sobota, 23 marca 2013

Mnoga mnogość i losowość.

Zaczynamy... Postanowiłem to naklepać, ponieważ całą masę różnych śmiesznych zdjęć zrobiłem i uznałem, że warto je wpuścić w eter, ponieważ pokazują kilka całkiem ciekawych, czasem inteligentnych, choć nigdy mądrych rzeczy. Pierwszą rzeczą jest to... Jak się wpatrzycie, to facet ma W poduszce ucha, ołówek. Robi on najwyraźniej za jakiś rozpychacz, mający w ostatecznej formie przerodzić się w tunel, a może to już jest jego ostateczna forma. Ciekawe tylko czy facet może wykorzystać ten ołówek w razie potrzeby do zanotowania czegoś. Jeśli nie, to jaki jest sens noszenia tego? Dla odróżnienia się od całej reszty ludzi z tunelami? Dla posiadania tunela, jednocześnie nie mając szansy na zarobienie kłódki? Wiecie co mam na myśli, zamknięcie komuś na tunelu kłódki. W jakim celu pytacie? W celu zabawy z kogoś kto dał sobie zrobić ażurowe uszy słonia. Tylko w imię czego? Co on tym chce światu zakomunikować? Mówiąc szczerze nie mam pojęcia, może ktoś z was, Drodzy Czytelnicy mnie oświeci? Jest to dla mnie, dziwne, nie zrozumiałe i głupie. Tu zaznaczam, że nie wszystko, czego nie rozumiem jest dla mnie głupie. Są takie rzeczy, które mimo, że nie są dla mnie zrozumiałe mają bardzo widoczny sens. Wiara choćby. Osobiście, po wielu próbach, błędach i zastanawianiach, uważam się za Agnostyka z jakimiś tam wpływami poganizmu skandynawskiego(tzw.:Asatru). Wiara jako taka prawdziwa, głęboka wiara jest dla mnie, w tych racjonalnych i empirycznych czasach nie zrozumiała, ale! Ale jest jako idea, samej wiary, abstrahując od obiektu modłów bardzo piękna i dobra, póki nikogo nie rani. I nie ciągnijcie mnie za język dalej w tej kwestii. I to jak dla mnie jest nie zrozumiałe, ale ma sens i mądrość w sobie immanetnie zawartą(uwielbiam takie słowa, tak ładnie brzmią i precyzują wypowiedź, przynajmniej tak myślę). A ołówek przebijający ucho jest głupi. Po prostu. Chyba, że można z niego w razie czego skorzystać, to jest to zabawne wykorzystanie idei tunela. Przynajmniej według mnie. Takie przyjemne, z pożytecznym. Pod przyjemnym rozumiem tutaj przyjemność ze zrealizowania własnej wizji wizerunku. O tym chyba napisałem już co mogłem z siebie wydusić. Teraz przeskoczymy, do środowiska niejako znanego i też już znanego zjawiska, przeniesionego na inny grunt.



Tak. Mam na myśli "wojnę" między kibicami dwóch tamtejszych klubów piłkarskich GKSu i ŁKSu(jeśli się pomyliłem w skrótach, przepraszam). Wojna ta jest, lub była, po artykułach zalewających internet przy jej początku, później nastąpiła cisza, jak zawsze. Pogoń za nową informacją. Taka sytuacja. Tak czy siak środkiem w tej wojnie są, lub były napisy na murach, te dwa z Krakowa bardzo wyraźnie się do nich odwołują. Pierwszy znalazłem, na budynku między Wydziałem Chemii UJ(WCHUJ, nie jestem pewien, czy to oficjalny skrót), a parkiem im. dra Henryka Jordana, drugi zaś w toalecie mojego wydziału. Uprzedzam pytania i domysły, nie chodzi o wspomniany WCHUJ. Uwielbiam czytać napisy w publicznych toaletach. Są tak różnorodne. Przynajmniej jeśli odbiegają od tematyki seksualno-sportowej.
[Nazwa klubu] dziwki, albo [Nazwa klubu] pany i obok tego anonse, od dziewczyn szukających sponsorów. Przynajmniej mam nadzieję, że to nie jest wynik jakiegoś żartu, bo może być nie przyjemnym taki "wkręt". Tak czy siak zawsze jest to imię żeńskie i numer komórki wypisany markerem na fudze między płytkami, lub na płytce jako takiej. (Co według Leibniza było by tu monadą, czy też monadą centralną?) Nigdy mnie nie kusiło pod taki numer zadzwonić, bo i po co? Na pewno nie dla dyskursu filozoficznego, z równym skutkiem znajdę go w rzeźni. Mówiąc szczerze nie mam pojęcia, czy jest coś jeszcze co chciałbym napisać w tej notce. Może tylko odniosę się trochę(na ile pozwala mi moja wiedza i pamięć) do Herr Batniczka. Leibniza. On zakładał monizm. Każdy byt jest monadą, lub zbiorem monad okręconym wokół monady centralnej. Dla człowieka była to dusza. A co jest z takim murem. Cegły, zaprawa, tynk, kafelki... On cały jest jedną monadą, czy też cegły, lub pustaki, albo gazobeton są monadą centralną? Tylko, że każda taka monada centralna jest oddzielona zaprawą, więc nie mogą wszystkie razem tworzyć jednej monady. To trochę jest jak z Parmenidejską koncepcją bytu i świata. Wszystko jest jednym bytem i co bardzo odkrywcze niebytu nie ma. I świat się nie zmienia, bo gdyby się zmieniał, to fazą przejściową byłby niebyt, a jego nie ma. To takie trochę od tyłu jak dla mnie, ale może czegoś nie rozumiem, albo przekład z Greki nie jest dość precyzyjny. Z językami to jest straszna sprawa żaden przekład nigdy nie będzie w stu procentach wierny i dokładny, nawet jeśli tłumacz będzie z dwujęzycznej rodziny. A może i będzie, ale tylko w jego personalnym odczuciu. Każdy zaraz powie, że on by to przetłumaczył inaczej i w odczuciu tego kogoś to będzie wierniejsze i lepsze tłumaczenie. Na koniec dwa linki na uwiarygodnienie wywodu o tłumaczeniach

http://www.youtube.com/watch?v=BEtBDb2Boe4 Oryginał i delikatny spojler następnej notki

http://www.youtube.com/watch?v=d4etQYK7s54 Polskie tłumaczenie. I powiedzcie mi, że refren jest wierny. Trzyma rymy, ale wierny to on jest równie mocno co ktokolwiek kto zdradził.

sobota, 9 marca 2013

O miłości słów kilka.

Jakoże, piszę o czymś, o czym mam mniej więcej takie samo pojęcie jak o fizyce kwantowej i skwa...kwarkach, to na dole macie zdjęcie, muru na ulicy Szpitalnej w Krakowie.



Motylki w brzuchu, bujanie w obłokach, stan wiecznego rozkojarzenia. Stan najbardziej sprzyjający kreacji i destrukcji. Czyż nie były nią powodowane Ogrody Semiramidy, czy Taj Mahal, o ile tak się zapisuje tę nazwę. Czy też nie było tym uczuciem spowodowane spalenie Rzymu przez Nerona. Tu najprostszym zdaje się być wniosek, że miłość do drugiej osoby buduje, a samolubna bo to siebie kochał Neron, niszczy. Jednak termin samolubna częściej odnosi się do związków dwojga ludzi, niż miłości kogoś do siebie samego. Częściej mówi się o kimś, takim, że jest zapatrzony w siebie, czy narcystyczny. Omijamy tu termin "kochać", "miłość". Sakralizujemy to uczucie, a przecież z miłości i to tej niby budującej, wzajemnej miłości między dwojgiem białych, heteroseksualnych ludzi wychodzą często największe bezeceństwa.Jest na, którymś z kanałów seria o parach, które najczęściej dla "przełamania łóżkowej rutyny" zabijają. Najczęściej, choć nie zawsze. Nie generalizujmy(a może nie uogólniajmy). Czasem jedno zmusza drugie, ale częściej jest tak, że obie połówki czerpią z tego jakąś satysfakcję. Kiedy pisałem o białej heteroseksualnej parze, zastosowałem uogólnienie(a, może generalizację?), bo zdarzały się i pary afroamerykańskie(już wiecie Drodzy Czytelnicy, kto nakręcił tę serię), a także latynoamerykańskie, a może latynoskie, nie wiem czy te terminy są wymienne, lub mieszane. Nie widziałem tam jednak, ani jednego przedstawiciela rasy "żółtej", czy też ludzi szeroko zwanych "arabami". Arabowie są raczej łączeni z biciem i molestowaniem w kręgu własnej rodziny, a rasa "żółta" jest pojęciem tak szerokim, że nie ma sensu szukać przyczyn w ramach tego zjawiska, przynajmniej na ograniczonym miejscu jakim jest przestrzeń tego bloga. Zwłaszcza przez kogoś takiego jak jego prowadzący. Mamy przecież Hindusów, Koreańczyków, Chińczyków, Mongołów, Japończyków. Nie jestem pewien, czy Hindusi też do rasy "żółtej". Słowotwórczo "miłość jak mi się zdaje pochodzi od czasownika "miłować", co chyba oznacza albo obdarzenie kogoś miłością, albo bycie miłym. Nie jestem językoznawcą, żeby podać pewne dane. Jeśli ktoś z Was, Drodzy Czytelnicy się doszuka, z radością umieszczę sprostowanie, okraszone podziękowaniem i komentarzem. Nie pytajcie czemu sam tego nie zrobię. Nie o to chodzi. Angielskie słowo "love", według mojej wiedzy pochodzi od "wikińskiego"(czyli może to być tak zwane "Old Norse") terminu określającego waginę. Ale nie zagłębiajmy się w te językoznawstwa, nie jestem dla nich kompetentny. I znów nie pytajcie czemu się ich podjąłem w pierwszej kolejności. Miłość, jak ktoś mądrzejszy powiedział to codzienne zakochiwanie się, wciąż na nowo, wciąż w tej samej osobie. Jest w tym trochę prawdy, ale też nie tyle ile widział w niej autor wypowiedzi(Idealizm subiektywny). Otóż myślę sobie, że to wtedy by spowszedniało i straciłoby swój urok. I takie zakochanie, ma niewiele wspólnego z miłością. Zakochanie to"Uwielbiam jak płatki śniegu/krople deszczu* migoczą w Twoich włosach", miłość to "Załóż tę czapkę!". I jedno i drugie podejście ma swoje plusy i minusy. Skupię się na pozytywach, ponieważ ich obecność dla jednego podejścia jest minusem dla drugiego. I tak na plus dla podejścia "zakochanie" wychodzą:wrażliwość na piękno, delikatność, i okazanie jaką to ma się "artystyczną" jak to się mówi duszę. Za podejściem miłość przemawiają: troskliwość, opiekuńczość, pokazanie "męskiej stanowczości"(Ah to wykrzyknienie). Myślę sobie też, że skrajności są bardzo skrajne, niestabilne i niesprawiedliwe. I trzecia droga, jaką wymyśliłem, dlatego przypadku, to danie dziewczynie swojej czapki, jej się zrobi przykro, że nam głowa marznie/moknie* i będzie pamiętać o swojej. Zawsze jest jakaś trzecia droga. Tylko czasem trzeba złapać dystans i obejrzeć wszystko dokładnie.



*niepotrzebne skreślić

niedziela, 24 lutego 2013

O gotach.

Długo zbierałem się do tej notki. Jest to moje drugie do niej podejście, bo pierwsze uznałem za nudne i niewarte publikacji. Jednak jeśli będziecie chcieli Drodzy Czytelnicy to je dokończę i opublikuję.

Goci. Subkultura, ale jednocześnie swego rodzaju kultura podzielona na subkultury.. Problemem jednak jest to , że goci jako zbiór subkultur są bardzo niespójni. Mamy na przykład Victorian Gothów, którzy wiernością historyczną strojów graniczą z jakimś pokręconym niesformalizowanym środowiskiem odtwórstwa historycznego, ale chyba jednocześnie dla przeciwwagi mamy techno-gothów, którzy wyglądają... Właściwie ciężko opisać ich wygląd. Dużo świateł chemicznych, sztucznych jaskrawo barwionych włosów i futer, a do tego czerń i skóra. Wygląda dość malowniczo. Jednak wygląd to ledwie jedna trzecia z gotyckości. Na tę triadę składają się w równych proporcjach wygląd, filozofia i sztuka. Te trzy zbiory, a może i klasy cech mogą posłużyć do opisania każdej w jakiś sposób wyróżniającej się grupy społecznej. Zajmijmy się może jednak jakimś zdefiniowaniem tych słów na podłożu gotyku. Każdy podtyp gotha wygląda w archetypie inaczej od całej reszty, jednak każdy w swoim nurcie dąży do wyrażania siebie, w pewnych ramach stylu wyznaczanych przez dany podtyp i całą kulturę. Filozofia... Tu można się bardzo wiele rozwodzić nad tym, ponieważ każdy podtyp ma swoje archetypiczne patrzenie na świat. Każdy człowiek mam jakieś swoje patrzenie na świat sprzed oddania się nietoperzom pod wychowanie. Wreszcie rzadko, który goth jest tylko w jednym nurcie gotyku, bo to też są, wierzcie mi lub nie Drodzy Czytelnicy, ludzie jak wy. A przez to lubią różne często niegotyckie rzeczy. Tak właściwie to co dla Was, Drodzy Czytelnicy znaczy, że coś jest gotyckie? I nie myślę tu o tym ludzie germańskim, ani o tym nurcie w architekturze i sztuce. Nie wiem czemu też wszyscy patrzą na bycie gotem tak poważnie. I się smucą gdzieś na cmentarzach i gderają wierszem jak to im jest źle i niedobrze, albo są cyber i... Są cyber. Tyle wystarczy. Czemu nikt nie może podchodzić do tego z przyrodzonym gotykowi dystansem i autoironią, przecież ten klasyczny "ponury" nurt gotyku jest tak śmiertelnie poważny, że nic tylko sobie podciąć żyły, albo się śmiać. Rozumiem, że każdy miewa czasem gorszy humor, ale czasem myślę, że to jest coś nie tak, że wszyscy tacy memento mori. Przecież średniowiecze się już skończuło. I też to , że część gotów nie może słuchać innych zespołów niż, te które jasno wpisują się w ten nurt. A ja lubię disco z lat 80tych i NVOBHM. Ale jednocześnie uważam się w jakiejś części za gotha. Za takie pokręcone 2/3 gotha, przynajmniej według tego archetypicznego trójkąta. Bo nie wyglądam jak gotb, nawet nie jestem pewien czy bym chciał. Wyznaję własną pokręconą wersję filozofii gotyckiej, A czy kręci mnie kultura? Jest tak grobowo poważna, że aż chce się śmiać, ale chyba tylko mnie i Voltaire'owi. Uroczy artysta.. Taki jak moje podejście do gotyku. Trochę jak Tom Waits. Choć bez takich grobowo poważnych gotów, ci śmieszni nie byliby tacy śmieszni, bo jak powiedział Schopenhauer:"Na tej samej zasadzie, gdy szare ułożymy obok czarnego uzna się je za białe; gdy obok białego – za czarne." Wszystko jest względne i to bardzo. W fizyce mamy teorię względności... Ale mamy także praktykę względności jaką jest polityka. Ale czy warto sobie nią psuć krew? Nie, nie jest to pytanie retoryczne.. Trzeba sobie na nie odpowiedzieć, bo to ważne, zwłaszcza, że mamy coraz mniej do powiedzenia. Powiecie, że ruchy społeczne? A ja wam powiem, że bzdura i będą pacyfikacje, zwłaszcza jeślim wreszcie będą te ruchy przeciw jakiejś naprawdę sponsorowanej ustawie. Z resztą już w samym słowie "ustawa" wszystko się kryje. Ustawa, wszystko zostało ustawione. Myślisz, że sztuczka dopiero się dzieje, a już po wszystkim. Wracając zaś do gotyku, to myślę, że to przepatetyzowane jest. I to bardzo. I przydałby się jakiś kwiatek do tego czarnego skórzanego płaszcza, bo nie kożucha. Część z gothów jednak kładzie największy nacisk na bycie kreatywnym i to nie tylko w nurcie gotyckim, ale na bycie kreatywnym w ogóle. Czyli według nich na wszystko co ma walory artystyczne, w tym także haftowanie i wyszywanie, nie zawsze czaszek i nietoperzy, a i tak jest to gotyckie, bo jest kreatywne bo wymaga jakiejś wyobraźni i zdolności, a także te już nabyte rozwija. Gotyckie jest po prostu bycie człowiekiem. Tak sobie myślę, ale człowiekiem ubranym trochę inaczej niż cała reszta. Nie wiem ilu podziela moje zdanie. Tak czy siak kultura gothów, jest tak szeroka jak jej postrzeganie przez uczestników i współtwórców, czyli samych gothów we wszystkich typach. Nie wiem, czy są jakieś cechy wspólne. Też trzeba wziąć poprawkę na to, że po za byciem gothem każdy jest człowiekiem. To samo można powiedzieć o każdym gocie i o każdym uczestniku jakiejś subkultury. Przed obraniem ścieżki przez nią prezentowaną też był człowiekiem. Nie da się odciąć od przeszłych doświadczeń i przemyśleń. One zawsze w ten czy inny sposób w nas będą.

piątek, 9 listopada 2012

Fenomen beczkookiej ryby.

Barrel-eye fish - beczkooka ryba. Co to znaczy, że jest beczko-oka? Ma oczy jak beczki? Takie wystające na boki, w kształcie walców? Oczy złożone, zbudowane z mniejszych, podłużnych oczu, jak deski w beczce? Czy ciągle przewraca, z angielskiego robi barrel roll oczami? Pół strony B5 i same pytania... Ja sobie taką rybę wyobrażam jako jakąś Żabnicę, z takimi wielkimi oczami, w kształcie beczek. A, może jako taką rybę-wędkarza, polującą na nurków z oczami-beczkami wiszącymi nad głową. Wabi tymi swoimi oczami nurków i połyka ich w całości, bo jest olbrzymia. A ma te oczy zmimikrowane(trudne słowo) na beczki z odpadami, których nurkowie w obronie środowiska będą szukać i je wyławiać. Tak trochę z innej beczki. Miałem ostatnio strasznego "smaka" na rybę. Jakimś bocznym torem myślenia dotarłem przez ryby, głowonogi, aż do stawonogów i do myśli, czemu "stawonóg" ma tak wąski zakres znaczeń? Przecież i ja i krowa i pająk i świnia i Ty, drogi czytelniku mamy nogi i mamy w nich stawy. Rozumiem, że pająki są najprostszymi istotami, mającymi nogi i w nich stawy, ale...
A swoją drogą wyobraźcie sobie mieć w nodze staw, ale jako zbiornik wodny. Nie wiem po co i na co to komu, ale fajnie by to wyglądało. I biorąc pod uwagę właściwości fizyczne wody nie psułyby się tak często te stawy. Ale ciężko byłoby je zmieścić w nodze. Albo w ręce. Czy kark jest stawem? Z jednej strony zapewnia mobilność, ale nie jest zbudowany jak na staw przystało. Nie porasta go Tatarak. Swoją drogą go oglądałem, ale mi się nie podobał za bardzo. Wspomnienia Jandy, po zmarłym mężu, kamerzyście. Jakimś sławnym z tego co pamiętam. Ale ja ten film jakoś w liceum oglądałem, czyli przynajmniej dwa lata temu. O ile mnie pamięć i umiejętność rachowania nie myli. Jak dawno nie mówiłem i nie słyszałem o rachowaniu... Pamiętam, że czasem w bajkach postacie mówiły "porachuję Ci wszystkie kości". Swoją drogą, krąży po internecie taka plotko-anegdota niby ktoś napisał do profesora Miodka zapytując, czy zwrot "porachuje" jest poprawny. Profesor odpisał, że jak najbardziej, ale kulturalniej jest powiedzieć "już czas Panowie". Taki to podobno jest z niego kawalarz. Żartowniś. Trefniś. Mam nadzieję, że to ostatnie to synonim dwóch poprzednich. Albo mówiąc inaczej, że zakresy znaczeń tych trzech wyrazów pokrywają się wzajemnie. I będą takie małe wyraziki. Z tego pokrywania. Dla ludzi, którzy zgubili mój tok myślenia, pokrywa się czasem krowy, owce, świnie, klacze. Żeby miały potomstwo. Żeby mieć mięso, konia, wełnę, więcej wełny, albo kebab. Z baraniny. Albo Kibyny. Też są z baraniny. Takie karaimskie pierożki. Chyba smaruje się je bulionem, a na pewno przed hipotetycznym usmarowaniem bulionem robi się w nich taką małą dziurkę na wierzchu, a po obu tych czynnościach piecze się je. Od tej dziurki z tego co pamiętam pochodzi nazwa. Ciasto drożdżowe, całkiem smaczne, ale ja jadłem z wieprzowiny. Ponoć to coraz popularniejsze. Pewnie, któraś z restauracji z kuchnią kresową, a jest takich kilka w Krakowie je serwuje. To możecie skonfrontować zdanie z rzeczywistością i sprawdzić czy to prawda. Ostatnio na zajęciach z filozofii(ale to hipsterskie) dyskutowałem(liśmy?) o tym, że kiedyś z "nośnik" prawdy uznawano zgodność myśli z rzeczywistością, a teraz się mówi o zgodności zdania z rzeczywistością. Czemu nagle przestaliśmy cenić myśl jako nośnik prawdy? Bo nie zostały wypowiedziane, a co za tym idzie nie można tego sprawdzić, bo nie umiemy czytać sobie w myślach? Bo jedno mówisz, ale pomyśleć możesz coś zupełnie innego? Niby jest to jakiś wyznacznik, ale czemu nagle przestaliśmy sobie tak po prostu ufać i wszystko musimy sprawdzać? Rozumiem krytycyzm i empirię, ale... Może po prostu myśl jest cicha i nie wiadomo co ktoś myśli? Sprowadza się to trochę do braku możliwości sprawdzenia myśli, bo jak już mówiłem nie umiemy czytać naszych myśli nawzajem. Myśli często są prawdziwsze od zdań, bo sami na pewno widzicie, że czasem nawet bardziej myślicie to co chcecie niż to mówicie, bo presja społeczeństwa jest tak silna, że chcąc się utrzymać w nawiasie(jakby to co było w nawiasie było nie ważne)społeczeństwa musicie powiedzieć, coś co jest wbrew wam. Musicie konformizować. Wypadałoby już chyba użyć zwrotu "konkludując", albo "kończąc", tylko nie wiem za bardzo jak. To napiszę: Ia! Ia! Cthulu fthagn!

niedziela, 28 października 2012

Sportowe rozliczenia.

IO! IO! IO! Jakie zwierzę tak robi?
Oczywiście macie rację - osioł. Troszkę zapóźniony temat, ale miejmy nadzieję- w miarę obiektywnie, mianowicie tak. Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w 1974, Wembley. Nie... Jeszcze nie. Igrzyska Olimpijskie - tak. Wielka feta, ale nie ta, która cieszy większość rockmanów i gwiazd hip-hopu. Święto. Nie mam też na myśli tego greckiego sera, bo nie wiem jak się go robi. Swoją drogą przypomina trochę mozarellę, ale chyba czymś się różni. Czymś po za nazwą oczywiście. 205 krajów z całego świata ile ich jeszcze jest, nie mam pojęcia. Ale obstawiam przynajmniej ze 300. Zacznijmy od początku, czyli ceremonii otwarcia. Była bardzo brytyjska. Z klasą i pompą. Pokazali się z możliwie najlepszej strony, ale co mówiła opinia świata? Nic nie powiedzieli o zbrodniach kolonizacji... Ale jednocześnie wyglądało to jakby cała literatura dziecięce była brytyjska i jakby cały światowy postęp zależał od nich. A przynajmniej od którejś z ich kolonii. W końcu mieli w pewnym okresie ćwiartkę świata, a pojedynczemu człowiekowi czasem ciężko ćwiartkę pizzy zjeść. Oni ćwiartkę świata mieli. Oczywiście szpanowali nie tylko literaturą, ale też i wkładem w popkulturę, nie zapominajmy jednak, że Anglików nie lubimy, odwrócili się od jedynie słusznej wiary katolickiej, wygrali z nami na Wembley, mimo, że mecz powinien być przerwany przez kałuże(chcieliśmy im zrobić chyba to samo na narodowym) i oczywiście popełniali zbrodnie w koloniach(pokażcie mi kraj, który wchodzi na terytorium innego i jest grzeczny i nie gwałci ani nic) tak czy siak oczywiście był Rowan Atkinson, grający świetny koncert i James Bond skakał na spadochronie z Królową Matką(błąd, skakał z Królową Elżbietą II, a przynajmniej kimś za nią przebranym, Królowa Matka to jej matka). Bo gdybyśmy my organizowali IO to byłoby normalnie po bożemu, msza i nie ważne, że byłyby tam reprezentacje z kilku krajów o odmiennych poglądach i przemówienie prezydenta i pielgrzymka i martyrologia z malutkimi kawałkami zbrodni
smoleńsko-katyńskiej ućkanej jak rodzynki w serniku(nie wiadomo po co i na co komu) zwłaszcza i znicz olimpijski wyglądałby jak wielki stos(dobrze, że nie książek), choć na tych IO znicz był bardzo według idei olimpijskiej. Pamiętacie, każda reprezentacja miała część znicza, która dopiero po złożeniu w cały znicz została podpalona, bardzo w idei olimpijskiej, ale nadal ich nie lubimy, bo są źli(powody już podałem). Udało nam się zdobyć zamierzone 10 medali, choć z pewnymi problemami. Za to naszym paraolimpijczykom(pozdrawiamy Pana Mikke) udało się zdobyć 31. I co to znaczy? Że nasi uszkodzeni są i tak bardziej chętni i zdolni do walki niż Ci pełni. Może tak być, może być też tak, że nasi olimpijczycy mieli gorszą bazę szkoleniową niż Ci z innych krajów. Czyli Paraolimpijczycy mają lepszą? Równie możliwe jak to, że kiedyś się zdekomunizujemy. Albo raczej kiedy się zdekomunizujemy nasi sportowcy będą mieć normalną bazę szkoleniową, ale czy naprawdę jest tak źle? Czy naprawdę nadal nie jesteśmy zdekomunizowani? Nikt od dawna nie podniósł tego tematu, więc może się zdekomunizowaliśmy... Wracając do sportu, to przez moje ambiwalentne podejście do letnich IO nie oglądałem ceremonii zamknięcia. Ale nasi piłkarze dokonali przełomu, po raz pierwszy w historii...Przegrali z Estonią. Dobrze, że teraz jesteśmy na dobrej drodze, bo za niedługo zastanawialibyśmy się, czy uda nam się "wcisnąć" 1:0 z San Marino. Wiecie co...Ta notka jak ją zaczynałem pisać jakoś po IO miała być pomstą i tragizmem, a teraz po tym całym czasie okazuje się, jesteśmy w stanie pokazać coś w piłce nożnej. Co prawda nie zamknęliśmy dachu i nam stadion zamieniło w basen, ale powtórzyliśmy wynik z...Wembley. 1:1. I idziemy w dobrym kierunku. Czas pokaże, czy uda nam się go dłużej utrzymać.

wtorek, 17 lipca 2012

O otaczającym nas świecie.

Miała niby być o czymś innym, ale doszedłem do wniosku, że nie wiem, czy jestem w stanie podejść do tamtego tematu odpowiednio dorośle, bo nie chcę skończyć jak Wojewódzki, bo przecież samochód za 300tys, to jest fatalny koniec dla każdego człowieka. A tak naprawdę, to nie chcę być zaszufladkowany jako klaun i kretyn.

Tak się przyglądam naszemu "najlepszemu ze światów" i dochodzę do wniosku, że jeśli ten jest najlepszy, to ja wysiadam, bo coś tu jest wyraźnie nie ten tego. A może właśnie za bardzo "TEN TEGO(wiadomo co robi), mężczyźni się jakoś dziwnie ostatnio ubierają. Kiedyś widziałem dwie fajne laski idące przede mną, ale okazało się, że mają brody, tylko nie było wtedy w mieście żadnego objazdowego cyrku, a szkoda, za takie "okazy" dostałbym trochę. Ale będąc poważnym od kiedy płcie zamieniły się rolami społecznymi? Teraz homoseksualiści chcący "męskiej drugiej połówki", spokojnie mogą zostać hetero. Co mówiąc szczerze nie jest to najlepsza perspektywa, bo już nie wspominam o tym, że każdy z nich rozumie kobiety tysiąc razy lepiej, niż jakikolwiek "heteryk" zrozumie, ale to po za tym będzie też czysto liczbowo większa konkurencja. A tak po za tym, to źle się dzieje w państwie Duńskim(chciałbym, żeby to faktycznie chodziło o Danię), tą która rozciąga się między Odrą, a Bugiem, i między Bałtykiem, a Sudetami i Karpatami, wiecie o co mi chodzi? Dla co mniej domyślnych piszę. O, głód, ubóstwo, emigrację, korupcję i mobbing? Chyba tak się to nazywa...Chyba tyle. Dobra, zacznijmy od końca, bo tak lubię. Afera w PSLu, posłowie PiSu twierdzą, że było o tym publicznie wiadomo już przed euro, ale dla przeciętnego zjadacza informacji, stało się to wiadome dopiero teraz. Możliwym też jest, że Sawicki był zbyt popularny na tyle, że było o nim cicho, czyli pewno robił dobrą robotę, bo nasze media, też nie mówią o niczym dopóki dobrze to działa. Tak czy siak mógł być zbyt popularny i został delikatnie zmuszony, do odejścia, bo zagrażał pozycji aktualnego szefa partii, co mogłoby się skończyć swoistą "odwilżą" w tym dość zamkniętym światku. To go też nie do końca dotyczyło, ale uniósł się honorem i wziął całą odpowiedzialność za swoich mniej lub bardziej bezpośrednich podwładnych na siebie, postawa godna pochwały, ale może jeśli robił dobrą robotę, to premier nie powinien przyjmować jego rezygnacji. Choć, to może zmienić całą scenę polityczną w Polsce, bo PSL jest na tyle mała, że nikt się z nimi nie będzie za bardzo liczył, a jednocześnie, na tyle duzi, że wyrabiają tą przewagę konieczną do w miarę stabilnego rządzenia, a jak teraz będzie taka chryja to ludzie zapamiętają i może się to nie wyrobić w progu wyborczym, co spowoduje zupełnie inne układy i stosunki między partiami. Choć z drugiej strony do wyborów jeszcze czas całkiem spory, ze dwa lata, to ludzie zapomną. Dziwna sprawa z tym wszystkim. Co teraz? Korupcja, ona jest wszędzie, tylko u nas jest po prostu, w innych krajach ona mam białe rękawiczki, to przynajmniej tyle dobrze, że nasi nie maskują tego bardziej niż to przyzwoite, o ile można w tym wypadku mówić o jakiejś przyzwoitości, najgorsze jest to, że nie dziwię się temu zjawisku, bo jest całkowicie zrozumiałe, ktoś chce coś przepchnąć mimo pewnych niezgodności, a ktoś inny woli dobro swoje ponad społeczne. Instynkt samozachowawczy i nic więcej. Tylko oni nie biorą jednej rzeczy pod uwagę, że jeśli oni tak będą ciągle robić, to w końcu całe państwo pierdolnie i już nie będzie dobra społecznego, nad które możnaby własne przedkładać. Po za tym korupcja jest rozwiązaniem krótkofalowym, a one zawsze są skazane na porażkę. Po za tym to powoduje myślenie typu "bez kasy nic tu nie załatwię, jadę gdzieś gdzie jest lepiej"-emigrację, bo po co siedzieć tutaj, jak można wyjechać gdzieś gdzie cenią człowieka. Mam w rodzinie tokarza, tutaj zarabiał 1200 złotych, chyba już na rękę i mieszkał kątem u rodziny, wyjechał do Irlandii i mimo kryzysu nadal dobrze zarabia i kończy budować dom, ożenił się i ma synka. I znowu jest to zrozumiałe, nikt nie chce robić za bez cen, bo mu się to nie uśmiecha, po prostu. No, chyba, że są ludzie, którzy nie chcą z tych czy innych przyczyn wyjeżdżać, to dochodzimy wtedy do następnego problemu, biedy, bo jak tu zarobić coś jak wszystko trzeba załatwiać z kopertą w ręce, co totalnie blokuje możliwość rozwoju co biedniejszych z nas, bo najpierw trzeba mieć na ten nie do końca legalny wkład własny, a dopiero potem można ciągnąć zyski. Oczywiście trochę tą korupcję wyolbrzymiam, ale też często zamiast korupcji trzeba mieć po prostu znajomości "plecy", czy jak tam to zwał, dopóki nie zmienimy naszej mentalności to tak będzie. Choć z drugiej strony poprawność polityczna i strach przed posądzeniem o rasizm są równie straszne, bo w sytuacji, gdzie mamy trzech kandydatów na jedno miejsce w firmie i jest to Jan Kowalski, który jest najlepiej wykształcony z największymi kwalifikacjami i doświadczeniem na podobnym stanowisku, Marek Włóżmitu, o mniejszych kwalifikacjach, ale homoseksualista i Ubuntu M'famwe, o podobnych do marka kwalifikacjach, ale z czarnego lądu, jak myślicie kto dostanie tą robotę? Na pewno nie Jan. Choć, jeśli chcemy zwalczać rasizm, to nie powinniśmy tworzyć nadużywanych narzędzi zwalczania domniemanych szkód, a pracować nad zmianą postrzegania ludzi odmiennego koloru skóry i ich też trzeba kopnąć, żeby się rozwijali, a nie tylko grozili pozwaniem o rasizm w razie nie przyjęcia. Nawet papier toaletowy wie, że żeby żyć trzeba się rozwijać. A jak nie ma komu robić to jesteśmy głodni, bo nie dostał się do firmy przez brak pleców, albo został wygryziony przez kogoś o walorach specjalnych. A mnie mówiąc szczerze kij obchodzi jak ktoś wygląda, czy co robi w sypialni, liczy się wiedza i inteligencja. Tylko i wyłącznie. Niestety sporo ludzi woli iść na łatwiznę i szantażować pozwami o dyskryminację. Właśnie szantaż. Coś jak korupcja, ale pieniądze, czy inne korzyści płyną w drugą stronę. I znowu wszystko się sprowadza do ludzkiej mentalności. Dlaczego wolimy pójść na łatwiznę, skoro coś zdobyte w trudzie smakuje o wiele lepiej. Nie wiem, ja wolę się męczyć więc pewno zobaczycie mnie na kasie w Tesco, albo na chodniku, rzućcie coś czasem.

niedziela, 8 lipca 2012

Po EUROpejskie rozliczenia.

Z czym pytacie? Z historią, a z czym innym Polacy mogliby się rozliczać? Chyba nie z ZUSem, Fiskusem, albo Urzędem Skarbowym. Z tym jeszcze długo się nie rozliczymy, swoją drogą ostatnio gdzieś natrafiłem na cytat z Prachetta dokładnie nie pamiętam, tak czy siak chodziło mniej więcej o to, że któraś z nacji zamyka swoich polityków w więzieniach od razu po ich wybraniu, ponieważ bardzo ułatwia im to egzystencję, tylko kto wtedy rządzi? Czy są "anarcho-syndykalistyczną komuną"? Tylko po co wtedy wybierać polityków? Dobra, potrułem teraz czas przejść do innych rzeczy. Ostatnio media rozpisują się o nazwijmy to przedefiniowywaniem definicji patriotyzmu. Według nich przestaje to być pojęcie wiążące się tylko i wyłącznie z kolejnymi klęskami powstańców i martyrologią, ale zaczynamy pozbywać się naszych wszelakich kompleksów na tle "wyposażenia"(podtekst seksualny), gospodarki i stylu życia, przestajemy się czuć jak postkomunistyczny kraik na końcu świata, wracamy samopoczuciem narodowym może gdzieś w okolice Rzeczpospolitej Obojga Narodów, zanim zaczęło się wszystko psuć. Ale my to my i fajnie, że zaczynamy zdejmować tą dość niewygodną Gębę zadupia, a ile minie zanim reszta świata zobaczy, że znowu mamy śmieszny renesansowy kapelusz z piórem to chwila minie. Ostatnio szedłem koło Auditorium Maximum i ktoś mnie spytał po angielsku, gdzie tu można kupić wodę. Odpowiedziałem mu, że ma tu w okolicy trzy sklepy, i że i tak idę w tamtą stronę to go podprowadzę. Zapytał mnie skąd jestem i był bardzo zdziwiony gdy usłyszał, że jestem z Polski, bo przecież mało kto w tym kraju mówi po angielsku. Kij, że jest to język, którego spora część z młodych uczy się od wczesnej podstawówki, a ostatnio nawet i przedszkola. Był bardzo zdziwiony również tym, że uczę się tego języka od podstawówki. Ale dość już o mnie. Porozmawiajmy o Nas. Podobam się wam? A tak na serio, zanim na dobre przestaniemy czuć się gorsi "bo na zachodzie jest lepiej", to minie jeszcze wiele pokoleń, nawet jeśli to EURO coś odmieniło, to obcokrajowcom też wiele trzeba będzie czasu, zanim zaczną dopuszczać do siebie cokolwiek innego o nas niż stereotyp zamknięty w kawale "Dlaczego Rosjanie kradną w Niemczech dwa samochody? Bo wracają przez Polskę" I tu już nie tylko my jesteśmy straszni, ale i nasi wschodni sąsiedzi, którzy też nie są tacy straszni. Mieliśmy trochę zatargów między sobą, ale bywało też między nami dobrze i nie mam na myśli tylko tego przez co większość ma takie kompleksy na punkcie naszego narodowego wyposażenia, a mianowicie(wiem, że czekacie na to słowo) KOMUNY! Choć mówiąc szczerze nie mogę sobie przypomnieć niczego co by moją teorią potwierdzało, może to wina mojej pamięci, może systemu edukacji, a może faktycznie nigdy nie mieliśmy z Rosjanami dobrych stosunków od momentu rozejścia się dróg Trzech Braci. Ale z Niemcami miewaliśmy dobre stosunki, to i z Rosjanami powinniśmy takowe miewać. Tak czy siak nie mówię, że stereotypy są złe, bo sam się nimi kieruję, ale jednocześnie podchodzę do nich z dużym dystansem, bo znam stereotypy o Nas i wiem, że nie wszystkie są prawdziwe. Nie wiem czy słyszeliście/pamiętacie jak to do Australii trafił popularny w Polsce Drink: Spirytus Rektyfikowany. Wątpię, żeby ktokolwiek był w stanie ot, tak sobie popijać 98% procentowy alkohol. Z resztą do wszystkiego trzeba mieć dystans, bo inaczej traci się jakiś szerszy ogląd sytuacji i w ogóle jest kiepawo. Myślę, że sporo naszych polityków straciło do siebie dystans, nie tylko do siebie, do świata, do "wagi" własnego zajęcia. A może ja mam za niskie mniemanie o ich zajęciu. Z jednej strony wiem, że to dzięki nim to jeszcze się nie rozpadło, z drugiej nie wyglądają na przemęczających się. Może gdyby jeden z drugim czasem popatrzyli co jeden z drugim kabareciarze o nich mówią to wyszło bym im na zdrowie. Myślę, że ostatnio za mało śmiejemy się z siebie. Co do tego co mówili wszystkim znani panowie w radiu odnośnie dziewczyn z Ukrainy zarabiających u nas jako sprzątające, to mam dwie kwestie, dopóki nie mówił o gwałcie to by przeszło, tu już według mnie przeciągnął strunę zabawy stereotypem "Polaczka", bo żaden z tych obśmiewanych przez nich "Polaczków" nie posunąłby się do posunięcia żadnej z tych dziewczyn, możliwe, że poniżali by je słownie, ale trzeba wziąć pod uwagę, że nam brak odwagi, my czujemy się silni w grupach, jak każdy. Tylko nieliczni są pewni siebie nawet bez niczyjego wsparcia. A jak jest ze mną? Nie wiem, czasem dobrze się czuję w samotności, a czasem jestem człowiekiem, który potrzebuje innych ludzi, żeby im udowodnić, że ich nie potrzebuje. Jak to ładnie napisał kiedyś Prachett.