!"?Żeby nie było nie domówień przytoczę te kawały.
Kawał o ciastku.
Ciastka leżą sobie na blasze w piekarniku.
Jedno mówi:Ale tu gorąco.
-Osz kurwa, gadające ciastko-odparło drugie.
Kawał o Cinciorku.
Wsiada kobieta z wielką walizką do pociągu, siada w przedziale. W pewnym momencie podróży, lekko uchyla walizkę, wrzuca tam cukierka i mówi:Masz Cinciorek. Ciamkciamkciamk i wypada papierek po cukierku. To bardzo zaintrygowało współpasażerów. Jeden się odzywa: To może ciastko?- Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Ciamkciamkchrup i nic nie wypada, bo ciastka nie są w papierkach. To może kremówkę? Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Ciamkciamkciamk i wypada talerzyk po kremówce. To może oranżady? Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Gulgulgul i wypada pusta butelka. To może paluszka? Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Chrupchrup, i nic nie wypada, bo paluszki nie są w papierkach. To może, wędzonego kurczaka? Ja nie, ale Cinciorek bardzo chętnie. Mlaskmlaskmlaskmlask i wypada szkielet kury. W tym momencie kobieta z walizką udała się do toalety, współpasażerowie rzucili się otwierać walizkę...A tam Cinciorek.
Sam jestem suchmistrzem, czy też Majorem Sucharskim(ostatnio awansowałem na generała). Mnie te kawały tylko i wyłącznie bawią, bo są uroczo absurdalne i głupie. Trochę jak dźwięki pierdzenia. Albo mam poczucie humoru 2 latka mając lat prawie 20, czyli za kolejny krzyżyk, będę miał poczucie humoru 3-latka? Cieszy mnie to mówiąc szczerze. Będę szczęśliwszy. Ktoś kiedyś powiedział, że suchar to dowcip zbyt inteligentny, dla większości ludzi. Może coś w tym jest, ale kłóciłbym się czy na pewno o inteligencję tu chodzi. Może raczej o pewną mieszankę inteligencji, głupoty i braku kilku klepek(o ile jeszcze się tak mówi). Wiem, że inteligencja i głupota są przeciwieństwami, więc jest się takim, albo takim, ale sucharki są tylko dla wybranych(jaśniej nie mogę), to jest "chleb wybrańców" i cieszcie się jeśli jesteście wybranymi, bo zawsze lepiej to niż być wybranym na ofiarę dżumy, a po za tym świat staje się jednym wielkim sucharem. Bo czyż nie jest sucharem, to że w KAWiArniach w ogóle podaje się piwo? Rzecz jeszcze nie tak dawno temu nie do pomyślenia. Albo, że teraz żeby być sławnym wystarczy zaszokować? Wyjdźcie pod dowolny znany pomnik na Świecie, będąc ubranymi alternatywnie i awangardowo za razem i zacznijcie pod nim defekować, albo wydalać cokolwiek. Jak ktoś wezwie policję, to powiedzcie, że to performance i sklećcie na szybko teorię waszej sztuki. Będziecie znani. Możliwe, że ktoś nawet was gdzieś zatrudni. Volaille(chyba tak się pisze francuskie Włuala). Jesteście ustawieni. Zabawne prawda? Jak ofiary klauna mordercy. Z uśmiechami wyrytymi brzytwą i wymalowanymi czerwoną szminką. Uroczy widoczek, nieprawdaż? Tu pewno odpadła większość z tych, którzy zostali po kawale o Cinciorku.
Ale wracając do tematu, to może trochę zależy od opowiadającego? Tak mi się zdaje, ale z doświadczenia wiem, że to nie ma aż tak dużego wpływu na suchość sucharka jak sam fakt jego suchości. Ale co jest w nich takiego suchego?
Przecież są zabawne. Nie zawsze jakieś bardzo inteligentne, ale jednak powodują śmiech. A może to po prostu ludzie myślą: "No, przecież nie mogę się z tego śmiać, bo to suchar nie mogę się pokazać jako ktoś kogo to bawi". Tylko dlaczego ludzie mieli by tak myśleć? "Nie wiem, nie powiem", "odpowie Ci wiatr, szemrzący wśród skał/traw/pach(nie pamiętam), odpowie Ci bracie tylko wiatr" czy jak to tam się śpiewało. Może powinna zostać zidentyfikowana nowa jednostka chorobowa, "Zespół Suchmajstra" objawiający się zrozumieniem dla tego typu żartów. Obiecuję dobrowolnie współpracować z naukowcami, żebyście Wy nie musieli. Widzicie jaki jestem dobry? A teraz dostaniecie sucharka mojego pomysłu, wykonania http://ombra656.deviantart.com/gallery/ . Mam nadzieję, że smaczny.
czwartek, 17 maja 2012
Kokokoko?
Wszyscy się rozpisują o kiepskości hymnu naszej reprezentacji, czyli o tym całym "kokoko euro spoko" w wykonaniu zespołu "Jarzębina". W ogóle kto wpadł na pomysł, żeby tak nazwać zespół? Jarzębiak wtedy pili, czy co? Możemy pisać o kiepskości melodii, ale to jest bodajże oberek, czy jakaś inna czysto ludowa melodia, a to na czym zawiesić wszystkie zebrane psy to słowa, bo jestem kimś kto posługuje się głównie słowem i nie prowadzę też video(wideo?)-bloga, żeby was uraczyć fragmentami tej melodii. Mam nadzieję, że przed, czy w trakcie czytania tego tekstu to zrobicie, bo sama melodia jest całkiem znośna. Fajna, żywa melodia, nic tylko tupnąć obcasem i przyrżnąć oberka. Ale skąd tam odgłosy gdakania? Czy jak inaczej to kokanie nazwać. Jako przeciwwagę możemy sobie postawić piosenkę reprezentacji Irlandii na to euro. Też jest melodia oparta na ich folklorze, ale jednocześnie sam zespół nie jest ubrany w narodowe stroje ludowe, czy w jakiś inny sposób "folklorystycznie", a strój mają. Nawet całkiem ładny. A nasze śpiewaczki z Janowa lubelskiego, są co nadaje im taki wręcz "ludowy" wygląd i te stroje nie są brzydkie, zwłaszcza, że są w nim jakieś pozostałości po tatarskie, ale po co się z nim tak afiszować, może posłowie powinni przyjeżdżać w strojach ludowych z okręgu, z którego są wybrani? To było ciekawe, zwłaszcza, że kilka z naszych strojów ludowych na co bardziej "nieforemnych" posłach byłoby całkiem ciekawym widokiem. Chciałbym zobaczyć prezesa którejś z polskich partii Prawicowych(najlepiej tego, który mówił, że zrobi z warszawy Budapeszt) w stroju Jacków Jabłonkowskich, opartym na stroju węgierskich huzarów. Wyobrażacie to sobie? Ja też. Ale żarty na bok. Może gdyby usunąć to kokanie i zmienić strój to byłoby to znośne, choć teksty...Chętnie przytoczyłbym cały tekst irlandzkiej piosenki, niestety jest to kolejna wersja jakiejś ichniej ludowej pieśni wojskowej, o zdradzie w jakimś oblężeniu. A tekst naszej sami sobie sprawdzicie, żebym tutaj nie musiał zapychać sztucznie miejsca. Tak czy siak to co u nich najbardziej słychać w każdej wersji, to niemalże krzyk "You`ll never beat the Irish" a u nas jest tak swojsko trochę o niczym, trochę o euro, a u nich jest taka klasyczna przyśpiewka, od której rośnie serce i gdyby to wyli przy walkach z Anglikami, możliwe, że całe były by pod sztandarem z harfą, bo to po prostu zagrzewa do walki i wspierania. A u nas? Chłopaki na murawie, albo padną ze śmiechu, albo się spalą ze wstydu jak to usłyszą. Teraz na bieżąco siedzę i słucham tej irlandzkiej piosenki na słuchawkach i ten tekst jest o tym, co my skutecznie obśmialiśmy i obrzydziliśmy ludziom, czyli, że kibice to druga drużyna, że od naszego kibicowskiego wsparcia zależy wygrana czy przegrana naszej drużyny. Teraz udało mi się gdzieś wygrzebać w internecie tekst wersji poświęcony ME 2012 tu go wklejam coby wam szukania oszczędzić, a i mnie resztę wywodu ułatwić:
"’Twas in the merry month of Było to w szczęśliwym księżycu
June from our home we started Czerwca, z domu wyruszyliśmy
Left old Eireann’s Isle, to Poland we departed Zostawiwszy starą Eire, do Polski wyruszyliśmy
Hope within our hearts. Nadzieja w naszych sercach tkwi
We can win a trophy Możemy wygrać ten puchar
We’re a part of Trapattoni’s army, Jesteśmy częścią armii Trappatoniego
Get behind the team, hear the Irish scream, Stań za drużyną, usłysz Irlandzki krzyk
C’mon you boys in green, Ireland’s bouncing back again, Chodźcie, wy chłopcy w zieleni, Irlandia podskakuje znów
We have got our Trap, the cat is in the sack, Mamy naszą pułapkę, kot jest w worku
We’ll not forget you Jack on the Rocky Road to Poland Nigdy Cię nie zapomnimy Jack na Kamienistej Drodze do Polski
One, two, three, four, five Raz, dwa, trzy, cztery, pięć
Irish eyes are smiling Oczy Irlandczyków się śmieją
Let your voices ring, Pozwólcie waszym głosom brzmieć
Trapattoni’s army, Armio Trapattoniego
Everybody sing Śpiewajmy wszyscy
You’ll never beat the Irish (x 4) Nigdy nie pokonacie Irlandczyków(x4)
Make your mother proud, inflate your plastic hammer, Uczyń swą matką dumną, nadmuchaj swój plastikowy młot
Bate your bodhrán loud and learn your Polish grammar Barabań w swój bodhrán i ucz się polskiej gramatyki
Credit union loan, sold the Opel Corsa, Pożyczka w Credit Union, sprzedany Opel Corsa
Hired a camper van, picked it up in Warsaw, Wynajęty camper, odebrany w Warszawie
Been so close before, hopes slammed in the door, Bywaliśmy tak blisko, nadzieje przytrzaśnięte w drzwiach
Now we’re back for more, we can win the battle, Teraz jesteśmy po więcej, możemy wygrać tę bitwę
C’mon you boys in green, never have we seen, Chodźcie, wy chłopcy w zieleni, nigdyście nie widzieli
Such a fearless team on the Rocky Road to Poland. Tak nieustraszonej drużyny na Kamienistej Drodze do Polski
One, two, three, four, five Raz, dwa, trzy, cztery, pięć
Irish eyes are smiling Oczy Irlandczyków się śmieją
Let your voices ring, Pozwólcie waszym głosom brzmieć
Trapattoni’s army, Armio Trapattoniego
Everybody sing Śpiewajmy wszyscy
You’ll never beat the Irish Nigdy nie pokonacie Irlandczyków
You’ll never beat the Irish Nigdy nie pokonacie Irlandczyków
You’ll never beat the Irish Nigdy nie pokonacie Irlandczyków
You’ll never beat the Irish Nigdy nie pokonacie Irlandczyków
Ireland abú. We love. " Irlandia. Kochamy.
Tłumaczenie robione w biegu, więc nie oddaje wszystkich niuansów językowych, ale ogólnie ogarniacie o co chodzi, tak czy siak chodzi mi głównie, o to, że niby i my i oni kochamy piłkę nożną, tylko, że po tekście naszego kokokoko tego nie widać, widać za to, że "Witamy gospodarzy", może nie świata, ale Europy i strasznie się tym przejmujemy, jesteśmy trochę jak gospodyni, która przygotowała wielki wystawny bankiet, a przychodzi do niej banda już podpitych i roześmianych facetów. Już o wiele lepsza jest piosenka Libera i InoRos'a. Ma fajną ludową stylizację jak to irlandzkie, świetny tekst, i porywającą melodię, która świetnie współgra z tekstem. Z resztą wróćmy do tekstu tego nad czym teraz tak pieję peany, pozwolę sobie przytoczyć tylko fragmenty:
"Stadion oszalał
Pada strzał
Cały nasz kraj wpada w szał
Futbolowy karnawał
Bo dla nas to coś więcej niż gra
Tu widać, że facet chce naszych zmotywować, jakoś ich zagrzać do walki, ale nie, nie może być tak, że wyjdziemy do walki zmotywowani, to było by nie po polsku, ciekawe, czy którzykolwiek z powstańców walczyli, bo wierzyli w zwycięstwo, czy taką martyrologię mamy w genach, czy nie możemy choć raz wyjść z motywacją typu "ale im napierdolimy, grekom zrobimy powtórkę z Termopili, Czechom z Białej Góry, a Rosjanom 1612", ale nie my musimy "wszyscy na nas liczą, musimy się dobrze spisać", trochę więcej radości by nie zaszkodziło. Nawet w kolejnej zwrotce jest podobnie:
"Ta historia pamięta nas,
Lata 74 i 82
A dzisiaj zróbmy co się da
Od morza do Podhala fala braw
Tylko biel i czerwień
Jesteśmy z wami gramy u siebie
Obojętnie co się stanie
Najważniejsze zaangażowanie
I to wszystko więcej nic,
Tym ulice żyją dziś,
Tym Europa żyje dziś" Tu mówi do nas, kibiców dajmy, dokładnie jak w tej irlandzkiej piosence, tylko my nie musimy się uczyć polskiej gramatyki(przynajmniej większość), przynieśmy bębny i tłuczmy w nie jak opętani, zróbmy wszystko, żeby zagłuszyć to nie-wiadomo-z-jakiego-wuja-wybrane Kokokoko i zagrzać naszych. Mamy szanse wyjść z grupy jeśli się zepniemy i postaramy. Tylko nasuwa się jedno pytanie z jakiego chuja zostało wybrane to kokokoko? Jak można być tak głupim, żeby nawet dla żartu na to zagłosować? Pewno ktoś mi teraz zada pytanie"A Ty na co głosowałeś?", otóż na nic, bo nawet nie wiedziałem o tym plebiscycie, ale na pewno nie zagłosowałbym na kokokoko, z drugiej strony wątpię, żeby ktokolwiek po za nami wiedział o czym jest ten tekst. Spróbujcie posłuchać jakiejś rosyjskiej, czeskiej czy słowackiej piosenki, obiecuję wam, że praktycznie nic nie zrozumiecie. Więc może to wszystko rozdmuchujemy niepotrzebnie? Moim zdaniem tak. Przyjdzie, przejdzie, zapomnimy.
"’Twas in the merry month of Było to w szczęśliwym księżycu
June from our home we started Czerwca, z domu wyruszyliśmy
Left old Eireann’s Isle, to Poland we departed Zostawiwszy starą Eire, do Polski wyruszyliśmy
Hope within our hearts. Nadzieja w naszych sercach tkwi
We can win a trophy Możemy wygrać ten puchar
We’re a part of Trapattoni’s army, Jesteśmy częścią armii Trappatoniego
Get behind the team, hear the Irish scream, Stań za drużyną, usłysz Irlandzki krzyk
C’mon you boys in green, Ireland’s bouncing back again, Chodźcie, wy chłopcy w zieleni, Irlandia podskakuje znów
We have got our Trap, the cat is in the sack, Mamy naszą pułapkę, kot jest w worku
We’ll not forget you Jack on the Rocky Road to Poland Nigdy Cię nie zapomnimy Jack na Kamienistej Drodze do Polski
One, two, three, four, five Raz, dwa, trzy, cztery, pięć
Irish eyes are smiling Oczy Irlandczyków się śmieją
Let your voices ring, Pozwólcie waszym głosom brzmieć
Trapattoni’s army, Armio Trapattoniego
Everybody sing Śpiewajmy wszyscy
You’ll never beat the Irish (x 4) Nigdy nie pokonacie Irlandczyków(x4)
Make your mother proud, inflate your plastic hammer, Uczyń swą matką dumną, nadmuchaj swój plastikowy młot
Bate your bodhrán loud and learn your Polish grammar Barabań w swój bodhrán i ucz się polskiej gramatyki
Credit union loan, sold the Opel Corsa, Pożyczka w Credit Union, sprzedany Opel Corsa
Hired a camper van, picked it up in Warsaw, Wynajęty camper, odebrany w Warszawie
Been so close before, hopes slammed in the door, Bywaliśmy tak blisko, nadzieje przytrzaśnięte w drzwiach
Now we’re back for more, we can win the battle, Teraz jesteśmy po więcej, możemy wygrać tę bitwę
C’mon you boys in green, never have we seen, Chodźcie, wy chłopcy w zieleni, nigdyście nie widzieli
Such a fearless team on the Rocky Road to Poland. Tak nieustraszonej drużyny na Kamienistej Drodze do Polski
One, two, three, four, five Raz, dwa, trzy, cztery, pięć
Irish eyes are smiling Oczy Irlandczyków się śmieją
Let your voices ring, Pozwólcie waszym głosom brzmieć
Trapattoni’s army, Armio Trapattoniego
Everybody sing Śpiewajmy wszyscy
You’ll never beat the Irish Nigdy nie pokonacie Irlandczyków
You’ll never beat the Irish Nigdy nie pokonacie Irlandczyków
You’ll never beat the Irish Nigdy nie pokonacie Irlandczyków
You’ll never beat the Irish Nigdy nie pokonacie Irlandczyków
Ireland abú. We love. " Irlandia. Kochamy.
Tłumaczenie robione w biegu, więc nie oddaje wszystkich niuansów językowych, ale ogólnie ogarniacie o co chodzi, tak czy siak chodzi mi głównie, o to, że niby i my i oni kochamy piłkę nożną, tylko, że po tekście naszego kokokoko tego nie widać, widać za to, że "Witamy gospodarzy", może nie świata, ale Europy i strasznie się tym przejmujemy, jesteśmy trochę jak gospodyni, która przygotowała wielki wystawny bankiet, a przychodzi do niej banda już podpitych i roześmianych facetów. Już o wiele lepsza jest piosenka Libera i InoRos'a. Ma fajną ludową stylizację jak to irlandzkie, świetny tekst, i porywającą melodię, która świetnie współgra z tekstem. Z resztą wróćmy do tekstu tego nad czym teraz tak pieję peany, pozwolę sobie przytoczyć tylko fragmenty:
"Stadion oszalał
Pada strzał
Cały nasz kraj wpada w szał
Futbolowy karnawał
Bo dla nas to coś więcej niż gra
Tu widać, że facet chce naszych zmotywować, jakoś ich zagrzać do walki, ale nie, nie może być tak, że wyjdziemy do walki zmotywowani, to było by nie po polsku, ciekawe, czy którzykolwiek z powstańców walczyli, bo wierzyli w zwycięstwo, czy taką martyrologię mamy w genach, czy nie możemy choć raz wyjść z motywacją typu "ale im napierdolimy, grekom zrobimy powtórkę z Termopili, Czechom z Białej Góry, a Rosjanom 1612", ale nie my musimy "wszyscy na nas liczą, musimy się dobrze spisać", trochę więcej radości by nie zaszkodziło. Nawet w kolejnej zwrotce jest podobnie:
"Ta historia pamięta nas,
Lata 74 i 82
A dzisiaj zróbmy co się da
Od morza do Podhala fala braw
Tylko biel i czerwień
Jesteśmy z wami gramy u siebie
Obojętnie co się stanie
Najważniejsze zaangażowanie
I to wszystko więcej nic,
Tym ulice żyją dziś,
Tym Europa żyje dziś" Tu mówi do nas, kibiców dajmy, dokładnie jak w tej irlandzkiej piosence, tylko my nie musimy się uczyć polskiej gramatyki(przynajmniej większość), przynieśmy bębny i tłuczmy w nie jak opętani, zróbmy wszystko, żeby zagłuszyć to nie-wiadomo-z-jakiego-wuja-wybrane Kokokoko i zagrzać naszych. Mamy szanse wyjść z grupy jeśli się zepniemy i postaramy. Tylko nasuwa się jedno pytanie z jakiego chuja zostało wybrane to kokokoko? Jak można być tak głupim, żeby nawet dla żartu na to zagłosować? Pewno ktoś mi teraz zada pytanie"A Ty na co głosowałeś?", otóż na nic, bo nawet nie wiedziałem o tym plebiscycie, ale na pewno nie zagłosowałbym na kokokoko, z drugiej strony wątpię, żeby ktokolwiek po za nami wiedział o czym jest ten tekst. Spróbujcie posłuchać jakiejś rosyjskiej, czeskiej czy słowackiej piosenki, obiecuję wam, że praktycznie nic nie zrozumiecie. Więc może to wszystko rozdmuchujemy niepotrzebnie? Moim zdaniem tak. Przyjdzie, przejdzie, zapomnimy.
poniedziałek, 7 maja 2012
O cytacie z Witkacego.
"Lepiej skończyć w pięknym szaleństwie, niż w szarej nudnej rzeczywistości i marazmie" Witkacy
Czy faktycznie?
On mógł tak mówić, był znanym, choć nie zawsze najlepiej zarabiającym artystą. Znanym głównie ze swoich wybryków, objawiających się w zachowaniu i pracach. Większość z nas gdyby próbowała żyć zgodnie z tą zasadą najpewniej skończyłaby albo w psychiatryku, albo w więzieniu, lub w jakimś wariancie pośrednim między jednym, a drugim. Bo to, że on z adresowania listów uczynił działalność niemalże eseistyczną, był gdzieś o tym artykuł w necie, niestety trudno go znaleźć, bo Witkacy podany był tam tylko jako ciekawostka w kontekście nieumiejętności Polaków w adresowaniu listów to pikuś, ale eksperymenty ze środkami psychoaktywnymi, tworzenie pod ich wpływem prac plastycznych i jeszcze notowanie w ich rogach jakie substancje dały ten efekt to lekka przesada zakrawająca z jednej strony na szaleństwo, a z drugiej strony w tym szaleństwie jest metoda, bardzo metodyczna praca mająca na celu sprawdzenie reakcji różnych używek na organizm ludzki. Bo tak to tylko na pająkach to testowali, pajęczyny po różnych narkotykach (zawsze podawanych pojedynczo) bardzo się od siebie różniły. Wracając do tematu, gdybym ja chciał skończyć "w pięknym szaleństwie", już dawno byłbym sąsiadem mojej polonistki w Babińskim. Nie żeby udało mi się tam, którąś wpędzić, po prostu mieszka blisko. Teraz mi się pomyślało, że trzeba zadać sobie pytanie czy szaleństwo w ogóle może być piękne?
Czy nauczycielka życia zna jakiegokolwiek szaleńca, który stworzył coś pięknego?
Van Gogh- kolejny, który używał ciekawych rzeczy opiaty i absynt, ponadto był faktycznie chory psychicznie. Pasuje tu też połowa dekadentów, bo chyba wyszli z założenia, że jeśli świat się kończy to czemu się nie zabawić. Choć gdzieś usłyszałem, że w każdym geniuszu tkwi szczypta szaleństwa...Czyli jeśli to stwierdzenie jest prawdziwe to cały postęp kulturalno-technologiczno-moralny jest efektem działań jednostek mniej lub bardziej niezrównoważonych psychicznie. Nikola Tesla doskonale do tego pasuje. Panicznie bał się gołębi, mył ręce co 10 minut i miał obsesję na punkcie liczby 3. Jednocześnie był geniuszem.
Stworzył mnóstwo wynalazków o części nadal tylko krążą plotki, czy legendy, bo są utajnione. Dzięki niemu mamy radio, Marconi po prostu poskładał jego wynalazki(których nie opatentował o ile mnie pamięć nie myli) do kupy. Tesla stworzył także cały(czy też tylko dał podwaliny) alternator, bez którego bylibyśmy nadal na etapie samochodów na parę, albo na korbę. Był jednym słowem geniuszem i szaleńcem. Ciągnąc dalej wątek o szaleństwie geniuszy można szaleństwo podciągnąć pod dowolne uszkodzenie psychofizyczne, czego przykładem może być Hawking, albo Savanci...Właśnie, Savanci, genialni idioci, debile, czy jak ich tam nazwiemy w potoku słów, najwłaściwiej było by jednak po prostu użyć określenia savant. Tak czy siak są to osoby z zespołem Dauna jednocześnie wykazujące wręcz niesamowite zdolności w jakiejś dziedzinie, znany jest przypadek savanta, który zna rozwinięcie dziesiętne liczby Pi do bodajże trzechsetnego, albo i dalczego miejsca po przecinku., on jest w ogóle genialny z matematyki. http://pl.wikipedia.org/wiki/Sawant Z resztą macie, poczytajcie. Ale in media res, z jednej strony Witkacy ma rację, że pięknie wygląda życiorys, który jest jak wiele fajerwerków wybuchających jeden po drugim, ale z drugiej strony nie zbudujemy na tym trwałej cywilizacji.
Czy faktycznie?
On mógł tak mówić, był znanym, choć nie zawsze najlepiej zarabiającym artystą. Znanym głównie ze swoich wybryków, objawiających się w zachowaniu i pracach. Większość z nas gdyby próbowała żyć zgodnie z tą zasadą najpewniej skończyłaby albo w psychiatryku, albo w więzieniu, lub w jakimś wariancie pośrednim między jednym, a drugim. Bo to, że on z adresowania listów uczynił działalność niemalże eseistyczną, był gdzieś o tym artykuł w necie, niestety trudno go znaleźć, bo Witkacy podany był tam tylko jako ciekawostka w kontekście nieumiejętności Polaków w adresowaniu listów to pikuś, ale eksperymenty ze środkami psychoaktywnymi, tworzenie pod ich wpływem prac plastycznych i jeszcze notowanie w ich rogach jakie substancje dały ten efekt to lekka przesada zakrawająca z jednej strony na szaleństwo, a z drugiej strony w tym szaleństwie jest metoda, bardzo metodyczna praca mająca na celu sprawdzenie reakcji różnych używek na organizm ludzki. Bo tak to tylko na pająkach to testowali, pajęczyny po różnych narkotykach (zawsze podawanych pojedynczo) bardzo się od siebie różniły. Wracając do tematu, gdybym ja chciał skończyć "w pięknym szaleństwie", już dawno byłbym sąsiadem mojej polonistki w Babińskim. Nie żeby udało mi się tam, którąś wpędzić, po prostu mieszka blisko. Teraz mi się pomyślało, że trzeba zadać sobie pytanie czy szaleństwo w ogóle może być piękne?
Czy nauczycielka życia zna jakiegokolwiek szaleńca, który stworzył coś pięknego?
Van Gogh- kolejny, który używał ciekawych rzeczy opiaty i absynt, ponadto był faktycznie chory psychicznie. Pasuje tu też połowa dekadentów, bo chyba wyszli z założenia, że jeśli świat się kończy to czemu się nie zabawić. Choć gdzieś usłyszałem, że w każdym geniuszu tkwi szczypta szaleństwa...Czyli jeśli to stwierdzenie jest prawdziwe to cały postęp kulturalno-technologiczno-moralny jest efektem działań jednostek mniej lub bardziej niezrównoważonych psychicznie. Nikola Tesla doskonale do tego pasuje. Panicznie bał się gołębi, mył ręce co 10 minut i miał obsesję na punkcie liczby 3. Jednocześnie był geniuszem.
Stworzył mnóstwo wynalazków o części nadal tylko krążą plotki, czy legendy, bo są utajnione. Dzięki niemu mamy radio, Marconi po prostu poskładał jego wynalazki(których nie opatentował o ile mnie pamięć nie myli) do kupy. Tesla stworzył także cały(czy też tylko dał podwaliny) alternator, bez którego bylibyśmy nadal na etapie samochodów na parę, albo na korbę. Był jednym słowem geniuszem i szaleńcem. Ciągnąc dalej wątek o szaleństwie geniuszy można szaleństwo podciągnąć pod dowolne uszkodzenie psychofizyczne, czego przykładem może być Hawking, albo Savanci...Właśnie, Savanci, genialni idioci, debile, czy jak ich tam nazwiemy w potoku słów, najwłaściwiej było by jednak po prostu użyć określenia savant. Tak czy siak są to osoby z zespołem Dauna jednocześnie wykazujące wręcz niesamowite zdolności w jakiejś dziedzinie, znany jest przypadek savanta, który zna rozwinięcie dziesiętne liczby Pi do bodajże trzechsetnego, albo i dalczego miejsca po przecinku., on jest w ogóle genialny z matematyki. http://pl.wikipedia.org/wiki/Sawant Z resztą macie, poczytajcie. Ale in media res, z jednej strony Witkacy ma rację, że pięknie wygląda życiorys, który jest jak wiele fajerwerków wybuchających jeden po drugim, ale z drugiej strony nie zbudujemy na tym trwałej cywilizacji.
wtorek, 24 kwietnia 2012
O hipsterach rzecz krótka, czyli subkultury opisanie
W moim wypadku przygoda z tą hipokryzją, a może paranoją zaczęła się kilka lat temu, może ze dwa, będąc dokładnym.
Zaczęła się od obrazków w internecie przedstawiających troje ludzi ubranych jak dla mnie totalnie nie zrozumiale, dziwne wiszące bluzki u dziewczyn, szalik do garnituru i jakaś chyba sztruksowa marynarka zwieńczona kapeluszem u faceta, u całej trójki Ray Bany. A cały ten cyrk ozdobiony napisem o alternatywności i przekraczaniu jej granic przez rzeczoną trójkę.
Cała subkultura jednocześnie zarzeka się, że nie istnieje, choć wszyscy zajmują się podobnymi rzeczami oraz podobnie się ubierają(są to chyba jakieś wyznaczniki subkultury). Zajmują się byciem przeciwko komercji i byciem vintage. Zwłaszcza ich iPhony spełniają oba te kryteria.
Wracając zaś do kwestii czym są hipokryzją, czy paranoją to chyba są i jednym i drugim. Paranoją, przez wypieranie się jakoby byli subkulturą, a hipokryzją trochę z tego samego powodu co paranoją(i vice versa), ale też dla tego, że iPhony naprawdę są przecież i vintage i jak oni to mówią "undergroundowe".
Właśnie. Underground. Kolejny miernik hipsterskości. Ja z tym, że moje notki na blogu widziało może łącznie ze 345 osób jestem "undergroundowym" twórcą i myślicielem. I nic w tym złego, że szukają mało znanych autorów, ale nie widzę sensu obwoływać kogoś geniuszem tylko dlatego, że jest mało znany.
W samym hipsteryźmie można wyróżnić też jakby dwa nurty. Hipsterów zwyczajnych, którzy na pytanie czy są hipsterami odpowiadają krótko tak, lub nie(Ci przeczący są krypto-przedstawicielami drugiego nurtu). Oraz ultra, lub mniej poprawnie historycznie uber hipsterów, którzy na to pytanie odpowiadają słowotokiem, że nie dadzą się zamknąć w ramce subkultury, bo oni są: "jedyni, unikalni i niepowtarzalni.". Co jest takiego w tej w tej subkulturze, że w ogóle (nie)istnieje?
Równie dobrze ja mogę zadać sobie pytanie: Dlaczego jestem metalem? Jestem? Niby tak wyglądam, tak się zachowuję(tak mówią), ale nie czuję się metalem. Chcę się dobrze bawić i nie przejmować niczym póki to nie szkodzi nikomu. Może oni też tak chcą, tylko ich bezformowa forma zdaje się ich strasznie zniewalać, bo muszą być undergroundowi, albo stracą cały szacunek u hipsterskiej braci, jako Ci-którzy-zaprzedali-dusze-komercji.
Jeszcze dwie rzeczy mi się przypomniały. Hipsterzy chcą być naraz vintage i undergroundowi, czyli słuchają bootlegów kapel garażowych z lat 80tych. Ale! Chcą być również awangardowi i tu widzę dwa zgrzyty. Awangardowość i bycie vintage, to czysta hipokryzja i oksymoron, ale awangardowość i bycie underground również brzmi śmiesznie, bo gdyby którykolwiek wynalazca chciał być undergroundowy to oni nie mieli by swoich iPhonów. A ta druga rzecz to taki trochę poemat dygresyjny. Otóż. Żeby być hipsterem trzeba być undergroundowym, ale aktualnie wszystko co jest hipsterskie jest już wręcz mainstreamowe więc jak oni mogą być hipsterami skoro są mainstreamowi? Możemy wręcz wysunąć z tego wniosek, że wszyscy nie hipsterzy są hipsterami.
Zaczęła się od obrazków w internecie przedstawiających troje ludzi ubranych jak dla mnie totalnie nie zrozumiale, dziwne wiszące bluzki u dziewczyn, szalik do garnituru i jakaś chyba sztruksowa marynarka zwieńczona kapeluszem u faceta, u całej trójki Ray Bany. A cały ten cyrk ozdobiony napisem o alternatywności i przekraczaniu jej granic przez rzeczoną trójkę.
Cała subkultura jednocześnie zarzeka się, że nie istnieje, choć wszyscy zajmują się podobnymi rzeczami oraz podobnie się ubierają(są to chyba jakieś wyznaczniki subkultury). Zajmują się byciem przeciwko komercji i byciem vintage. Zwłaszcza ich iPhony spełniają oba te kryteria.
Wracając zaś do kwestii czym są hipokryzją, czy paranoją to chyba są i jednym i drugim. Paranoją, przez wypieranie się jakoby byli subkulturą, a hipokryzją trochę z tego samego powodu co paranoją(i vice versa), ale też dla tego, że iPhony naprawdę są przecież i vintage i jak oni to mówią "undergroundowe".
Właśnie. Underground. Kolejny miernik hipsterskości. Ja z tym, że moje notki na blogu widziało może łącznie ze 345 osób jestem "undergroundowym" twórcą i myślicielem. I nic w tym złego, że szukają mało znanych autorów, ale nie widzę sensu obwoływać kogoś geniuszem tylko dlatego, że jest mało znany.
W samym hipsteryźmie można wyróżnić też jakby dwa nurty. Hipsterów zwyczajnych, którzy na pytanie czy są hipsterami odpowiadają krótko tak, lub nie(Ci przeczący są krypto-przedstawicielami drugiego nurtu). Oraz ultra, lub mniej poprawnie historycznie uber hipsterów, którzy na to pytanie odpowiadają słowotokiem, że nie dadzą się zamknąć w ramce subkultury, bo oni są: "jedyni, unikalni i niepowtarzalni.". Co jest takiego w tej w tej subkulturze, że w ogóle (nie)istnieje?
Równie dobrze ja mogę zadać sobie pytanie: Dlaczego jestem metalem? Jestem? Niby tak wyglądam, tak się zachowuję(tak mówią), ale nie czuję się metalem. Chcę się dobrze bawić i nie przejmować niczym póki to nie szkodzi nikomu. Może oni też tak chcą, tylko ich bezformowa forma zdaje się ich strasznie zniewalać, bo muszą być undergroundowi, albo stracą cały szacunek u hipsterskiej braci, jako Ci-którzy-zaprzedali-dusze-komercji.
Jeszcze dwie rzeczy mi się przypomniały. Hipsterzy chcą być naraz vintage i undergroundowi, czyli słuchają bootlegów kapel garażowych z lat 80tych. Ale! Chcą być również awangardowi i tu widzę dwa zgrzyty. Awangardowość i bycie vintage, to czysta hipokryzja i oksymoron, ale awangardowość i bycie underground również brzmi śmiesznie, bo gdyby którykolwiek wynalazca chciał być undergroundowy to oni nie mieli by swoich iPhonów. A ta druga rzecz to taki trochę poemat dygresyjny. Otóż. Żeby być hipsterem trzeba być undergroundowym, ale aktualnie wszystko co jest hipsterskie jest już wręcz mainstreamowe więc jak oni mogą być hipsterami skoro są mainstreamowi? Możemy wręcz wysunąć z tego wniosek, że wszyscy nie hipsterzy są hipsterami.
sobota, 14 kwietnia 2012
O tolerancji rzecz krótka.
Ostatnio dużo słyszę i czytam o tolerancji. A także o tolerancji dla nietolerancji. Czy nietolerancja powinna być tolerowana? Według mnie tak, ponieważ jeśli ktoś uważa się za człowieka tolerancyjnego powinien tolerować wszystko, łącznie właśnie z nietolerancją, choć z drugiej strony czy nie jest to zgadzanie się na wszystko, czy nie jest to apatia, konformizm. Tak, konformizm chyba jest właściwym określeniem tego, choć nie można się nazwać prawdziwie tolerancyjnym jeśli czegoś się nie toleruje. Ja osobiście toleruję nie tolerancję i toleruję wszystko, kilku rzeczy nie rozumiem, albo nie szanuję. Ale jest jak jest i nie w mojej mocy to zmieniać. Część z tego co toleruję jest mi ciężko tolerować, bo są to rzeczy dość sprzeczne z moim oglądem świata, ale z drugiej strony, są takie od czasu dłuższego niż spędzę na tej planecie to co mi do nich, nie wiedziałem, że jestem, aż takim konformistą, bo konformizmem jest zgadzać się na wszystko nawet jeśli coś mi nie pasuje, ale jednocześnie forma jaką przyjąłem obliguje mnie do bycia tolerancyjnym wobec wszystkiego. Forma...Czy powinienem ją tolerować? Jako, że mnie nazywają "lewak"? Przecież "lewacka" wolność zabrania mi bycia nietolerancyjnym, z drugiej strony jak wolność może czegoś zabraniać? Przecież wolność to możliwość robienia czego się żywnie podoba, póki nie robię tym komuś krzywdy. Czy byciem nietolerancyjnym robię komuś krzywdę? Niby poglądy jak karty, trzymaj przy sobie, ale jak już je wykładasz, to komuś może to zrobić krzywdę. Tylko, już odchodząc od tej metafory, "ty masz prawo mieć swoje zdanie, a ja mam prawo mieć je w dupie". Mam nadzieję, że wytrzymacie moje ewentualne błędy, liczę na jakiś odzew od was, moi czytelnicy. W końcu nie po to piszę to, żeby się wygadać, tylko dla swobodnej wymiany poglądów.
wtorek, 11 października 2011
Zaciekawiła mnie pewna grupa na FB.
Nazwa tej grupy to "Jak będzie chujowo, to się najebiemy i będzie zajebiście".
I w kontekście notki tej, a także tekstu Korpiklaanów http://i1.ryjbuk.pl/9a534842bfe8c6b032ac7e4219bc1a85b4b9e73d/zachlewaj-sie1-jpg
Czy naprawdę tak konieczny dla wszystkiego jest alkohol? Czy nie można już się spotkać ze znajomymi na kawie, dla miłej rozmowy, wymiany poglądów? Czy jedynym modelem spędzania wolnego czasu młodych ludzi(jak na ironię i ja się do nich zaliczam) jest spicie się jak messerschmidt? Swoją drogą tytuł "Messer" jest używany w "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa, ale także i w "Imieniu Róży" Eco. Oznacza zapewne coś w stylu "Pan". A Schmidt to jedno z częstszych nazwisk niemieckich. Więc to określenie wzięło się jeszcze z czasów, przynajmniej tak myślę, że przedwojennych, teraz jak wszystko, zostało zwulgaryzowane. Co kieruje ludźmi, którzy się schlewają do urwania filmu? Chyba, będę musiał kiedyś to zrobić, ale się ciutkę tego boję. Że ludzie się nie boją, że ktoś nagra filmik z ich urwania filmu, albo ktoś go wykorzysta seksualnie? To jest chyba symptom zpsychopacenia społeczeństwa. Obniżony poziom strachu. I nie mówcie, że człowiek po alkoholu się przestaje kontrolować, bo ja, chyba że jestem wyjątkiem, doskonale wiem kiedy mam dość i trzeba coś zjeść i otrzeźwieć. Nadal tego wszystkiego nie rozumiem. I znowu ta banda rozwrzeszczanych finów przychodzi z pomocą:
"From evening to morning Od wieczora do rana
And morning and evening I od rana do wieczora
I wanna drink Chcę pić
Something stronger than a man Coś mocniejszego ode mnie
From evening to morning Od wieczora do rana
And morning and evening I od rana do wieczora
I wanna drink Chcę pić
'cause that's what I am bo tym jestem
Beer, beer Piwa, piwa
I want beer Chcę piwa
From beer I get really drunk Od piwa robię się mocno pijany
Beer, beer Piwa, piwa
I need more beer Potrzebuję więcej piwa
So much I pass out Tak dużo, żebym zazgonował
For beer I'm working Dla piwa pracuję
For beer I'm fighting Dla piwa walczę
For beer I'll do Dla piwa zrobię
Whatever I have to Cokolwiek będę musiał
When drunk I'm talking Po pijaku mówię,
When drunk I'm joking Po pijaku żartuję
When drunk I can be as I've Po pijaku mogę być kim
Always wanted to be" Zawsze chciałem być.
Tłumaczenie robione na szybko, wręcz w biegu, ale chyba jasno pokazuje o co chodzi w tekście. Czyżby ludziom faktycznie tak brakowało odwagi, że muszą się upić, żeby ją mieć? Równie dobrze mogą to robić, bo wtedy są traktowani jak szaleńcy, wszystko im wolno. Nikt nie traktuje ich poważnie i mogą robić co chcą, co zostanie tylko skwitowane tekstem typu "Aleś się wczoraj schlał". Mówiąc szczerze smutnym jest, że żeby zerwać z wszechogarniającą formą trzeba być pijanym, albo nie ma się odwagi zrobić tego na trzeźwo, bo wtedy wyjdzie się na debila. O formie w następnej notce.
I w kontekście notki tej, a także tekstu Korpiklaanów http://i1.ryjbuk.pl/9a534842bfe8c6b032ac7e4219bc1a85b4b9e73d/zachlewaj-sie1-jpg
Czy naprawdę tak konieczny dla wszystkiego jest alkohol? Czy nie można już się spotkać ze znajomymi na kawie, dla miłej rozmowy, wymiany poglądów? Czy jedynym modelem spędzania wolnego czasu młodych ludzi(jak na ironię i ja się do nich zaliczam) jest spicie się jak messerschmidt? Swoją drogą tytuł "Messer" jest używany w "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa, ale także i w "Imieniu Róży" Eco. Oznacza zapewne coś w stylu "Pan". A Schmidt to jedno z częstszych nazwisk niemieckich. Więc to określenie wzięło się jeszcze z czasów, przynajmniej tak myślę, że przedwojennych, teraz jak wszystko, zostało zwulgaryzowane. Co kieruje ludźmi, którzy się schlewają do urwania filmu? Chyba, będę musiał kiedyś to zrobić, ale się ciutkę tego boję. Że ludzie się nie boją, że ktoś nagra filmik z ich urwania filmu, albo ktoś go wykorzysta seksualnie? To jest chyba symptom zpsychopacenia społeczeństwa. Obniżony poziom strachu. I nie mówcie, że człowiek po alkoholu się przestaje kontrolować, bo ja, chyba że jestem wyjątkiem, doskonale wiem kiedy mam dość i trzeba coś zjeść i otrzeźwieć. Nadal tego wszystkiego nie rozumiem. I znowu ta banda rozwrzeszczanych finów przychodzi z pomocą:
"From evening to morning Od wieczora do rana
And morning and evening I od rana do wieczora
I wanna drink Chcę pić
Something stronger than a man Coś mocniejszego ode mnie
From evening to morning Od wieczora do rana
And morning and evening I od rana do wieczora
I wanna drink Chcę pić
'cause that's what I am bo tym jestem
Beer, beer Piwa, piwa
I want beer Chcę piwa
From beer I get really drunk Od piwa robię się mocno pijany
Beer, beer Piwa, piwa
I need more beer Potrzebuję więcej piwa
So much I pass out Tak dużo, żebym zazgonował
For beer I'm working Dla piwa pracuję
For beer I'm fighting Dla piwa walczę
For beer I'll do Dla piwa zrobię
Whatever I have to Cokolwiek będę musiał
When drunk I'm talking Po pijaku mówię,
When drunk I'm joking Po pijaku żartuję
When drunk I can be as I've Po pijaku mogę być kim
Always wanted to be" Zawsze chciałem być.
Tłumaczenie robione na szybko, wręcz w biegu, ale chyba jasno pokazuje o co chodzi w tekście. Czyżby ludziom faktycznie tak brakowało odwagi, że muszą się upić, żeby ją mieć? Równie dobrze mogą to robić, bo wtedy są traktowani jak szaleńcy, wszystko im wolno. Nikt nie traktuje ich poważnie i mogą robić co chcą, co zostanie tylko skwitowane tekstem typu "Aleś się wczoraj schlał". Mówiąc szczerze smutnym jest, że żeby zerwać z wszechogarniającą formą trzeba być pijanym, albo nie ma się odwagi zrobić tego na trzeźwo, bo wtedy wyjdzie się na debila. O formie w następnej notce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
