Od jakiegoś czasu spędza mi sen z powiek, pewna obserwacja i poczynione przeze mnie w związku z nią wnioski.
Zaobserwowałem, że ludzie z nieznanych mi przyczyn unikają wiedzy, mądrości. Nie mam tu oczywiście na myśli wszystkich ludzi zawsze. Niektórych czasami, a innych w pełnym wymiarze godzin. Nie wiem skąd się bierze taka awersja nie tylko do szkoły, ale i do samych przedmiotów, przyznam szczerze samemu byłem ze szkołą na bakier, lubiłem słuchać o prawach fizyki, związkach chemicznych, strefach klimatycznych, ale również przyjemność sprawiało mi analizowanie wierszy, czy debaty na lekcjach historii, czy wiedzy o społeczeństwie.
Zaś pewna część osób z mojej klasy zarówno licealnej, jak i gimnazjalnej, z jakichś powodów umyślnie nie tylko nie uważała na lekcjach, ale również nie uczyła się w domu.
Ja nie robiłem tylko tego drugiego. Ciężko było mi się skupić w domu. Tak jak Sartreowi nad morzem. Zastanawia mnie co takiego waży o takim niedbałym podejściu do nauki szkolnej, rozwoju intelektualnego. Obowiązkiem szkolnym tego nie nazwę, bo przechodziły te osoby z klasy do klasy i pojawiały się na ciut-więcej-niż-połowie lekcji, więc technicznie rzecz ujmując tę powinność wypełniały. Nie było to raczej z powodu braku własnego kąta do nauki, bo każda z tych osób posiadała własny pokój. Niedobory czasu też raczej nie były przyczyną, bo wystarczyło przestać robić to wszystko co odciągało ich od nauki. Filmy, wypady ze znajomymi, nadmierne imprezowanie. Może źle reagowali na przymuszanie do nauki w szkole podstawowej, a czując w gimnazjum, czy liceum trochę wolności momentalnie uciekali się do hedonizmu?
Może kiedyś na polu nauki odnieśli pasmo porażek, z których żadne z nich później się nie podniosło? A może się uczyli, ale nie odnosiło to efektów, bo nie wiedzieli jak się uczyć? Też nigdy nie umiałem się uczyć, stąd uważałem na lekcji, żeby nie musieć tego robić. Nie wymagam od nich niczego, bo zauważam pewną różnicę między prostactwem, a prostotą i nie uważam, żeby było cokolwiek złego, czy uwłaczającego, w prostocie. Jedynie się zastanawiam nad tym wszystkim. Może kwestia jest w tym, że "byli nauczeni" na daną lekcję, ale nie umieli jakoś przełożyć wiedzy z umysłu na papier, czy wypowiedź, bo dawało się z nimi normalnie porozmawiać i to nie tylko o tym najbardziej przyziemnym "Co u Ciebie", ale też dało się też na tyle na ile umie przeciętny licealista bez właściwej wiedzy, wpełznąć w filozofię.
Może to kwestia rodziców, którzy chcą, żeby ich dziecko się rozwijało, ale kiedy widzą, że może się rozwinąć ponad nich, zaczynają je ściskać, żeby czasem nie musieli sami czegoś przeczytać. A bardzo ważne jest to, że myślimy w języku. Używamy słów do formułowania myśli, im bardziej precyzyjnych terminów używamy w myślach i wypowiadanych zdaniach, tym bardziej unikamy nieporozumień. Nie szafuję wyroków, które wyjaśnienie jest najbardziej właściwe, bez głębszego wglądu w poszczególne przypadki. Nie chcę również szafować żadnymi rozwiązaniami, czy wyrokami, więc zakończę całą tyradę tutaj, po prostu opisując obserwację.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 25 września 2017
sobota, 15 października 2016
Moje wrażenia po seansie "Osobliwego domu Pani Peregrine". - X-meni w Narnii
Byłem dziś w kinie na seansie nowego filmu Tima Burtona pod powyższym tytułem. O filmie przed wejściem na salę słyszałem, że jest przeciętny, lub mierny, jednak nie przejmowałem się tym, ponieważ uwielbiam filmy tego reżysera. Nie wdając się zbytnio w fabułę myślę, że podtytuł tej notki jest wystarczającym jej opisem. Nie na tym chcę się z resztą skupić. Chcę raczej przedstawić tutaj swoją interpretację tego filmu. Otóż wydaje mi się, iż ta ekranizacja została ujęta w taki sposób, aby podkreślić, że nawet ten jeden puzel, który nie chce za żadną cenę pasować do reszty układanki mimo, że jest ostatnim potrzebnym do dopełnienia obrazka. Jest to swego rodzaju apoteoza odszczepieństwa, wciąż jednak w formie ładnej baśni o walce dobra ze złem. Bo bycie tym jednym, który do niczego nie pasuje daje wiele możliwości, wszystko zależy od tego jak się to wykorzysta.
Mogę powiedzieć na swoim przykładzie, bo nigdy nie czułem, że gdzieś całkowicie pasuję, zawsze się czułem gdzieś z boku, z resztą wciąż tak jest. I czasem dopadają mnie myśli, że po co na tym Świecie(ponoć najlepszym ze wszystkich #Wolter) ktoś taki jak ja, który nie posiada zbyt wielu czysto praktycznych zdolności i raczej zmieni się to bardzo w toku życia. Ten film pokazuje, że każdy ma gdzieś swoją niszę i miejsce, w którym się spełni. I jak zawsze, że współpraca międzyludzka jest korzystna. Więc, jest dla nas nadzieja. Trzeba tylko znaleźć swoją pętlę.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Mogę powiedzieć na swoim przykładzie, bo nigdy nie czułem, że gdzieś całkowicie pasuję, zawsze się czułem gdzieś z boku, z resztą wciąż tak jest. I czasem dopadają mnie myśli, że po co na tym Świecie(ponoć najlepszym ze wszystkich #Wolter) ktoś taki jak ja, który nie posiada zbyt wielu czysto praktycznych zdolności i raczej zmieni się to bardzo w toku życia. Ten film pokazuje, że każdy ma gdzieś swoją niszę i miejsce, w którym się spełni. I jak zawsze, że współpraca międzyludzka jest korzystna. Więc, jest dla nas nadzieja. Trzeba tylko znaleźć swoją pętlę.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Etykiety:
Burton,
dom,
film,
filozofia,
Kandyd,
Narnia,
Osobliwy,
Pani,
Peregrine,
Tim,
treści,
Wolter,
współpraca,
X-Men
piątek, 2 września 2016
Wrażenia z otwartej bety Battlefield 1
Nie będzie tu nic o technikaliach, ani o samej rozgrywce. Więc o czym w takim razie? O grze jako takiej. Rozróżnienie między grą, a rozgrywką, jest jak między stojącym człowiekiem, a jego życiem rozumianym jako ciąg zdarzeń. Człowiek jest bytem, jego życie procesem, stąd można się odnieść, że będę mówił o bycie. W filozofii nauka o bycie to ontologia, trudne słowo.
Od czego by tu zacząć? Może od tego, że gra tej klasy osadzona w realiach Wielkiej Wojny, jest jak źdźbło siana w stogu igieł. Niezwykle rzadka. I gra jest naprawdę dobrze zrobiona. Przyjemny jest system biletów wojennych, za które wykupujemy jedną z kilku dostępnych wraz z przechodzeniem na kolejne poziomy, broni. Nawet fajnie działa to na immersję. To co jest według mnie złe, to pierwsza mapa i jak na razie jedyna dostępna mapa. Otóż jest to fragment pustyni Synaj, gdzie wcielamy się w rolę żołnierza albo brytyjskiego, albo jeszcze wtedy istniejącego Imperium Osmańskiego, które później stało się Turcją. Ta mapa bardzo służy dynamicznej rozgrywce, walce małych grup żołnierzy. Miałem po cichu nadzieję, że pierwszą mapą będzie Verdun, albo Somma, coś prostszego w designie, bardziej znanego. Oczywiście nie ma nic złego w rzucaniu światła na mniej znane fragmenty wojny, ale może lepiej wziąć się bezpieczniej, a lepiej do roboty. Ja przy mojej dość znikomej wiedzy historycznej widzę kilka wyjątkowo kłujących w oczy niedociągnięć. Nie chcę tutaj pluć jadem, ale chyba tego nie uniknę, bo liczyłem, że ta gra będzie fajnym nośnikiem sprawdzonej, merytorycznej wiedzy. I trochę tak jest, jak choćby w przypadku kawalerii. Karabinek kawaleryjski jest absolutnie poprawny, słyszałem gdzieś jakieś przekazy, że dało się go przeładować jedną ręką, jednak druga broń jaką jazda konno daje nam do dyspozycji czyli szabla jest niedociągnięta. Ponieważ w grze jest nam dawana do dyspozycji lekka szabla kawaleryjska wz. 1796, a podczas Wojny-która-miała-skończyć-wojny używany był miecz kawaleryjski(czasem nazywany ze względu na rękojeść i jednosieczność głowni szablą) wz. 1912, albo trochę wcześniejszy, bliźniaczo podobny, wz.1908. Nawet pod koniec wojny, kiedy istniały już pistolety maszynowe Bergmann MP18, jednak do końca wojny wyprodukowano ich jedynie 10 000, zamówionych 50 000. I używały go jedynie Państwa Centralne, czyli Osmanie, czy Niemcy, ale nie Brytyjczycy. Oczywiście jest szansa na zdobycie broni wroga, jednak ze względu na specyfikę amunicji, jaką było 9mm Parabellum, ciężko było używać zamiennie swojej, ponieważ brytyjska amunicja pistoletowa była o ponad 2mm szersza. Broń samopowtarzalna również jest zbyt hojnie jak na tamte czasy rozdawana. W armii brytyjskiej panowała doktryna celnego strzelania, zaś inne armie nie używały tej broni na szeroką skalę, gdyż była to po prostu stosunkowo nowa technologia. Więc armie nie zdążyłyby przestawić swoich żołnierzy na to uzbrojenie.
Chyba wolałbym stać po kolana w błocie w okopie pod Sommą, ale czuć znój i trud tamtych czasów zamiast bohaterskich czynów jakich dokonywałem w pojedynkę, albo małą grupą, jednocześnie wiedząc, że wszystko jest takie jak wtedy. Immersja byłaby pełniejsza, przynajmniej dla mnie. Z resztą Somma również mogłaby być spektakularna. Albo chociaż spektakularnie brutalna przez ogrom potyczek wręcz na łopatki o zaostrzonych krawędziach, pałki okopowe, noże, karabiny z bagnetami i pistolety. Może kampania będzie bardziej obfitować w tego typu scenariusze. Wtedy też bardziej skłaniałbym się zakupieniu tej gry, teraz mocno się waham.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Od czego by tu zacząć? Może od tego, że gra tej klasy osadzona w realiach Wielkiej Wojny, jest jak źdźbło siana w stogu igieł. Niezwykle rzadka. I gra jest naprawdę dobrze zrobiona. Przyjemny jest system biletów wojennych, za które wykupujemy jedną z kilku dostępnych wraz z przechodzeniem na kolejne poziomy, broni. Nawet fajnie działa to na immersję. To co jest według mnie złe, to pierwsza mapa i jak na razie jedyna dostępna mapa. Otóż jest to fragment pustyni Synaj, gdzie wcielamy się w rolę żołnierza albo brytyjskiego, albo jeszcze wtedy istniejącego Imperium Osmańskiego, które później stało się Turcją. Ta mapa bardzo służy dynamicznej rozgrywce, walce małych grup żołnierzy. Miałem po cichu nadzieję, że pierwszą mapą będzie Verdun, albo Somma, coś prostszego w designie, bardziej znanego. Oczywiście nie ma nic złego w rzucaniu światła na mniej znane fragmenty wojny, ale może lepiej wziąć się bezpieczniej, a lepiej do roboty. Ja przy mojej dość znikomej wiedzy historycznej widzę kilka wyjątkowo kłujących w oczy niedociągnięć. Nie chcę tutaj pluć jadem, ale chyba tego nie uniknę, bo liczyłem, że ta gra będzie fajnym nośnikiem sprawdzonej, merytorycznej wiedzy. I trochę tak jest, jak choćby w przypadku kawalerii. Karabinek kawaleryjski jest absolutnie poprawny, słyszałem gdzieś jakieś przekazy, że dało się go przeładować jedną ręką, jednak druga broń jaką jazda konno daje nam do dyspozycji czyli szabla jest niedociągnięta. Ponieważ w grze jest nam dawana do dyspozycji lekka szabla kawaleryjska wz. 1796, a podczas Wojny-która-miała-skończyć-wojny używany był miecz kawaleryjski(czasem nazywany ze względu na rękojeść i jednosieczność głowni szablą) wz. 1912, albo trochę wcześniejszy, bliźniaczo podobny, wz.1908. Nawet pod koniec wojny, kiedy istniały już pistolety maszynowe Bergmann MP18, jednak do końca wojny wyprodukowano ich jedynie 10 000, zamówionych 50 000. I używały go jedynie Państwa Centralne, czyli Osmanie, czy Niemcy, ale nie Brytyjczycy. Oczywiście jest szansa na zdobycie broni wroga, jednak ze względu na specyfikę amunicji, jaką było 9mm Parabellum, ciężko było używać zamiennie swojej, ponieważ brytyjska amunicja pistoletowa była o ponad 2mm szersza. Broń samopowtarzalna również jest zbyt hojnie jak na tamte czasy rozdawana. W armii brytyjskiej panowała doktryna celnego strzelania, zaś inne armie nie używały tej broni na szeroką skalę, gdyż była to po prostu stosunkowo nowa technologia. Więc armie nie zdążyłyby przestawić swoich żołnierzy na to uzbrojenie.
Chyba wolałbym stać po kolana w błocie w okopie pod Sommą, ale czuć znój i trud tamtych czasów zamiast bohaterskich czynów jakich dokonywałem w pojedynkę, albo małą grupą, jednocześnie wiedząc, że wszystko jest takie jak wtedy. Immersja byłaby pełniejsza, przynajmniej dla mnie. Z resztą Somma również mogłaby być spektakularna. Albo chociaż spektakularnie brutalna przez ogrom potyczek wręcz na łopatki o zaostrzonych krawędziach, pałki okopowe, noże, karabiny z bagnetami i pistolety. Może kampania będzie bardziej obfitować w tego typu scenariusze. Wtedy też bardziej skłaniałbym się zakupieniu tej gry, teraz mocno się waham.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
wtorek, 16 sierpnia 2016
Pisany vlog o samotności, i udawaniu.
Spotkało mnie ostatnio kilka sytuacji, które wywołały we mnie takie czy inne myśli, którymi chciałbym się podzielić.
Zacznę od tych sytuacji. Szedłem z dziewczyną od lekarza. Nic nadzwyczajnego, każdemu się zdarza. Na przejściu dla pieszych złapała nas starsza pani, z prośbą, żeby ją przeprowadzić przez ulicę. Znów. Klasyk. Zdarza się każdemu. Przeprowadziliśmy panią przez jezdnię, a ona spytała, czy możemy ją jeszcze kawałek podprowadzić, bo równie mocno naznaczony piętnem czasu jak tak ta Pani. Ja w tym momencie dostałem telefon z uczelni, moja dziewczyna podjęła starszą panią za rękę i szliśmy we trójkę. Przez cały czas słyszałem kątem ucha jak ta Pani o czymś opowiada. Skończyłem rozmawiać akurat kiedy dotarliśmy pod klatkę, w której mieszka starsza Pani. Pożegnaliśmy ją i poszliśmy w swoją stronę. I zaczęliśmy rozmawiać, o co chodziło z tym telefonem, i co ważniejsze, że od tej pani biło straszliwe osamotnienie. Nie samotność, która jest wyborem jednostki, a osamotnienie. Porzucenie, zapomnienie. Przynajmniej tak te dwa pojęcia definiował prof. Tadeusz Gadacz. Można oczywiście z osamotnienia uczynić samotność. Po prostu pogodzić się z tym stanem, w jakim się znalazło i szukać w nim jedności z samym sobą przez pasje i rozmyślania. Człowiek jest mimo otoczenia się ludźmi w dużej mierze samotny. Kiedy kładzie się spać, kiedy idzie ze słuchawkami na uszach. Kiedy stoi na przejściu dla pieszych. To są te małe momenty, które umożliwiają człowiekowi zatopienie się w samym sobie i poznanie się. Wcześniej myślałem, że się znam, zanim zacząłem myśleć o sobie, kim jestem, jak reaguję w danych sytuacjach, czy co jest dla mnie ważne. To wszystko dzięki temu, że z osamotnienia uczyniłem samotność.
Druga rzecz, która ostatnio wydarzyła się w moim życiu, to spostrzeżenie robotnika przy remoncie fasady jednej z kamienic. I stał w oddaleniu od całej reszty ludzi pracujących przy tym remoncie. I mierzył szerokość wykutego otworu. Nie mogę powiedzieć, że stał w osamotnieniu, albo w samotności. Stał obok. I mimo, że wszyscy patrzyli w zupełnie inne miejsce, przez dłuższą chwilę w dość dużym skupieniu obserwował co zmierzył. Dopiero potem zrobił kilka kroków do reszty pracowników i kogoś z administracji budynku, bo w garniturze się kiepsko nosi worki z cementem. I tak złapała mnie myśl. Czy on udawał, że robi coś ważnego, żeby wyglądało dobrze przed administracją, czy nagle ten pomiar stracił na znaczeniu, a on nie chciał tego przyjąć do wiadomości, a może postanowił, że jak zaczął, to chce też skończyć. Ludzie czasem się tak zamykają w jednej danej czynności nie ważne, czy ma ona jeszcze sens, czy nie. To dziwne. Może to druga strona wsłuchania się w siebie i takiej podświadomej samotności?
Nagle, z dwóch absolutnie różnych sytuacji udało mi się wyciągnąć jakiś związek. I jest to nawet ogarnięty związek. Wracając do samotności, czy może raczej osamotnienia, to dopiero wyciągnięte do świadomości zaczyna nam doskwierać, i wymagać ujarzmienia. Stąd ludzie często to ignorują. Bo siedzi głęboko i nie sprawia problemu. Jako podsumowanie wrzucę po prostu ten tekst. Mówi za siebie wystarczająco jasno.
Herbert Zbigniew
Pan Cogito a perła
Czasem przypomina sobie Pan Cogito, nie bez wzruszenia, młodzieńczy swój marsz ku doskonałości, owe juwenilne per aspera ad astra. Otóż zdarzyło mu się pewnego razu, gdy spieszył na wykłady, że wpadł mu do buta mały kamyk. Umiejscowił się złośliwie między żywym ciałem a skarpetką. Rozsądek nakazywał pozbyć się intruza, ale zasada amor fati – przeciwnie, znoszenie go. Wybrał drugie, heroiczne rozwiązanie.
Z początku wyglądało to niegroźnie, po prostu doskwieranie i nic więcej, ale po jakimś czasie w polu świadomości pojawiła się pięta, i to w momencie, kiedy młody Cogito mozolnie chwytał myśl profesora rozwijającego temat pojęcia idei u Platona. Pięta rosła, nabrzmiewała, pulsowała, z bladoróżowej stawała się purpurowa jak zachodzące słońce, wypierała z głowy nie tylko ideę Platona, ale wszystkie inne idee.
Wieczorem przed udaniem się na spoczynek wysypał ze skarpetki obce ciało. Było to małe, zimne, żółte ziarenko piasku. Pięta była przeciwnie duża, gorąca i ciemna od bólu.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Zacznę od tych sytuacji. Szedłem z dziewczyną od lekarza. Nic nadzwyczajnego, każdemu się zdarza. Na przejściu dla pieszych złapała nas starsza pani, z prośbą, żeby ją przeprowadzić przez ulicę. Znów. Klasyk. Zdarza się każdemu. Przeprowadziliśmy panią przez jezdnię, a ona spytała, czy możemy ją jeszcze kawałek podprowadzić, bo równie mocno naznaczony piętnem czasu jak tak ta Pani. Ja w tym momencie dostałem telefon z uczelni, moja dziewczyna podjęła starszą panią za rękę i szliśmy we trójkę. Przez cały czas słyszałem kątem ucha jak ta Pani o czymś opowiada. Skończyłem rozmawiać akurat kiedy dotarliśmy pod klatkę, w której mieszka starsza Pani. Pożegnaliśmy ją i poszliśmy w swoją stronę. I zaczęliśmy rozmawiać, o co chodziło z tym telefonem, i co ważniejsze, że od tej pani biło straszliwe osamotnienie. Nie samotność, która jest wyborem jednostki, a osamotnienie. Porzucenie, zapomnienie. Przynajmniej tak te dwa pojęcia definiował prof. Tadeusz Gadacz. Można oczywiście z osamotnienia uczynić samotność. Po prostu pogodzić się z tym stanem, w jakim się znalazło i szukać w nim jedności z samym sobą przez pasje i rozmyślania. Człowiek jest mimo otoczenia się ludźmi w dużej mierze samotny. Kiedy kładzie się spać, kiedy idzie ze słuchawkami na uszach. Kiedy stoi na przejściu dla pieszych. To są te małe momenty, które umożliwiają człowiekowi zatopienie się w samym sobie i poznanie się. Wcześniej myślałem, że się znam, zanim zacząłem myśleć o sobie, kim jestem, jak reaguję w danych sytuacjach, czy co jest dla mnie ważne. To wszystko dzięki temu, że z osamotnienia uczyniłem samotność.
Druga rzecz, która ostatnio wydarzyła się w moim życiu, to spostrzeżenie robotnika przy remoncie fasady jednej z kamienic. I stał w oddaleniu od całej reszty ludzi pracujących przy tym remoncie. I mierzył szerokość wykutego otworu. Nie mogę powiedzieć, że stał w osamotnieniu, albo w samotności. Stał obok. I mimo, że wszyscy patrzyli w zupełnie inne miejsce, przez dłuższą chwilę w dość dużym skupieniu obserwował co zmierzył. Dopiero potem zrobił kilka kroków do reszty pracowników i kogoś z administracji budynku, bo w garniturze się kiepsko nosi worki z cementem. I tak złapała mnie myśl. Czy on udawał, że robi coś ważnego, żeby wyglądało dobrze przed administracją, czy nagle ten pomiar stracił na znaczeniu, a on nie chciał tego przyjąć do wiadomości, a może postanowił, że jak zaczął, to chce też skończyć. Ludzie czasem się tak zamykają w jednej danej czynności nie ważne, czy ma ona jeszcze sens, czy nie. To dziwne. Może to druga strona wsłuchania się w siebie i takiej podświadomej samotności?
Nagle, z dwóch absolutnie różnych sytuacji udało mi się wyciągnąć jakiś związek. I jest to nawet ogarnięty związek. Wracając do samotności, czy może raczej osamotnienia, to dopiero wyciągnięte do świadomości zaczyna nam doskwierać, i wymagać ujarzmienia. Stąd ludzie często to ignorują. Bo siedzi głęboko i nie sprawia problemu. Jako podsumowanie wrzucę po prostu ten tekst. Mówi za siebie wystarczająco jasno.
Herbert Zbigniew
Pan Cogito a perła
Czasem przypomina sobie Pan Cogito, nie bez wzruszenia, młodzieńczy swój marsz ku doskonałości, owe juwenilne per aspera ad astra. Otóż zdarzyło mu się pewnego razu, gdy spieszył na wykłady, że wpadł mu do buta mały kamyk. Umiejscowił się złośliwie między żywym ciałem a skarpetką. Rozsądek nakazywał pozbyć się intruza, ale zasada amor fati – przeciwnie, znoszenie go. Wybrał drugie, heroiczne rozwiązanie.
Z początku wyglądało to niegroźnie, po prostu doskwieranie i nic więcej, ale po jakimś czasie w polu świadomości pojawiła się pięta, i to w momencie, kiedy młody Cogito mozolnie chwytał myśl profesora rozwijającego temat pojęcia idei u Platona. Pięta rosła, nabrzmiewała, pulsowała, z bladoróżowej stawała się purpurowa jak zachodzące słońce, wypierała z głowy nie tylko ideę Platona, ale wszystkie inne idee.
Wieczorem przed udaniem się na spoczynek wysypał ze skarpetki obce ciało. Było to małe, zimne, żółte ziarenko piasku. Pięta była przeciwnie duża, gorąca i ciemna od bólu.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
sobota, 11 czerwca 2016
O studiach, wykładowcach i studiowaniu. A także o ludziach ogólnie.
Mam sesję... Więc zamiast uczyć się, siedzę i piszę coraz to lepsze, w mojej opinii przynajmniej, notki. I kolejny temat, który mi wpadł do głowy to moje studia właśnie. Bo to z jednej strony jest proces zdobywania wiedzy, rozwijania się intelektualnego człowieka. A z drugiej jednak jest to ciąg relacji studentów między sobą, oraz studentów z wykładowcami. Jest to też proces przekazywania wiedzy przez wykładowców. I jak to wygląda od ich strony?
Rzadko patrzymy na rzeczy z perspektywy tej drugiej osoby. Drugiego końca patyczka, bo każdy ma dwa końce. W najbliższym spojrzeniu, bo potem się okazuje, że każdy koniec rozgałęzia się na milion patyczków.
Wracając.
Spojrzenie z perspektywy drugiej osoby jest jednym z najbardziej otwierających doświadczeń jakie zdarzyło mi się przeżyć i przeżywać wciąż, bo cały czas staram się patrzeć też od drugiej strony. Można wtedy odkryć, że wcale nie jesteśmy tak bardzo różni, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Chcecie przykładów? Proszę. Dowód nr 1.
I my i wykładowcy udowadniamy jak wiele można zrobić w przeciągu nocy. Ale o ile studenci przyznają się do tego i wręcz czynią z tego pewne osiągnięcie, o tyle wykładowcy cały czas twierdzą, że "Oczywiście, że umiemy zarządzać czasem, jesteśmy poważnymi wykładowcami akademickimi"... Ta, jasne. A ja potrafię zrobić jajka na miękko. Nigdy mi nie wyszły. Czasem tylko białko wychodzi przez skorupkę, która nagle postanowi pęknąć w połowie gotowania. Nigdy tego nie zrozumiem, a żaden z magicznych sposobów nie działa.
To mały dowód? O, wy małej wiary. Już podaję kolejny. Ja osobiście zawsze byłem postrzegany za osobnika dość obok wszystkich innych ludzi i grup. Ale tak jak też inni, Ci bardziej społeczni, lubię spędzać czas wśród ludzi, tylko siedzę na tyle daleko, że nie czujesz kebaba, którego zjadłem w przerwie między jednym piwem, a drugim. Bardziej przekonani? Mam nadzieję, bo nie mam siły myśleć nad kolejnymi przykładami, nie są one też w tym wszystkim najważniejsze, ponieważ trochę odciągają od głównej myśli przewodniej. Ostatnio czytałem o tym u mojego ulubionego, dawno już nie wpisywanego w tagi, Immanuela Kanta.
Napisałem, że studiowanie jest sposobem na rozwój intelektualny dla studenta. Może ma to też taki efekt dla wykładającego dane zagadnienie? Czasem student wyjdzie z wyjątkowo ciekawą obserwacją, albo błyskotliwą syntezą dwóch pozornie przeciwstawnych sobie poglądów. Wtedy wykładowca musi choćby na chwilę dogonić myślami studenta i może nawet pójść krok dalej, więc tym razem student musi gonić. I mogą tak skakać o te dwa kroczki bardzo długo, albo krótko. W zależności od ich inteligencji i wiedzy. Tak samo przy rozmowie ze znajomymi. Choć tu jeszcze dochodzi do głosu pierwiastek relacji, czy przyjaźni. Jeśli ktoś kogoś wyprzedzi, a druga osoba nie będzie już miała jak dogonić, może to wywołać frustrację i w drugiej osobie wzbudzić poczucie tak naprawdę absolutnie nie uzasadnionej niższości, bo co z tego, że ktoś nie dał rady w tym intelektualnym berku na podwórku tego jednego zagadnienia? Są pola gdzie role by się odwróciły, choć ważnym jest próbować możliwie długo tę zabawę w berka uprawiać.
Ludzie często starają się pokazać, że są od kogoś lepsi. Tutaj zaczyna się patyczek nazwany konfliktem między kultem jednostki, a kolektywizmem, ale to zostawmy na kiedy indziej.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Rzadko patrzymy na rzeczy z perspektywy tej drugiej osoby. Drugiego końca patyczka, bo każdy ma dwa końce. W najbliższym spojrzeniu, bo potem się okazuje, że każdy koniec rozgałęzia się na milion patyczków.
Wracając.
Spojrzenie z perspektywy drugiej osoby jest jednym z najbardziej otwierających doświadczeń jakie zdarzyło mi się przeżyć i przeżywać wciąż, bo cały czas staram się patrzeć też od drugiej strony. Można wtedy odkryć, że wcale nie jesteśmy tak bardzo różni, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Chcecie przykładów? Proszę. Dowód nr 1.
I my i wykładowcy udowadniamy jak wiele można zrobić w przeciągu nocy. Ale o ile studenci przyznają się do tego i wręcz czynią z tego pewne osiągnięcie, o tyle wykładowcy cały czas twierdzą, że "Oczywiście, że umiemy zarządzać czasem, jesteśmy poważnymi wykładowcami akademickimi"... Ta, jasne. A ja potrafię zrobić jajka na miękko. Nigdy mi nie wyszły. Czasem tylko białko wychodzi przez skorupkę, która nagle postanowi pęknąć w połowie gotowania. Nigdy tego nie zrozumiem, a żaden z magicznych sposobów nie działa.
To mały dowód? O, wy małej wiary. Już podaję kolejny. Ja osobiście zawsze byłem postrzegany za osobnika dość obok wszystkich innych ludzi i grup. Ale tak jak też inni, Ci bardziej społeczni, lubię spędzać czas wśród ludzi, tylko siedzę na tyle daleko, że nie czujesz kebaba, którego zjadłem w przerwie między jednym piwem, a drugim. Bardziej przekonani? Mam nadzieję, bo nie mam siły myśleć nad kolejnymi przykładami, nie są one też w tym wszystkim najważniejsze, ponieważ trochę odciągają od głównej myśli przewodniej. Ostatnio czytałem o tym u mojego ulubionego, dawno już nie wpisywanego w tagi, Immanuela Kanta.
Napisałem, że studiowanie jest sposobem na rozwój intelektualny dla studenta. Może ma to też taki efekt dla wykładającego dane zagadnienie? Czasem student wyjdzie z wyjątkowo ciekawą obserwacją, albo błyskotliwą syntezą dwóch pozornie przeciwstawnych sobie poglądów. Wtedy wykładowca musi choćby na chwilę dogonić myślami studenta i może nawet pójść krok dalej, więc tym razem student musi gonić. I mogą tak skakać o te dwa kroczki bardzo długo, albo krótko. W zależności od ich inteligencji i wiedzy. Tak samo przy rozmowie ze znajomymi. Choć tu jeszcze dochodzi do głosu pierwiastek relacji, czy przyjaźni. Jeśli ktoś kogoś wyprzedzi, a druga osoba nie będzie już miała jak dogonić, może to wywołać frustrację i w drugiej osobie wzbudzić poczucie tak naprawdę absolutnie nie uzasadnionej niższości, bo co z tego, że ktoś nie dał rady w tym intelektualnym berku na podwórku tego jednego zagadnienia? Są pola gdzie role by się odwróciły, choć ważnym jest próbować możliwie długo tę zabawę w berka uprawiać.
Ludzie często starają się pokazać, że są od kogoś lepsi. Tutaj zaczyna się patyczek nazwany konfliktem między kultem jednostki, a kolektywizmem, ale to zostawmy na kiedy indziej.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
poniedziałek, 21 grudnia 2015
O Polakach
Ostatnio bardzo dużo myślę o tym kim jest Polak... Może precyzyjniej, jakie cechy charakteru są przypisane do bycia Polakiem. Czy są takie w ogóle? Otóż dla mnie są, a konkretniej jest jedna. Jest to wieczna kontestacja wszystkiego. Kontestacja, czyli nie zgadzanie się ze wszystkim. Nie zgadzanie się z rzeczami, które zaistniają w Świecie. Zawsze komuś coś się nie podoba. Zawsze ktoś coś chce oprotestować. I ma to jak zawsze dobre i złe strony. A może raczej można to wykorzystać w dobrych i złych celach. Czyli dla konstruktywnej, lub nie konstruktywnej krytyki. Tu powinienem odesłać was do tego co napisałem o krytyce. Ale tak czy tak muszę to przytoczyć jako dalszy ciąg wywodu.
Konstruktywną jest krytyka, która punktuje słabości i pokazuje sposoby naprawy. A przynajmniej próbuje ich szukać. Niekonstruktywną jest taka, która tylko poszukuje każdego słabego punktu i jak tonący brzytwy się go chwyta, żeby tylko skrytykować.
Ważna jest również forma w jakiej jest to wygłaszane.
Pisałem już o tym w tekście o hejcie i mowie nienawiści, ale znów wyjdę wam naprzeciw i po krótce przypomnę. Hejt jest opartą na niepełnych przesłankach krytyką. Mową nienawiści jest tylko formą wyrażnienia hejtu. Więc można to wyrazić jako hejt, można to również wyrazić w jakiś spokojny, kulturalny sposób. Hejt i mowa nienawiści są rozdzielna ponieważ można hejtować nie posługując się mową nienawiści. Wtedy objawia się to jako zakrzyczenie rozmówcy. Nie dopuszczenie go do możliwości wyjaśnienia i doprecyzowania. Z drugiej strony oczywiście rozmówce po usłyszeniu takiego hejtu nie zawsze ma na to ochotę.
Wydaje mi się, że przynajmniej część Polaków jest aktualnie w takim stanie, że pod pretekstem przedstawiania "prawdy objawionej", której akurat zdarzyło się pokrywać z poglądami danego głoszącego swoje poglądy człowieka, przekrzykuje rozmówcę, bo poglądy głoszącego są słabo podparte. Ludzie nie szanują wiedzy. Nie szanują również tych, którzy chcą wiedzę przekazać. Wiem, że to pusty frazes, który ładnie brzmi, ale często odnoszę wrażenie, że rozmówca w ostatniej chwili gryzie się w język, bo jeszcze przez przypadek powie coś mądrego. I trzeba będzie dalej mówić mądre rzeczy, bo tak nie ładnie spadać z poziomem dyskusji. Nie wiem, czym jest wywołane właśnie to dyskredytowanie wiedzy, ale to też nie jest kluczową sprawą. Kluczową sprawą jest przywrócenie wiedzy należnego jej szacunku, ponieważ jeśli nie będziemy szanować wiedzy, to świat straci jakiekolwiek podstawy i oparcie dla swojej obecnej formy. A jeśli obecna jego forma upadnie zacznie się regres w myślenie religijne i magiczne, brak zrozumienia dla otaczających nas przedmiotów i naiwność wobec wszystkich z zewnątrz. Można to zagadnienie powiązać z dumą narodową, o której Artur Schopenhauer powiedział, że jest pusta i stanowi wypełniacz dla ludzi nie stanowiących sobą niczego. I rozumiana jako duma z poprzednich pokoleń faktycznie jest czymś takim, zaś odwrócenie tej sytuacji, czyli próba dorównania wzorcom już stanowi motor napędowy dla działań aktualnych i przyszłych pokoleń. To wszystko co piszę, piszę żeby dorównać moim dwóm niedoścignionym wzorom jakimi są Zbigniew Herbert i Witold Gombrowicz. Herberta uwielbiam za jego autoironiczność i niesamowitą wiedzę na każdy nawet drobny temat. Zaś Gombrowicz miał niesamowity zmysł obserwacji ludzi i zauważania układów istniejących pomiędzy jednostkami, a po za tym za właśnie jego mocno krytyczne, sprowadzające na ziemię oko. Nie można być bezkrytycznym wobec siebie, ponieważ to powoduje stagnację. Gombrowicz w jednym z wpisów w swoim dzienniku pisał, że z jednej strony gorąco pochwala socjalizm za jego wspieranie wszystkich ludzi, z drugiej zauważa jak bardzo destrukcyjna może być taka pomoc, ponieważ pisał nawet, że jest to "wspólna bieda". Wszystko dla wszystkich na równym poziomie odbiera ludziom chęć dalszego rozwoju, bo i tak przeżyją, i tak mają to co im potrzebne. Ale rozwój opiera się nie tylko na tym co potrzebne. Czy potrzebne nam są fugi Bacha? Czy umarlibyśmy z głodu bez wiedzy, że to Ziemia krąży wokół Słońca? Nie, absolutnie dobrze poradzilibyśmy sobie z życiem na najprostszym poziomie bez tych rzeczy, ale właśnie chęć rozwoju, która jednocześnie spotyka się z gratyfikacją powodują rozwój i dają nam to wszystko czym potem możemy się zachwycać. Albert Einstein powiedział, że wyobraźnia bez wiedzy może tworzyć rzeczy idealne, wiedza bez wyobraźni co najwyżej doskonałe. Ludzie stali się zbyt zasadniczy, zbyt pałający obiektywizmu i jednej pewnej opinii na dany temat, a jeśli coś jest pewne to jak o tym dyskutować, skoro tak jest i już? Tylko, że skoro są dwie, albo i więcej wersji tego samego zdarzenia, to może nie są te relacje tak bardzo obiektywne jak byśmy chcieli w to wierzyć, że są?
Konstruktywną jest krytyka, która punktuje słabości i pokazuje sposoby naprawy. A przynajmniej próbuje ich szukać. Niekonstruktywną jest taka, która tylko poszukuje każdego słabego punktu i jak tonący brzytwy się go chwyta, żeby tylko skrytykować.
Ważna jest również forma w jakiej jest to wygłaszane.
Pisałem już o tym w tekście o hejcie i mowie nienawiści, ale znów wyjdę wam naprzeciw i po krótce przypomnę. Hejt jest opartą na niepełnych przesłankach krytyką. Mową nienawiści jest tylko formą wyrażnienia hejtu. Więc można to wyrazić jako hejt, można to również wyrazić w jakiś spokojny, kulturalny sposób. Hejt i mowa nienawiści są rozdzielna ponieważ można hejtować nie posługując się mową nienawiści. Wtedy objawia się to jako zakrzyczenie rozmówcy. Nie dopuszczenie go do możliwości wyjaśnienia i doprecyzowania. Z drugiej strony oczywiście rozmówce po usłyszeniu takiego hejtu nie zawsze ma na to ochotę.
Wydaje mi się, że przynajmniej część Polaków jest aktualnie w takim stanie, że pod pretekstem przedstawiania "prawdy objawionej", której akurat zdarzyło się pokrywać z poglądami danego głoszącego swoje poglądy człowieka, przekrzykuje rozmówcę, bo poglądy głoszącego są słabo podparte. Ludzie nie szanują wiedzy. Nie szanują również tych, którzy chcą wiedzę przekazać. Wiem, że to pusty frazes, który ładnie brzmi, ale często odnoszę wrażenie, że rozmówca w ostatniej chwili gryzie się w język, bo jeszcze przez przypadek powie coś mądrego. I trzeba będzie dalej mówić mądre rzeczy, bo tak nie ładnie spadać z poziomem dyskusji. Nie wiem, czym jest wywołane właśnie to dyskredytowanie wiedzy, ale to też nie jest kluczową sprawą. Kluczową sprawą jest przywrócenie wiedzy należnego jej szacunku, ponieważ jeśli nie będziemy szanować wiedzy, to świat straci jakiekolwiek podstawy i oparcie dla swojej obecnej formy. A jeśli obecna jego forma upadnie zacznie się regres w myślenie religijne i magiczne, brak zrozumienia dla otaczających nas przedmiotów i naiwność wobec wszystkich z zewnątrz. Można to zagadnienie powiązać z dumą narodową, o której Artur Schopenhauer powiedział, że jest pusta i stanowi wypełniacz dla ludzi nie stanowiących sobą niczego. I rozumiana jako duma z poprzednich pokoleń faktycznie jest czymś takim, zaś odwrócenie tej sytuacji, czyli próba dorównania wzorcom już stanowi motor napędowy dla działań aktualnych i przyszłych pokoleń. To wszystko co piszę, piszę żeby dorównać moim dwóm niedoścignionym wzorom jakimi są Zbigniew Herbert i Witold Gombrowicz. Herberta uwielbiam za jego autoironiczność i niesamowitą wiedzę na każdy nawet drobny temat. Zaś Gombrowicz miał niesamowity zmysł obserwacji ludzi i zauważania układów istniejących pomiędzy jednostkami, a po za tym za właśnie jego mocno krytyczne, sprowadzające na ziemię oko. Nie można być bezkrytycznym wobec siebie, ponieważ to powoduje stagnację. Gombrowicz w jednym z wpisów w swoim dzienniku pisał, że z jednej strony gorąco pochwala socjalizm za jego wspieranie wszystkich ludzi, z drugiej zauważa jak bardzo destrukcyjna może być taka pomoc, ponieważ pisał nawet, że jest to "wspólna bieda". Wszystko dla wszystkich na równym poziomie odbiera ludziom chęć dalszego rozwoju, bo i tak przeżyją, i tak mają to co im potrzebne. Ale rozwój opiera się nie tylko na tym co potrzebne. Czy potrzebne nam są fugi Bacha? Czy umarlibyśmy z głodu bez wiedzy, że to Ziemia krąży wokół Słońca? Nie, absolutnie dobrze poradzilibyśmy sobie z życiem na najprostszym poziomie bez tych rzeczy, ale właśnie chęć rozwoju, która jednocześnie spotyka się z gratyfikacją powodują rozwój i dają nam to wszystko czym potem możemy się zachwycać. Albert Einstein powiedział, że wyobraźnia bez wiedzy może tworzyć rzeczy idealne, wiedza bez wyobraźni co najwyżej doskonałe. Ludzie stali się zbyt zasadniczy, zbyt pałający obiektywizmu i jednej pewnej opinii na dany temat, a jeśli coś jest pewne to jak o tym dyskutować, skoro tak jest i już? Tylko, że skoro są dwie, albo i więcej wersji tego samego zdarzenia, to może nie są te relacje tak bardzo obiektywne jak byśmy chcieli w to wierzyć, że są?
Etykiety:
Albert,
Artur,
auto,
Einstein,
filozofia,
Gombrowicz,
Herbert,
ironia,
konstruktywizm,
samodoskonalenie,
Schopenhauer,
treści,
Witold,
Zbigniew
poniedziałek, 19 października 2015
Wstęp do formowania
Po przeczytaniu "Ferdydurki" doszedłem do wniosku, że forma jest najgorszą rzeczą na ziemi, i że należy ją ograniczać do minimum. Tylko co jest tym minimum? Nie śmianie się na pogrzebach? Nie złorzeczenie nowożeńcom? Zachowywanie się odpowiednio do sytuacji chyba najprościej mówiąc, ale wtedy to minimum daje nam bardzo nie wiele przestrzeni osobistej na bycie sobą. Z jednej strony nie wiele, ale aż nadmiar mamy tej wolności przy takim pojęciu minimum. Przecież większość czasu spędzamy na ulicach i możemy robić tam co nam się żywnie podoba, oczywiście dopóki nie wchodzimy w konflikt z prawem. Więc czemu ludzie dziwnie się na mnie patrzą kiedy idę i śpiewam co mi w słuchawkach leci, albo kiedy zimą idę i mam na głowie...czapkę! I dobra, przyznaję się bez bicia, wygląda ona jak skalp barana, ale historii noszono już na głowach dziwniejsze rzeczy. Nie chcę tu wyjść na onanistę, ale może mi trochę zazdroszczą tego, że przemogłem się i noszę czapkę, którą oni może by i chcieli, ale nie założą, bo wiąże ich forma. Przecież stateczny człowiek po nawet tej magicznej czterdziestce nie może już zrobić nic głupiego, bo jest stateczny i po czterdziestce i mu nie wypada. [tutaj kończy się pierwsza część notki]
Byłem dziś, kiedy to piszę, czy parę dni przed tym jak to czytacie na ślubie mojego bliskiego przyjaciela, ceremonia była piękna, wszystko było bardzo pięknie ładnie, ale jako, że z naukami kościoła Katolickiego, to stojąc w ławce miałem trochę czasu na przemyślenia i tak się złożyło, że były to przemyślenia na temat tej notki, ponieważ chciałem do niej wrócić jeszcze zanim poszedłem na ślub, stąd kiedy doświadczyłem czegoś bardzo wyrazistego w formie jak ślub nie mogłem nie zacząć się zastanawiać nad tym wszystkim. I kiedy jeszcze-narzeczeni siedzieli przed ołtarzem, a kapłan pytał ich o to, czy sami niepodlegle podjęli decyzję o ślubie odpowiadali "chcemy", to po pierwsze dziwnym mi się wydało, że odpowiadali każde za oboje, czyli i jeszcze-narzeczona odpowiadała "chcemy", za chwilę później jeszcze-narzeczony odpowiadał na po raz drugi postawione to samo pytanie "chcemy", zamiast oboje odpowiadać, albo tylko za siebie i wtedy uzasadnione są dwa pytania, albo niech oboje odpowiadają naraz, wtedy uzasadniona staje się forma liczby mnogiej. Ale wracając do poprzedniej myśli, to uznałem, że byłby to świetny moment za zabawę w pomidora, nie uważacie? Wyobraźcie sobie taki dialog:
Ksiądz: Czy dobrowolnie i bez żadnego przymusu chcecie zawrzeć związek małżeński?
Panna młoda:Chcemy
Pan młody:Pomidor
Pewno trochę zbiłoby, to wszystkich z tropu. A, jeszcze przed tymi pytaniami, ksiądz powiedział, że narzeczeni chcą nam coś powiedzieć. I byłem święcie przekonany, że wstaną, wezmą mikrofony do rąk i z pełną powagą powiedzą "lubię placki", a potem wyjdą z kościoła jak gdyby nigdy nic. Ale nic takiego się nie stało. Formie stało się za dość. Czym właściwie dla mnie jest forma? Bo to może być taka do ciasta, może być forma muzyczna, albo taneczna. Korzystając z dostępnej mi wiedzy socjologicznej mogę się pokusić o jakąś pełniejszą definicję niż z te oparte na gdzieś zasłyszanych nie zawsze nawet wyraźnie przeze mnie zaznaczanych myślach filozoficznych. Korzystając z teorii Charlesa Cooleya i stworzonego przez niego pojęcia "oczekiwań sytuacyjnych", czyli wyciągniętego w przyszłość stereotypu. Wiemy, że dane wydarzenia z reguły przebiegają w określony sposób, więc tego po nich oczekujemy i jesteśmy mocno zmieszani kiedy nagle coś się zmienia. Zaś Erving Goffman, twórca bardzo ciekawej teorii dramaturgicznej, której wycinkiem, czy uszczegółowieniem jest rytualizm interakcyjny właśnie w tym rytualizmie interakcyjnym definiuje rytuał, jako czynności mające dla wykonujących je, szczególne znaczenie, wykonywane są one często w specjalnym miejscu, czasie, czasem przy udziale ważnej osoby. Lub tłumacząc to dokładnie tak jak on to opisał w swojej książce "Rytuał interakcyjny", jest to czasowe wejście w bardzo specyficzną rolę społeczną. Czym jest rola społeczna? Każdym statusem, który można przypisać danej osobie, od mężczyzny, przez rodzica, brata, syna, aż po urzędnika, dyrektora, czy blogera. Łącząc te dwie definicje, można stworzyć ich syntezę. I tak też zrobię, czyli forma jest dla mnie krótkotrwałym przyjęciem określonej roli społecznej i postępowaniem zgodnie z nią dla nie wprowadzania niepokoju. Gombrowicz powiedziałby, że jest to przyjęcie określonej gęby.
Tyle już napisałem i żadnej konkluzji. Jako libertarianin mogę wygłosić swoje zdanie, że im mniej narzuconej z zewnątrz formy, tym lepiej. Ale jest to tylko i wyłącznie moje zdanie, którego będę bronił całym swoim jestestwem jednocześnie zdając sobie sprawę z możliwości tego, że bronię trudnej pozycji, oraz że każdy człowiek ma na każdy temat inne zdanie, ale tutaj wchodzimy już w fenomenologię. I te przemyślenia o formie mogą być trochę upolitycznione, by przekształcić je w rozmyślania o tym czy lepiej jest kiedy jednostka ma wolność niezdefiniowaną żadnymi prawami więc teoretycznie wolno jej również naruszać integralność innych osób, czy lepszym modelem jest wolność obwarowana prawami i przywilejami, gdzie wyraźnie wiadomo co komu wolno, a czego nie. Ale może nie uwnzioślajmy tak tej notki, to tylko blog. Wróćmy do poziomu międzyludzkiego, definiowania sytuacji na potrzeby chwili i tego co się wiąże z jej nie przestrzeganiem. Sytuację definiują wszystkie jednostki w niej udział biorące, dobrowolnie, choć nie zawsze są świadome tego jak wiele od każdej jednej pojedynczej zależy. W razie nagłego nie przestrzegania ustalonych zasad wobec wyłamującej się jednostki stosowane są różne wymiary ostracyzmu. Goffman pisał też, że kiedy jednostka sama zauważy "utratę twarzy" przez siebie, chce zapaść się pod ziemię, by po powrocie magicznie cofnąć się w świadomości ludzi do momentu przed popełnionym faux pas. Mimo, że sytuacje zbiorami są sobie podobne, czyli na przykład wszystkie śluby w danej wersji przebiegają podobnie, to w szczegółach są dopracowywane przez jednostki w trakcie trwania samego jednego konkretnego ślubu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Forma jest też zatem możliwe, że czymś co porządkuje fenomeny. Tworzy w tym natłoku indywidualnych wrażeń jakieś... stereotypy? Tym zajmę się w następnej notce.
https://www.facebook.com/pages/Lord-Tytus-Mandarynka/449225425101644
Byłem dziś, kiedy to piszę, czy parę dni przed tym jak to czytacie na ślubie mojego bliskiego przyjaciela, ceremonia była piękna, wszystko było bardzo pięknie ładnie, ale jako, że z naukami kościoła Katolickiego, to stojąc w ławce miałem trochę czasu na przemyślenia i tak się złożyło, że były to przemyślenia na temat tej notki, ponieważ chciałem do niej wrócić jeszcze zanim poszedłem na ślub, stąd kiedy doświadczyłem czegoś bardzo wyrazistego w formie jak ślub nie mogłem nie zacząć się zastanawiać nad tym wszystkim. I kiedy jeszcze-narzeczeni siedzieli przed ołtarzem, a kapłan pytał ich o to, czy sami niepodlegle podjęli decyzję o ślubie odpowiadali "chcemy", to po pierwsze dziwnym mi się wydało, że odpowiadali każde za oboje, czyli i jeszcze-narzeczona odpowiadała "chcemy", za chwilę później jeszcze-narzeczony odpowiadał na po raz drugi postawione to samo pytanie "chcemy", zamiast oboje odpowiadać, albo tylko za siebie i wtedy uzasadnione są dwa pytania, albo niech oboje odpowiadają naraz, wtedy uzasadniona staje się forma liczby mnogiej. Ale wracając do poprzedniej myśli, to uznałem, że byłby to świetny moment za zabawę w pomidora, nie uważacie? Wyobraźcie sobie taki dialog:
Ksiądz: Czy dobrowolnie i bez żadnego przymusu chcecie zawrzeć związek małżeński?
Panna młoda:Chcemy
Pan młody:Pomidor
Pewno trochę zbiłoby, to wszystkich z tropu. A, jeszcze przed tymi pytaniami, ksiądz powiedział, że narzeczeni chcą nam coś powiedzieć. I byłem święcie przekonany, że wstaną, wezmą mikrofony do rąk i z pełną powagą powiedzą "lubię placki", a potem wyjdą z kościoła jak gdyby nigdy nic. Ale nic takiego się nie stało. Formie stało się za dość. Czym właściwie dla mnie jest forma? Bo to może być taka do ciasta, może być forma muzyczna, albo taneczna. Korzystając z dostępnej mi wiedzy socjologicznej mogę się pokusić o jakąś pełniejszą definicję niż z te oparte na gdzieś zasłyszanych nie zawsze nawet wyraźnie przeze mnie zaznaczanych myślach filozoficznych. Korzystając z teorii Charlesa Cooleya i stworzonego przez niego pojęcia "oczekiwań sytuacyjnych", czyli wyciągniętego w przyszłość stereotypu. Wiemy, że dane wydarzenia z reguły przebiegają w określony sposób, więc tego po nich oczekujemy i jesteśmy mocno zmieszani kiedy nagle coś się zmienia. Zaś Erving Goffman, twórca bardzo ciekawej teorii dramaturgicznej, której wycinkiem, czy uszczegółowieniem jest rytualizm interakcyjny właśnie w tym rytualizmie interakcyjnym definiuje rytuał, jako czynności mające dla wykonujących je, szczególne znaczenie, wykonywane są one często w specjalnym miejscu, czasie, czasem przy udziale ważnej osoby. Lub tłumacząc to dokładnie tak jak on to opisał w swojej książce "Rytuał interakcyjny", jest to czasowe wejście w bardzo specyficzną rolę społeczną. Czym jest rola społeczna? Każdym statusem, który można przypisać danej osobie, od mężczyzny, przez rodzica, brata, syna, aż po urzędnika, dyrektora, czy blogera. Łącząc te dwie definicje, można stworzyć ich syntezę. I tak też zrobię, czyli forma jest dla mnie krótkotrwałym przyjęciem określonej roli społecznej i postępowaniem zgodnie z nią dla nie wprowadzania niepokoju. Gombrowicz powiedziałby, że jest to przyjęcie określonej gęby.
Tyle już napisałem i żadnej konkluzji. Jako libertarianin mogę wygłosić swoje zdanie, że im mniej narzuconej z zewnątrz formy, tym lepiej. Ale jest to tylko i wyłącznie moje zdanie, którego będę bronił całym swoim jestestwem jednocześnie zdając sobie sprawę z możliwości tego, że bronię trudnej pozycji, oraz że każdy człowiek ma na każdy temat inne zdanie, ale tutaj wchodzimy już w fenomenologię. I te przemyślenia o formie mogą być trochę upolitycznione, by przekształcić je w rozmyślania o tym czy lepiej jest kiedy jednostka ma wolność niezdefiniowaną żadnymi prawami więc teoretycznie wolno jej również naruszać integralność innych osób, czy lepszym modelem jest wolność obwarowana prawami i przywilejami, gdzie wyraźnie wiadomo co komu wolno, a czego nie. Ale może nie uwnzioślajmy tak tej notki, to tylko blog. Wróćmy do poziomu międzyludzkiego, definiowania sytuacji na potrzeby chwili i tego co się wiąże z jej nie przestrzeganiem. Sytuację definiują wszystkie jednostki w niej udział biorące, dobrowolnie, choć nie zawsze są świadome tego jak wiele od każdej jednej pojedynczej zależy. W razie nagłego nie przestrzegania ustalonych zasad wobec wyłamującej się jednostki stosowane są różne wymiary ostracyzmu. Goffman pisał też, że kiedy jednostka sama zauważy "utratę twarzy" przez siebie, chce zapaść się pod ziemię, by po powrocie magicznie cofnąć się w świadomości ludzi do momentu przed popełnionym faux pas. Mimo, że sytuacje zbiorami są sobie podobne, czyli na przykład wszystkie śluby w danej wersji przebiegają podobnie, to w szczegółach są dopracowywane przez jednostki w trakcie trwania samego jednego konkretnego ślubu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Forma jest też zatem możliwe, że czymś co porządkuje fenomeny. Tworzy w tym natłoku indywidualnych wrażeń jakieś... stereotypy? Tym zajmę się w następnej notce.
https://www.facebook.com/pages/Lord-Tytus-Mandarynka/449225425101644
Etykiety:
Charles,
Cooley,
Erving,
fenomenologia,
Ferdydurke,
filozofia,
forma,
Goffman,
Gombrowicz,
pomidor,
profesor,
socjologia,
ślub,
treści,
Witold
środa, 30 września 2015
Post o próżności.
Leżałem w łóżku, mimo, że była godzina dwunasta trzydzieści starałem się nie obijać więc przeglądałem polajkowane strony na fejsie. I jakoś wyskoczyła mi ta notka. http://kaluzapelnamirabelek.com/2015/09/27/piaskownica-dla-doroslych/. Pomyślałem, że czemu nie, przeczytam, będzie ciekawa, a ja będę jakoś mniej mitrężył czas. I co mi pomyślałem po przeczytaniu tej notki, otóż jest o próżności. A czym właściwie jest próżność? Od razu pomyślałem o pysze jako o biernej afirmacji siebie jako jednostki wyraźnie lepszej od innych. Zaś próżność jest aktywną formą tego uczucia? Emocji? Stanu? I jako forma aktywna poszukuje miejsc i sytuacji do bycia pysznym. Ah, jak szkoda, że nie ma już kanibali. Kilku co pyszniejszych pewno by z chęcią zjedli. Zadziwiła mnie niespotykana forma tego wpisu, ponieważ spodziewałem się czegoś podobnego do eseju, czy felietonu, a zastałem niezwykle zręcznie utkane opowiadanie, gdzie bardzo ładnie przepleciono historię z próżnością.
Zastanówmy się teraz czym jest właściwie pycha i próżność. Stanem? Emocją? Uczuciem? Zanim to zrobimy, powinniśmy zdefiniować każdy z tych trzech terminów i skoro już będziemy mieć zdefiniowane i zbiory i elementy, to będziemy wiedzieć co jest czym. Stan jest w moim rozumieniu permanentnym, a przynajmniej długotrwałym unoszeniem się jednej emocji na powierzchni danej emocji. Emocja. Czym jest emocja? Jest jakimś uczuciem? Czy te terminy tak właściwie się różnią? Czy może uczucie i emocja to to samo? Ciężko wyczuć i trzeba się nad tym pochylić mocniej. David Hume - szkocki filozof z XVIw., na którego teorii opierał się w swoich przemyśleniach Immanuel Kant twierdził, że w człowiek poznając najpierw odnosi wrażenia, które potem przekształcają się w idee, które są bardziej dokładne i szersze. Może z emocją i uczuciem jest podobnie? A stan jest formą manifestacji? Emocja wydaje się być raczej może jednak nie tyle słabszą, co krótszą, a uczucie jest bardziej długotrwałe. Można to porównać do dwóch żarówek, z których żarówka - emocja świeci jednym krótkim, ale bardzo jasnym impulsem, a uczucie świeci trochę dłużej, a słabiej. Zaś stan jest całym dużym żyrandolem pełnym żarówek.
To skoro pojęcia mamy zdefiniowane to zastanówmy się w jaki sposób nachodzą na siebie. Stan odrzucamy z tego rozważania, ponieważ jest bardziej kategorią rozciągniętą w czasie. Zatem jak interferują ze sobą emocja, uczucie, pycha i próżność? Jak powiedziałem na początku, pycha jest bierną afirmacją siebie będzie raczej dłuższotrwałym wrażeniem niż próżność, w takim razie będzie pycha emocją, a próżność uczuciem. Oczywiście jedno może przejść w drugie w dowolną stronę w zależności od woli jednostki, ale na razie rozważałem ten układ statycznie. Nigdy statystycznie, bo to krzywdzące dla jednostki. Ale nie tutaj o tym. Tutaj o czymś, o czym nie wiele wiem, bo jak raz zdarzyło mi się afirmować siebie pozując w szkole rysunku, ale byłem o to poproszony więc nieznane jest mi afirmowanie się agresywne. Narzucanie się z własnym jestestwem. Czyli według tego co napisałem trochę wcześniej nieznana mi jest próżność. Mam nadzieję, że wam też.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Zastanówmy się teraz czym jest właściwie pycha i próżność. Stanem? Emocją? Uczuciem? Zanim to zrobimy, powinniśmy zdefiniować każdy z tych trzech terminów i skoro już będziemy mieć zdefiniowane i zbiory i elementy, to będziemy wiedzieć co jest czym. Stan jest w moim rozumieniu permanentnym, a przynajmniej długotrwałym unoszeniem się jednej emocji na powierzchni danej emocji. Emocja. Czym jest emocja? Jest jakimś uczuciem? Czy te terminy tak właściwie się różnią? Czy może uczucie i emocja to to samo? Ciężko wyczuć i trzeba się nad tym pochylić mocniej. David Hume - szkocki filozof z XVIw., na którego teorii opierał się w swoich przemyśleniach Immanuel Kant twierdził, że w człowiek poznając najpierw odnosi wrażenia, które potem przekształcają się w idee, które są bardziej dokładne i szersze. Może z emocją i uczuciem jest podobnie? A stan jest formą manifestacji? Emocja wydaje się być raczej może jednak nie tyle słabszą, co krótszą, a uczucie jest bardziej długotrwałe. Można to porównać do dwóch żarówek, z których żarówka - emocja świeci jednym krótkim, ale bardzo jasnym impulsem, a uczucie świeci trochę dłużej, a słabiej. Zaś stan jest całym dużym żyrandolem pełnym żarówek.
To skoro pojęcia mamy zdefiniowane to zastanówmy się w jaki sposób nachodzą na siebie. Stan odrzucamy z tego rozważania, ponieważ jest bardziej kategorią rozciągniętą w czasie. Zatem jak interferują ze sobą emocja, uczucie, pycha i próżność? Jak powiedziałem na początku, pycha jest bierną afirmacją siebie będzie raczej dłuższotrwałym wrażeniem niż próżność, w takim razie będzie pycha emocją, a próżność uczuciem. Oczywiście jedno może przejść w drugie w dowolną stronę w zależności od woli jednostki, ale na razie rozważałem ten układ statycznie. Nigdy statystycznie, bo to krzywdzące dla jednostki. Ale nie tutaj o tym. Tutaj o czymś, o czym nie wiele wiem, bo jak raz zdarzyło mi się afirmować siebie pozując w szkole rysunku, ale byłem o to poproszony więc nieznane jest mi afirmowanie się agresywne. Narzucanie się z własnym jestestwem. Czyli według tego co napisałem trochę wcześniej nieznana mi jest próżność. Mam nadzieję, że wam też.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
David,
emocje,
epistemologia,
filozofia,
Hume,
Immanuel Kant,
pisanie,
próżność,
pycha,
stany,
Szkocja,
treści,
uczucia,
wady,
wrażenia
sobota, 19 września 2015
Obrona blogera
Tytusie lordzie Mandarynko,
jesteś oskarżony o zbrodnię największej wagi. O bycie prostytutką tego szczególnego typu, który zamiast kupczyć własnym ciałem, handluje czasem swoim i innych zamieszczając w sieci wpisy na blogu! Co oskarżony ma na swoją obronę?
Przyznaję się do bycia blogerem. Nie szukam uniewinnienia, ale jedynie możliwie łagodnego wyroku. Proszę o niego ze względu na bycie szczerym wobec zebranych, a jednocześnie konsekwentnym wobec samego siebie, co poczytuję sobie jako jedną z, jeśli nie największą swoją zaletę. Ponadto w swoich wpisach staram się szerzyć myśl nieco głębszą niż "chleba i igrzysk". Nie używam a przynajmniej nie celowo i świadomie chwytów retorycznych, a w polemice erystycznych. Dla swojego zdania jestem (przynajmniej w swojej opinii) bezlitosny i krytyczny, szukając zawsze drugiej strony i obie te strony konfrontując ze sobą. Przyznaję się do swojej subiektywności i nie bycia nieomylnym. Nie uważam się za człowieka lepszego sortu tylko dlatego, że mam czelność prowadzić bloga. Po prostu jak skacowany wymiotuje, tak i ja wyrzucam z siebie rzeczy, mam nadzieję, że o trochę większej wartości. Jako ostatnie pozwolę sobie zauważyć, że nie moralizuję uznając w sobie człowieka mającego skłonność do błędów, będącego wyznawcą jednej ze szkół etycznych, nie będącego nawet pewnym, czy jej nauki dobrze pojmuje.
To już jest ostatnia z notek o szczerości, ta jest próbą szczerej odpowiedzi na pytanie o powody mojego blogowania, a także ile jest to moje blogowanie warte. Uznałem, że forma obrony w sądzie może być ciekawsza w odbiorze.
jesteś oskarżony o zbrodnię największej wagi. O bycie prostytutką tego szczególnego typu, który zamiast kupczyć własnym ciałem, handluje czasem swoim i innych zamieszczając w sieci wpisy na blogu! Co oskarżony ma na swoją obronę?
Przyznaję się do bycia blogerem. Nie szukam uniewinnienia, ale jedynie możliwie łagodnego wyroku. Proszę o niego ze względu na bycie szczerym wobec zebranych, a jednocześnie konsekwentnym wobec samego siebie, co poczytuję sobie jako jedną z, jeśli nie największą swoją zaletę. Ponadto w swoich wpisach staram się szerzyć myśl nieco głębszą niż "chleba i igrzysk". Nie używam a przynajmniej nie celowo i świadomie chwytów retorycznych, a w polemice erystycznych. Dla swojego zdania jestem (przynajmniej w swojej opinii) bezlitosny i krytyczny, szukając zawsze drugiej strony i obie te strony konfrontując ze sobą. Przyznaję się do swojej subiektywności i nie bycia nieomylnym. Nie uważam się za człowieka lepszego sortu tylko dlatego, że mam czelność prowadzić bloga. Po prostu jak skacowany wymiotuje, tak i ja wyrzucam z siebie rzeczy, mam nadzieję, że o trochę większej wartości. Jako ostatnie pozwolę sobie zauważyć, że nie moralizuję uznając w sobie człowieka mającego skłonność do błędów, będącego wyznawcą jednej ze szkół etycznych, nie będącego nawet pewnym, czy jej nauki dobrze pojmuje.
To już jest ostatnia z notek o szczerości, ta jest próbą szczerej odpowiedzi na pytanie o powody mojego blogowania, a także ile jest to moje blogowanie warte. Uznałem, że forma obrony w sądzie może być ciekawsza w odbiorze.
wtorek, 15 września 2015
O szczerości.
Ciągnę myśl z poprzedniej notki...
I tutaj niby mogę, czy też powinienem podać link, ale na ile to będzie kierowane wolą zapoznania Was, moi drodzy Czytelnicy, z moją poprzednią notką i ciągiem myślowym, a na ile zdobyciem kolejnych wyświetleń? Zależy mi na jednym, a przez to na drugim.
Chciałbym, żebyście możliwie w pełni podążali za moim tokiem myślenia, a z drugiej strony wiem, że robi mi to wyświetlenia. Trochę takie niedźwiedzie zamiary.
Czytanie tej notki bez zapoznania się z poprzednią będzie trochę jak czytanie drugiej części dowolnej zwartej serii, czyli takiej gdzie wydarzenia w kolejnych książkach bezpośrednio wypływają z poprzednich.
Zostawię waszej woli i osądowi czy chce wam się wejść na bloga jako takiego i przeczytać całą poprzednią notkę. Ale szukając kolejnych przykładów. Choćby i makijaż można poddać analizie pod tym względem. Tylko pod jakim? Pod względem szczerości rozumianej jako otwartość motywów. Makijaż według mnie może być albo korekcyjny, albo imprezowy, gdzie korekcyjny ma za zadanie kryć niedoskonałości skóry, zaś imprezowy jest ostrym makijażem mającym przykuć uwagę do naszej osoby i jakiegoś konkretnego waloru twarzy z reguły oczu. Tylko, czy któreś jest choćby relatywnie lepsze od drugiego? Niby jak człowiek jest na imprezie to wie, że to makijaż, że pod tym są skazy. Z drugiej strony czy naprawdę na imprezie człowiek przywiązuje wagę do tego, że ktoś ma makijaż na twarzy?
Gombrowicz pisał w swoich Dziennikach o makijażu i czającej się za nim obłudzie. Dostrzegał ją z resztą nie tylko w makijażu, ale i choćby w butach na obcasie.
Ale żeby nie przedłużać rzucę jeszcze jednym tylko przykładem. Otóż:Wegetarianie. Czemu jest tak, że można kupić kotlety sojowe o smaku schabowego? Rozumiem wegetariańską chęć nie przyczyniania się do czyjegoś cierpienia, ale czemu ta chęć musi smakować jak to cierpienie? Może nie jest to złe, ale na pewno niezrozumiałe i dziwne dla mnie. Przeanalizujmy to pod względem tego, czy te motywy są otwarte. Z tego co mówią wegetarianie w przestrzeni publicznej, to tak, są otwarte. Bo albo powołują się na chęć ograniczenia zwierzęcego cierpienia, albo niechęć do jedzenia czegokolwiek z twarzą, albo z jakichś dziwnych przyczyn mięso im po prostu nie smakuje. Tu wróćmy do tych, którzy chcą ograniczyć cierpienie zwierząt. Nie chcę się spierać czy one faktycznie cierpią, ale na pewno i tak umierają i umrą, bo rzeźnie produkują "ile wlezie", a nie " tyle ile się sprzedało w ostatnim miesiącu", więc można by nawet powiedzieć, że jest to marnowanie ofiary tych zwierząt. Uzasadnienie o nie dokładaniu się do tego cierpienia jest właściwsze, bo wygląda jakby ktoś go używający zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko aktualnie jest produkowane w trybie "ile wlezie".
Wracając do tematu szczerości, jako jawności motywów, to czy nie byłby piękniejszym Świat, w którym wszyscy są wobec siebie absolutnie szczerzy? Nie ma marketingu, reklam. Jest tylko szczera współpraca PRowa, o której i tak wszyscy wiedzą, że jest opłacona. ALE! Opłacany ręczy swoją reputacją i nie może się zasłonić tym, że to "tylko reklama". Czyli wracamy do odpowiedzialności i konsekwencji pojmowanej tak jak w innej mojej notce, tym razem tej o samodzielnym myśleniu. Czyli jako konsekwencji pojmowanej w sensie cechy i następstw naszych czynów. Czy jesteśmy gotowi jako ludzie z godnością wypić to piwo, które ważymy.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
I tutaj niby mogę, czy też powinienem podać link, ale na ile to będzie kierowane wolą zapoznania Was, moi drodzy Czytelnicy, z moją poprzednią notką i ciągiem myślowym, a na ile zdobyciem kolejnych wyświetleń? Zależy mi na jednym, a przez to na drugim.
Chciałbym, żebyście możliwie w pełni podążali za moim tokiem myślenia, a z drugiej strony wiem, że robi mi to wyświetlenia. Trochę takie niedźwiedzie zamiary.
Czytanie tej notki bez zapoznania się z poprzednią będzie trochę jak czytanie drugiej części dowolnej zwartej serii, czyli takiej gdzie wydarzenia w kolejnych książkach bezpośrednio wypływają z poprzednich.
Zostawię waszej woli i osądowi czy chce wam się wejść na bloga jako takiego i przeczytać całą poprzednią notkę. Ale szukając kolejnych przykładów. Choćby i makijaż można poddać analizie pod tym względem. Tylko pod jakim? Pod względem szczerości rozumianej jako otwartość motywów. Makijaż według mnie może być albo korekcyjny, albo imprezowy, gdzie korekcyjny ma za zadanie kryć niedoskonałości skóry, zaś imprezowy jest ostrym makijażem mającym przykuć uwagę do naszej osoby i jakiegoś konkretnego waloru twarzy z reguły oczu. Tylko, czy któreś jest choćby relatywnie lepsze od drugiego? Niby jak człowiek jest na imprezie to wie, że to makijaż, że pod tym są skazy. Z drugiej strony czy naprawdę na imprezie człowiek przywiązuje wagę do tego, że ktoś ma makijaż na twarzy?
Gombrowicz pisał w swoich Dziennikach o makijażu i czającej się za nim obłudzie. Dostrzegał ją z resztą nie tylko w makijażu, ale i choćby w butach na obcasie.
Ale żeby nie przedłużać rzucę jeszcze jednym tylko przykładem. Otóż:Wegetarianie. Czemu jest tak, że można kupić kotlety sojowe o smaku schabowego? Rozumiem wegetariańską chęć nie przyczyniania się do czyjegoś cierpienia, ale czemu ta chęć musi smakować jak to cierpienie? Może nie jest to złe, ale na pewno niezrozumiałe i dziwne dla mnie. Przeanalizujmy to pod względem tego, czy te motywy są otwarte. Z tego co mówią wegetarianie w przestrzeni publicznej, to tak, są otwarte. Bo albo powołują się na chęć ograniczenia zwierzęcego cierpienia, albo niechęć do jedzenia czegokolwiek z twarzą, albo z jakichś dziwnych przyczyn mięso im po prostu nie smakuje. Tu wróćmy do tych, którzy chcą ograniczyć cierpienie zwierząt. Nie chcę się spierać czy one faktycznie cierpią, ale na pewno i tak umierają i umrą, bo rzeźnie produkują "ile wlezie", a nie " tyle ile się sprzedało w ostatnim miesiącu", więc można by nawet powiedzieć, że jest to marnowanie ofiary tych zwierząt. Uzasadnienie o nie dokładaniu się do tego cierpienia jest właściwsze, bo wygląda jakby ktoś go używający zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko aktualnie jest produkowane w trybie "ile wlezie".
Wracając do tematu szczerości, jako jawności motywów, to czy nie byłby piękniejszym Świat, w którym wszyscy są wobec siebie absolutnie szczerzy? Nie ma marketingu, reklam. Jest tylko szczera współpraca PRowa, o której i tak wszyscy wiedzą, że jest opłacona. ALE! Opłacany ręczy swoją reputacją i nie może się zasłonić tym, że to "tylko reklama". Czyli wracamy do odpowiedzialności i konsekwencji pojmowanej tak jak w innej mojej notce, tym razem tej o samodzielnym myśleniu. Czyli jako konsekwencji pojmowanej w sensie cechy i następstw naszych czynów. Czy jesteśmy gotowi jako ludzie z godnością wypić to piwo, które ważymy.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
cierpienie,
etyka,
filozofia,
krytyka,
kultura,
marketing,
media,
medioznawstwo,
samokrytyka,
socjologia,
treści,
wegetarianizm
sobota, 29 sierpnia 2015
Trochę zdań o uprzejmości w formie pisanego vloga, ale nim nie będące.
Trochę się ostatnio podziało ciekawych rzeczy, które skłoniły mnie do pewnych przemyśleń.
Wstęp będzie trochę jak do pisanego vloga, ale jak widać po tytule jest to normalna notka.
Otóż wracając z wieczoru kawalerskiego mojego przyjaciela zobaczyłem, że zatrzymał się samochód. Zanim zdążyłem się przestraszyć, zobaczyłem, że wysiadł z niego mój znajomy i spytał, czy mnie gdzieś nie podwieźć, bo wyglądam na wstawionego(Nie tylko wyglądałem. Byłem i dlatego się nie przestraszyłem do momentu, w którym go rozpoznałem, a wtedy już nie miałem się czego bać). Odparłem, że nie, bo mam już niedaleko. Mówiąc szczerze to nie znamy się jakoś bardzo dobrze, łączy nas wspólne hobby, które wymaga sporego zaufania dla drugiej osoby. Wiem, że mogę mu ufać, że jest bardzo spoko człowiekiem, ale nie spodziewałbym się, że zrobi coś takiego.
Druga sytuacja to stary odgrzewany kotlet. Otóż chodzi o sprawę pomiędzy właścicielem browaru Ciechan. Panem Markiem Jakubiakiem, a bokserem - Dariuszem Michalczewskim. Sprawa rozeszła się o to, że "Tiger" przyznał się do wspierania środowisk najprościej mówiąc "nieheteronormatywnych", na co pan Jakóbiak odparł, że życzy mu dwóch ojców, to przynajmniej będzie miał co possać(jakby w normalnych rodzinach nie było pedofilii i kazirodztwa). Ostatnio co ważne dla notki, pan Jakóbiak powiedział w wywiadzie, że sobie to nieporozumienie wyjaśnili. Trzecia rzecz to sytuacja, która spotkała mnie na poczcie. Otóż idę sobie wysłać list, jestem pierwszy w kolejce, a w okienku stoi starszy mężczyzna, który bardzo żywo z panią na poczcie rozprawia. W pewnym momencie, starsza koleżanka Pani-do-której-czekałem odezwała się: "Więc składa Pan zażalenie?" Na co Pan odpowiedział: "Tak", chwilę jeszcze stał, zażalając się pisemnie po czym odszedł. Podszedłem do okienka, uprzejmie podałem Pani-do-której-czekałem list i jakiś tak po za zwyczajowym "dzień dobry", powiedziałem jeszcze, że zawsze najłatwiej obwiniać posłańca. Panie w okienku się uśmiechnęła i wyjaśniłam że ten Pan zażalił się na to, iż pomimo dwukrotnego awizowania nadana przez niego przesyłka nie została doręczona. Czekała na poczcie w miejscu docelowym przez trzy tygodnie, a mimo tego nikt jej nie odebrał. Ale to nie jest ważne.
Ważne jest sedno sprawy. A nim jest uprzejmość i, aż się ciśnie na usta "właściwe" podejście, ale to jest po prostu ludzkie podejście. Takie, które ponoć jest przyrodzone i niezbywalne wraz z godnością.
Choć tutaj dam taki kijek. Mówi się, że żadna praca nie hańbi, a z drugiej strony ponoć można się zhańbić na przykład się prostytuując. Te wszystkie trzy sytuacje mogły się potoczyć zupełnie inaczej gdyby Ci ludzie uszanowali nawzajem swoją godność.
Po pierwsze znajomy mógł się nie zatrzymać, a ja nigdy bym się nie dowiedział, że mnie mijał. Może nie było by to nieuprzejme, ale nie byłoby uprzejme, jeśli podążacie za moim tokiem rozumowania. Jego zachowanie nie wywarłoby na mnie negatywnego efektu, ale też nie wywarłoby pozytywnego.
Oddałem dziś krew i zastanawiam się czy to również jest uprzejme. Jak właściwie rozumiem uprzejmość? Jest to dla mnie zbiór wszelkich zachowań, które mają niewielki pozytywny wpływ na drugą osobę. Zaś zachowania, które poważnie oddziałują w sposób pozytywny są dla mnie życzliwymi.
I teraz jak się nad tym zastanawiam to zatrzymanie się przez znajomego jest zachowaniem życzliwym, a nie uprzejmym. Nie jest ważnym, że przez nie wielką odległość od mojego celu mu podziękowałem. Ważnym jest, że w możliwości był gotów zabrać mnie kawałek nawet i pod prąd w stosunku do kierunku, w którym się przemieszczał. Nie mówię, że byłby skłonny pojechać na drugi koniec miasta, a na pewno jakiś kawałek w jego stronę byłby gotów pojechać. Teraz, czy oddanie przeze mnie krwi jest życzliwe, czy tylko uprzejme?
Potencjalnie może moja krew służyć do transfuzji w trakcie operacji, do badań nad lekami, albo do produkcji leku. Moja znajomość farmacji jest znikoma, ale wydaje mi się, że każde z tych zastosowań jest ważne i wywiera duży efekt na drugiej osobie. Jest to też spory wysiłek, czy też dar ze strony oddającego krew, ponieważ to na resztę dnia wyłącza człowieka z życia, a po za tym gdyby dało się takie leki syntetyzować z krwi zwierzęcej to pewno by tak robiono.
Ostatnio byłem ze znajomymi pod namiotem. Składaliśmy już obozowisko i bardzo zależało nam na czasie. I przyznaję się, że zachowałem się bardzo nieuprzejmie. Najpierw odepchnąłem kolegę, który blokował dojście do namiotu, a potem dopiero go przeprosiłem. Byłem zmęczony i chciałem możliwie szybko zwinąć obóz, co nie zmienia faktu, co nie usprawiedliwia mnie w żaden sposób. On niby się nie obraził, ani tym specjalnie nie przejął, ale ja jednak powinienem był ugryźć się w język.
Kolejne co jest bardzo ciekawe, to historyjka, która krąży gdzieś po internecie. Otóż któryś z naszych urzędów skarbowych wysłał do jednego z dłużników kolejne upomnienie, jednak w formie różni się ono potężnie ponieważ nie jest napisane urzędowym dialektem Polskiego, a takim zwykłym, ludzkim Polskim. I efekt był piorunujący. O wiele szybszy zwrot należności. Czyli kapitan Państwo może być uprzejmy i normalny, co więcej lepiej to działa niż jego normalne modus operandi.
Tutaj powinienem podsumować. Ale ciężko mi. Po pierwsze dlatego, że nie chcę pójść w moralizatorstwo, a w takim temacie bardzo o to łatwo, zwłaszcza, że wszyscy wiemy o tym, że należy być uprzejmym. Więc co? Silić się na jakieś mądrości o uprzejmości? To wionie truizmami, a po za tym jest zawoalowanym moralizatorstwem. Swoją drogą szczerość i nie szczerość w kontekście widoczności faktycznych motywów jest bardzo ciekawa, ale o tym kiedy indziej.
Wstęp będzie trochę jak do pisanego vloga, ale jak widać po tytule jest to normalna notka.
Otóż wracając z wieczoru kawalerskiego mojego przyjaciela zobaczyłem, że zatrzymał się samochód. Zanim zdążyłem się przestraszyć, zobaczyłem, że wysiadł z niego mój znajomy i spytał, czy mnie gdzieś nie podwieźć, bo wyglądam na wstawionego(Nie tylko wyglądałem. Byłem i dlatego się nie przestraszyłem do momentu, w którym go rozpoznałem, a wtedy już nie miałem się czego bać). Odparłem, że nie, bo mam już niedaleko. Mówiąc szczerze to nie znamy się jakoś bardzo dobrze, łączy nas wspólne hobby, które wymaga sporego zaufania dla drugiej osoby. Wiem, że mogę mu ufać, że jest bardzo spoko człowiekiem, ale nie spodziewałbym się, że zrobi coś takiego.
Druga sytuacja to stary odgrzewany kotlet. Otóż chodzi o sprawę pomiędzy właścicielem browaru Ciechan. Panem Markiem Jakubiakiem, a bokserem - Dariuszem Michalczewskim. Sprawa rozeszła się o to, że "Tiger" przyznał się do wspierania środowisk najprościej mówiąc "nieheteronormatywnych", na co pan Jakóbiak odparł, że życzy mu dwóch ojców, to przynajmniej będzie miał co possać(jakby w normalnych rodzinach nie było pedofilii i kazirodztwa). Ostatnio co ważne dla notki, pan Jakóbiak powiedział w wywiadzie, że sobie to nieporozumienie wyjaśnili. Trzecia rzecz to sytuacja, która spotkała mnie na poczcie. Otóż idę sobie wysłać list, jestem pierwszy w kolejce, a w okienku stoi starszy mężczyzna, który bardzo żywo z panią na poczcie rozprawia. W pewnym momencie, starsza koleżanka Pani-do-której-czekałem odezwała się: "Więc składa Pan zażalenie?" Na co Pan odpowiedział: "Tak", chwilę jeszcze stał, zażalając się pisemnie po czym odszedł. Podszedłem do okienka, uprzejmie podałem Pani-do-której-czekałem list i jakiś tak po za zwyczajowym "dzień dobry", powiedziałem jeszcze, że zawsze najłatwiej obwiniać posłańca. Panie w okienku się uśmiechnęła i wyjaśniłam że ten Pan zażalił się na to, iż pomimo dwukrotnego awizowania nadana przez niego przesyłka nie została doręczona. Czekała na poczcie w miejscu docelowym przez trzy tygodnie, a mimo tego nikt jej nie odebrał. Ale to nie jest ważne.
Ważne jest sedno sprawy. A nim jest uprzejmość i, aż się ciśnie na usta "właściwe" podejście, ale to jest po prostu ludzkie podejście. Takie, które ponoć jest przyrodzone i niezbywalne wraz z godnością.
Choć tutaj dam taki kijek. Mówi się, że żadna praca nie hańbi, a z drugiej strony ponoć można się zhańbić na przykład się prostytuując. Te wszystkie trzy sytuacje mogły się potoczyć zupełnie inaczej gdyby Ci ludzie uszanowali nawzajem swoją godność.
Po pierwsze znajomy mógł się nie zatrzymać, a ja nigdy bym się nie dowiedział, że mnie mijał. Może nie było by to nieuprzejme, ale nie byłoby uprzejme, jeśli podążacie za moim tokiem rozumowania. Jego zachowanie nie wywarłoby na mnie negatywnego efektu, ale też nie wywarłoby pozytywnego.
Oddałem dziś krew i zastanawiam się czy to również jest uprzejme. Jak właściwie rozumiem uprzejmość? Jest to dla mnie zbiór wszelkich zachowań, które mają niewielki pozytywny wpływ na drugą osobę. Zaś zachowania, które poważnie oddziałują w sposób pozytywny są dla mnie życzliwymi.
I teraz jak się nad tym zastanawiam to zatrzymanie się przez znajomego jest zachowaniem życzliwym, a nie uprzejmym. Nie jest ważnym, że przez nie wielką odległość od mojego celu mu podziękowałem. Ważnym jest, że w możliwości był gotów zabrać mnie kawałek nawet i pod prąd w stosunku do kierunku, w którym się przemieszczał. Nie mówię, że byłby skłonny pojechać na drugi koniec miasta, a na pewno jakiś kawałek w jego stronę byłby gotów pojechać. Teraz, czy oddanie przeze mnie krwi jest życzliwe, czy tylko uprzejme?
Potencjalnie może moja krew służyć do transfuzji w trakcie operacji, do badań nad lekami, albo do produkcji leku. Moja znajomość farmacji jest znikoma, ale wydaje mi się, że każde z tych zastosowań jest ważne i wywiera duży efekt na drugiej osobie. Jest to też spory wysiłek, czy też dar ze strony oddającego krew, ponieważ to na resztę dnia wyłącza człowieka z życia, a po za tym gdyby dało się takie leki syntetyzować z krwi zwierzęcej to pewno by tak robiono.
Ostatnio byłem ze znajomymi pod namiotem. Składaliśmy już obozowisko i bardzo zależało nam na czasie. I przyznaję się, że zachowałem się bardzo nieuprzejmie. Najpierw odepchnąłem kolegę, który blokował dojście do namiotu, a potem dopiero go przeprosiłem. Byłem zmęczony i chciałem możliwie szybko zwinąć obóz, co nie zmienia faktu, co nie usprawiedliwia mnie w żaden sposób. On niby się nie obraził, ani tym specjalnie nie przejął, ale ja jednak powinienem był ugryźć się w język.
Kolejne co jest bardzo ciekawe, to historyjka, która krąży gdzieś po internecie. Otóż któryś z naszych urzędów skarbowych wysłał do jednego z dłużników kolejne upomnienie, jednak w formie różni się ono potężnie ponieważ nie jest napisane urzędowym dialektem Polskiego, a takim zwykłym, ludzkim Polskim. I efekt był piorunujący. O wiele szybszy zwrot należności. Czyli kapitan Państwo może być uprzejmy i normalny, co więcej lepiej to działa niż jego normalne modus operandi.
Tutaj powinienem podsumować. Ale ciężko mi. Po pierwsze dlatego, że nie chcę pójść w moralizatorstwo, a w takim temacie bardzo o to łatwo, zwłaszcza, że wszyscy wiemy o tym, że należy być uprzejmym. Więc co? Silić się na jakieś mądrości o uprzejmości? To wionie truizmami, a po za tym jest zawoalowanym moralizatorstwem. Swoją drogą szczerość i nie szczerość w kontekście widoczności faktycznych motywów jest bardzo ciekawa, ale o tym kiedy indziej.
Etykiety:
Ciechan,
Dariusz,
etyka,
filozofia,
Jakubiak,
Marek,
Michalczewski,
samodoskonalenie,
samokrytyka,
Tiger,
treści,
uprzejmość,
urząd skarbowy
piątek, 14 sierpnia 2015
Problemy sławy w dobie cyfryzacji.
Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to bezpośrednio dotyczyło, jednak bywając na różnych akcjach gdzie są zaangażowane osoby sławne widzę, że w relacji Sławna Osoba-fan, SO ulega urzeczowieniu. Po prostu ludzie robiąc sobie zdjęcia ze swoimi ulubionymi twórcami internetowymi(bo głównie na takich meetingach bywam) wyglądają jakby robili sobie zdjęcie z figurą woskową/zabytkiem, ale na pewno nie z żywym człowiekiem, który poniekąd właśnie dla swoich fanów przyszedł. A oni nic. Fotka, podpis i pa pa. Mnie osobiście zawsze bardzo ciekawiło jacy Ci ludzie są naprawdę. I przyznam szczerze, że mam szczerą nadzieję kiedyś ich poznać. W jakiś sposób wpłynęli, lub cały czas wpływają na mnie, na moje jestestwo i na moje bycie. Tak jak w poprzedniej notce napisałem przy pozowaniu. Też to była pewna wersja bycia celebrytą, epatowania sobą, ale z wymuszeniem skupienia na pozującym wielkiej uwagi. A aktualnie doświadczam z zewnątrz rozmycia uwagi i autorytetów, czyli widzę że ludzie słyszą, ale nie słuchają, patrzą, ale nie widzą. Brak w tym wszystkim cząstki świadomości odpowiedzialnej za skupienie. Można nawet wysnuć wniosek, że ludzie egzystują, ale nie żyją. A jedynym co powoduje jakiekolwiek znamiona podwyższonej aktywności jest nagła zmiana, która jak igła dźgająca nogę martwej żaby powoduje podrygi... Ale się patetyczny zrobiłem. Powinienem dostać nagrodę patanta roku(mutacja patosu z palantem).
Nie chcę dalej ciągnąć tego wątku, bo to po części już opisałem w poprzednich notkach, a po za tym nie to jest tutaj zagadnieniem. Wracając do sławy w dzisiejszych czasach, to jak odnosić się do kogoś kto jest sławny, ale jednocześnie nie jest sławny w taki poważny sposób? A przynajmniej w sposób, który nie jest uznawany za poważny. Bo jak uznawać kogoś za poważnego jeśli jest po prostu sobą? Nie dokonał żadnej metamorfozy, żeby stać się sławnym. Taki ktoś też się nie izoluje od widzów, a wręcz do nich lgnie. Nie ma żadnego kontrastu między nim, a społeczeństwo lubi kontrasty. I jeśli ktoś się nie wywyższa to czemu niby ma przecież być niezwykły? Ludzie jednak sami spłycają swoje interakcje ze swoimi idolami. Za dowód może posłużyć choćby to co Ajgor Ignacy(https://www.youtube.com/watch?v=ZbZNUVMfB4k&feature=youtu.be) mówi w wywiadzie u Łukasza Jakóbiaka. Mówi tam, że nawet nikt nie stara się z nim prowadzić normalnej rozmowy, a wszyscy jedynie mu potakują.
Jakie są wyznaczniki wspomnianej przeze mnie poważnej i nie poważnej sławy? Dystans do niej i do siebie w roli kogoś sławnego. Skłonność do obrażania się o cokolwiek. Wywyższanie się. Uważają się za lepszych od zwyczajnego człowieka, a nie do końca mają ku temu podstawy. Ale przez to, że gwiazdy od pewnego momentu(, który można nazwać początkiem nie kinematografii jako takiej, ale tej która miała już fabułę, bo wtedy zaczęły się gwiazdy.
A jeśli już przy gwiazdach jesteśmy, to czy nie jest jej los tragiczny? Być otoczonym ludźmi, którzy uwielbiają jeden fragment Twojego życia, podczas gdy każdy inny może się sypać, albo nawet i nie istnieć. Pisał o tym profesor Tadeusz Gadacz w swojej książce "O umiejętności życia". Przytoczył tam hipotetyczny przykład skrzypka, który na koncercie jest obdarowywany owacjami na stojąco, a po powrocie do swojej garderoby płacze, bo jest osamotniony. Profesor wyróżniał również samotność i osamotnienie. Samotność jest wyborem jednostki, może być czasowa, może być stała. Osamotnienie najprościej przyrównać do ostracyzmu, kiedy to wbrew naszej woli, czy też chęci bycia z ludźmi jesteśmy sami. Drugim, który o tym pisze jest Voltaire, muzyk, w swoim utworze "The Devil and mister Jones" (https://www.youtube.com/watch?v=XMHPWH4dUJ4&index=5&list=PLBrz0CctEXH7-u0jADiPJparhGBsgU4R7), opisuje walkę diabła z aniołem o duszę pana Jonesa, który może stać się wielkim w jakiejś dziedzinie życia, przepłaci to jednak anonimowością i osamotnieniem, choć na własne życzenie. Anielica mówi mu, że zbrodnią wbrew niebiosom jest choć na chwilę chować tak piękny uśmiech, żeby pokazał swoją twarz, a zawsze będzie kochany i nigdy nie będzie sam, ale nie będzie w niczym wybitny. Czy naprawdę trzeba płacić tak wysoką cenę, za sławę? Człowiek sławny daje w pewien sposób całego siebie ludziom, w krótkim wymiarze czasu, jednak danemu występowi, czy napisaniu książki musi się poświęcić całkowicie przez długi okres czasu, żeby takie coś z siebie wydać.
Tylko czemu jeśli ludzie lgną do kogoś takiego jak ćmy do ognia wciąż jest to osoba, tak naprawdę osamotniona. Tego w obecnym momencie nie wiem.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Nie chcę dalej ciągnąć tego wątku, bo to po części już opisałem w poprzednich notkach, a po za tym nie to jest tutaj zagadnieniem. Wracając do sławy w dzisiejszych czasach, to jak odnosić się do kogoś kto jest sławny, ale jednocześnie nie jest sławny w taki poważny sposób? A przynajmniej w sposób, który nie jest uznawany za poważny. Bo jak uznawać kogoś za poważnego jeśli jest po prostu sobą? Nie dokonał żadnej metamorfozy, żeby stać się sławnym. Taki ktoś też się nie izoluje od widzów, a wręcz do nich lgnie. Nie ma żadnego kontrastu między nim, a społeczeństwo lubi kontrasty. I jeśli ktoś się nie wywyższa to czemu niby ma przecież być niezwykły? Ludzie jednak sami spłycają swoje interakcje ze swoimi idolami. Za dowód może posłużyć choćby to co Ajgor Ignacy(https://www.youtube.com/watch?v=ZbZNUVMfB4k&feature=youtu.be) mówi w wywiadzie u Łukasza Jakóbiaka. Mówi tam, że nawet nikt nie stara się z nim prowadzić normalnej rozmowy, a wszyscy jedynie mu potakują.
Jakie są wyznaczniki wspomnianej przeze mnie poważnej i nie poważnej sławy? Dystans do niej i do siebie w roli kogoś sławnego. Skłonność do obrażania się o cokolwiek. Wywyższanie się. Uważają się za lepszych od zwyczajnego człowieka, a nie do końca mają ku temu podstawy. Ale przez to, że gwiazdy od pewnego momentu(, który można nazwać początkiem nie kinematografii jako takiej, ale tej która miała już fabułę, bo wtedy zaczęły się gwiazdy.
A jeśli już przy gwiazdach jesteśmy, to czy nie jest jej los tragiczny? Być otoczonym ludźmi, którzy uwielbiają jeden fragment Twojego życia, podczas gdy każdy inny może się sypać, albo nawet i nie istnieć. Pisał o tym profesor Tadeusz Gadacz w swojej książce "O umiejętności życia". Przytoczył tam hipotetyczny przykład skrzypka, który na koncercie jest obdarowywany owacjami na stojąco, a po powrocie do swojej garderoby płacze, bo jest osamotniony. Profesor wyróżniał również samotność i osamotnienie. Samotność jest wyborem jednostki, może być czasowa, może być stała. Osamotnienie najprościej przyrównać do ostracyzmu, kiedy to wbrew naszej woli, czy też chęci bycia z ludźmi jesteśmy sami. Drugim, który o tym pisze jest Voltaire, muzyk, w swoim utworze "The Devil and mister Jones" (https://www.youtube.com/watch?v=XMHPWH4dUJ4&index=5&list=PLBrz0CctEXH7-u0jADiPJparhGBsgU4R7), opisuje walkę diabła z aniołem o duszę pana Jonesa, który może stać się wielkim w jakiejś dziedzinie życia, przepłaci to jednak anonimowością i osamotnieniem, choć na własne życzenie. Anielica mówi mu, że zbrodnią wbrew niebiosom jest choć na chwilę chować tak piękny uśmiech, żeby pokazał swoją twarz, a zawsze będzie kochany i nigdy nie będzie sam, ale nie będzie w niczym wybitny. Czy naprawdę trzeba płacić tak wysoką cenę, za sławę? Człowiek sławny daje w pewien sposób całego siebie ludziom, w krótkim wymiarze czasu, jednak danemu występowi, czy napisaniu książki musi się poświęcić całkowicie przez długi okres czasu, żeby takie coś z siebie wydać.
Tylko czemu jeśli ludzie lgną do kogoś takiego jak ćmy do ognia wciąż jest to osoba, tak naprawdę osamotniona. Tego w obecnym momencie nie wiem.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
Ajgor,
cyfryzacja,
filozofia,
Gadacz,
Ignacy,
Łukasz Jakóbiak,
medioznawstwo,
profesor,
sława,
Tadeusz,
treści,
wywiad
niedziela, 26 lipca 2015
Pisany vlog #5
Dawno nie pisałem nic lżejszego. Przyda mi się, bo błądzenie po takich metafizycznych tematach odrywa od rzeczywistości. I zauważyłem dwie rzeczy, które mi się wryły w pamięć. Otóż czas jakiś temu byłem w Raciborzu, szliśmy ze znajomymi ze sklepu, mija nas matka z dzieckiem. Niby nic szczególnego. Spacerowała w stronę sklepu, z którego wyszliśmy. Pchała wózek dość raźno, ale nie biegnąc. A jednak było to za szybko, bo oto mijając nas jej pociecha powiedziała: "Matko, nie pędź tak." Dziecko miało ze trzy lata maksymalnie, bo później to już raczej dziecko chodzi, a nie jeździ w wózku. Nie wiem, nie pamiętam kiedy przestałem jeździć w wózku. Mały wtedy byłem. Właściwie odkąd pamiętam chodzę na własnych nogach. Ale to nie o mnie tutaj mowa. Kto z was słyszał, żeby trzyletnie dziecko mówiło w taki sposób? Trzylatki fakt faktem, mówią sprawnie, ale żeby używać form, które przez dorosłych zostały zapomniane? A, przynajmniej na pewno nie są używane w mowie potocznej. Gdzie takie formy językowe się uchowały? Może ktoś mu to przeczytał w jakiejś książce? Albo sam przeczytał, bo jest nadzdolny? Może po prostu, któreś z jego rodziców w stosunku do swoich rodziców tak mówi i to podpatrzył? Nie ważne skąd przeniknęła do jego języka ta forma, dobrze to rokuje na przyszłość, jeśli tylko gimnazjum jej nie wyruguje. Bo gimnazja potrafią przenicować człowieka na drugą stronę. Sam chodziłem do takiego, które było do tego zdolne, ale o tym w osobnej notce. Drugim co mnie uderzyło jest znowu dziwny zwrot, choć w trochę mniej zaskakujących okolicznościach. Otóż stoję sobie w busie do Krakowa. Nie miałem wtedy przy sobie słuchawek, więc nie mogłem się odciąć od rzeczywistości muzyką. Pozostało mi więc stanie w upale, pocenie się i słuchanie tego co się dzieje wokół mnie. Słuchałem więc jedynego co było ciekawego. Rozmowy dwóch starszych panów. Najpierw upewniłem się, że nie rozmawiają o niczym czego słuchać nie powinienem, typu problemy zdrowotne, czy też pieniądze. Rozmawiali o dzieciństwie. Obaj panowie byli z rodzin uzdolnionych muzycznie i z muzyki żyjących. W pewnym momencie jeden z panów użył słowa "Tatulko". I to mnie zadziwiło. To jest zwrot, którego w odniesieniu do swojego ojca mógł używać Wokulski, albo dowolny prapradziadek. Ale tego słowa użył pan w wieku lat mniej więcej pięćdziesięciu. To niesamowicie ciekawe, że takie formy językowe wciąż żyją. To również bardzo fajne, bo ożywia to nasz język. Aktualnie wytwarzane formy językowe są nudne, są tak bardzo skupione na wyrażaniu silnych emocji, że już się zużyły i nie niosą w sobie żadnego ładunku emocjonalnego. Profesor Miodek w wywiadzie powiedział kiedyś: "W ogóle dzisiaj jeśli coś nie jest „mocne” lub „masakryczne” to przestaje być atrakcyjne. Żyjemy w czasach, w których wszystko trzeba podkreślić mocnym przymiotnikiem, inaczej jest bezwartościowe.". To już nie chodzi o to, że coś bez tego wzmocnienia jest słabsze, a o to, że w ogóle traci jakiekolwiek znaczenie i wartość. A jednocześnie wszystkie te wzmocnienia są wypowiadane bez jakiegokolwiek, choćby najbardziej ulotnego poczucia mocy tego wzmocnienia. Zdaje się być ten czas, w którym żyjemy przepełniony pustą egzaltacją. Przeżywający każdą najmniejszą rzecz, ale przeżywający powierzchownie. W natłoku informacji zatraciło się ich znaczenie.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
fenomenologia,
filozofia,
media,
Miodek,
pisanie,
Polska,
profesor,
socjologia,
treści,
Vlog,
vlogi,
wrażenia
wtorek, 21 lipca 2015
O samodzielnym myśleniu.
Tyle się słyszy i myśleniu samodzielnym, o nie zawierzaniu swojego życia autorytetom. A z drugiej strony co chwila widzimy ludzie, którzy są nam stawiani za wzór.Problem jest dla mnie o tyle poważny logicznie, że jak dla mnie nie jest możliwym myśleć całkowicie autonomicznie. Bo zanim zdamy sobie sprawę z tego, że może fajnie byłoby tak robić to nasze myślenie i tak będzie skażone myśleniem naszych rodziców i każdego kogo uważamy za wzór do naśladowania. Bardziej możliwym wydaje mi się zdanie sobie sprawy z tego, że nasze myślenie jako jednostki jest fenomenalną, czy też fenomenologiczną syntezą wszystkiego co świadomie, lub nieświadomie uważamy za ważne. Z drugiej strony mamy myślenie oparte na schemacie: "Wszystko już było. Nikt nie wymyśli nic więcej. Po co się wysilać próbując." A no właśnie dlatego, że te syntezy są jedyne w swoim rodzaju. Są fenomenami. Często nie są one jakoś bardzo odkrywcze, ale mogą tej odkrywczości nabrać. Mogę również same w sobie nie być niczym niezwykłym, ale mogą kogoś natchnąć do bycia wielkim.
Cała filozofia wydaje nam się nie być niczym odkrywczym, a jednak o tym czego dokonał Kant publikując swoje prace mówi się jako o "przewrocie Kopernikańskim", czymś porównywalnym ze sformułowaniem teorii heliocentrycznej. A Kant dokonał tylko syntezy angielskiego empiryzmu i francuskiego racjonalizmu. A teraz dla nas jest oczywistym, że dla zrozumienia zjawiska i poznania go ważne jest za równo poznanie przez doświadczenie jak i tych doświadczeń racjonalna analiza. Niby nic wielkiego, ale niesamowicie rozszerzyło horyzonty myślowe i umożliwiło powstanie kolejnych bazujących już na jego odkryciach systemów, czy też opracowań filozoficznych. Samodzielne myślenie... Ostatnio moja mama wspominała przy rozmowie ze znajomą jak to było kiedy było pierwsze w gimnazjum organizacyjne zebranie. Trzeba było zadeklarować, czy dziecko-nie-dziecko będzie, czy też nie będzie chodzić na religię. I moja rodzicielka jako jedyna wróciła z tą kartką niepodpisaną na zebraniu, bo chciała ze mną przedyskutować, czy chcę chodzić na te lekcje.
Z tego widać, że bardzo ważnym wydaje się być pogranicze woli i myślenia. Szanowanie cudzych myśli, póki nie godzą one w nas bezpośrednio, albo nie są krzywdzące dla jakiejś konkretnej osoby. Jeśli nie uszanujemy cudzej woli myślenia, poniekąd ją ograniczamy. A już Immanuel Kant powiedział, że: "Zawsze działaj podług takiej maksymy, wobec której chciałbyś aby stała się powszechnie obowiązującym prawem". Powszechnie obowiązującym, czyli oddziałującym na wszystkich. Z Tobą włącznie. Według Kanta jest również niezmiernie ważnym to, że to co jest złym uczynkiem, jest nim zawsze, nie ważne jakie są okoliczności jego dokonania. Jest to trochę wbrew jego fenomenologii, ale jednocześnie jest bardzo słusznym moralnie i etycznie ponieważ zamyka to możliwość robienia absolutnie wszystkiego: "bo ja jestem jeden jedyny w takiej sytuacji". Jest tak jak mówisz, ale jednocześnie jest bardzo wielu ludzi w podobnych sytuacjach. Są w na tyle podobnych sytuacjach, że można postawić między nimi, a Tobą znak podobieństwa. I jednak bardzo często ludzie nie naginają prawa, ani własnej godności aby sobie z tą sytuacją poradzić.
Strasznie tu moralizuję i odbiegam od tematu. W ogóle to nie powinienem był pisać "bardzo często", bo to jest takie określenie - wytrych. Niby coś określa, ale właściwie to stanowi tylko podkładkę dla moralizatora. Choć samo moralizowanie wydaje mi się być w obecnych czasach ważnym. Tylko nie moralizowanie na zasadzie "bądź dobrym", a "bądź pełnym". Odnoszę od jakiegoś czasu wrażenie, że coś takiego się podziało w ostatnich latach co odebrało jakiejś części ludzi siłę i wolę działania. Tylko jeśli człowiek ma w sobie wolę działania to będzie myślał samodzielnie, albo raczej samodzielnie syntezował wcześniej poznane fenomeny.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Cała filozofia wydaje nam się nie być niczym odkrywczym, a jednak o tym czego dokonał Kant publikując swoje prace mówi się jako o "przewrocie Kopernikańskim", czymś porównywalnym ze sformułowaniem teorii heliocentrycznej. A Kant dokonał tylko syntezy angielskiego empiryzmu i francuskiego racjonalizmu. A teraz dla nas jest oczywistym, że dla zrozumienia zjawiska i poznania go ważne jest za równo poznanie przez doświadczenie jak i tych doświadczeń racjonalna analiza. Niby nic wielkiego, ale niesamowicie rozszerzyło horyzonty myślowe i umożliwiło powstanie kolejnych bazujących już na jego odkryciach systemów, czy też opracowań filozoficznych. Samodzielne myślenie... Ostatnio moja mama wspominała przy rozmowie ze znajomą jak to było kiedy było pierwsze w gimnazjum organizacyjne zebranie. Trzeba było zadeklarować, czy dziecko-nie-dziecko będzie, czy też nie będzie chodzić na religię. I moja rodzicielka jako jedyna wróciła z tą kartką niepodpisaną na zebraniu, bo chciała ze mną przedyskutować, czy chcę chodzić na te lekcje.
Z tego widać, że bardzo ważnym wydaje się być pogranicze woli i myślenia. Szanowanie cudzych myśli, póki nie godzą one w nas bezpośrednio, albo nie są krzywdzące dla jakiejś konkretnej osoby. Jeśli nie uszanujemy cudzej woli myślenia, poniekąd ją ograniczamy. A już Immanuel Kant powiedział, że: "Zawsze działaj podług takiej maksymy, wobec której chciałbyś aby stała się powszechnie obowiązującym prawem". Powszechnie obowiązującym, czyli oddziałującym na wszystkich. Z Tobą włącznie. Według Kanta jest również niezmiernie ważnym to, że to co jest złym uczynkiem, jest nim zawsze, nie ważne jakie są okoliczności jego dokonania. Jest to trochę wbrew jego fenomenologii, ale jednocześnie jest bardzo słusznym moralnie i etycznie ponieważ zamyka to możliwość robienia absolutnie wszystkiego: "bo ja jestem jeden jedyny w takiej sytuacji". Jest tak jak mówisz, ale jednocześnie jest bardzo wielu ludzi w podobnych sytuacjach. Są w na tyle podobnych sytuacjach, że można postawić między nimi, a Tobą znak podobieństwa. I jednak bardzo często ludzie nie naginają prawa, ani własnej godności aby sobie z tą sytuacją poradzić.
Strasznie tu moralizuję i odbiegam od tematu. W ogóle to nie powinienem był pisać "bardzo często", bo to jest takie określenie - wytrych. Niby coś określa, ale właściwie to stanowi tylko podkładkę dla moralizatora. Choć samo moralizowanie wydaje mi się być w obecnych czasach ważnym. Tylko nie moralizowanie na zasadzie "bądź dobrym", a "bądź pełnym". Odnoszę od jakiegoś czasu wrażenie, że coś takiego się podziało w ostatnich latach co odebrało jakiejś części ludzi siłę i wolę działania. Tylko jeśli człowiek ma w sobie wolę działania to będzie myślał samodzielnie, albo raczej samodzielnie syntezował wcześniej poznane fenomeny.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
sobota, 11 lipca 2015
O woli słów kilka.
Od jakiegoś bardzo męczy mnie zagadnienie woli ludzkiej. Woli rozumianej jako motoru napędzającego życie człowieka od początku gdziekolwiek by nie był, aż do śmierci. I nie mam tutaj na myśli jej zmian wobec konkretnych jej przedmiotów, ale zmian jej natężenia i czynników, które te zmiany wywołują. Zastanawia mnie w tym wszystkim również fenomen mówców motywacyjnych. Nie mam zamiaru tutaj ich krytykować, raczej bardzo mi smutno, że w ludziach nie ma samoistnie tyle woli, że tacy ludzie są potrzebni. Ale najpierw wypadałoby, żebym opisał wolę. Jak ją rozumiem, czym dla mnie jest. Jest ona dla mnie motorem napędowym działań ludzkich mających inny cel niż utrzymanie czysto biologicznej egzystencji. I tak jak zacząłem o niej myśleć, to wyobraziłem ją sobie jako ognisko, które płonie gdzieś w człowieku. Akcje innych ludzi mogą je gasić lub rozniecać, te same akcje są również dostępne człowiekowi wewnętrznie.
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
fenomenologia,
filozofia,
konstruktywizm,
krytyka,
media,
pisanie,
samodoskonalenie,
samokrytyka,
Schopenhauer,
socjologia,
treści
środa, 13 maja 2015
O doświadczeniach z wykładowcami.
To kilka historyjek z mojego studiowania, a także ze studiowania mojego brata. Otóż możliwe, że o profesorze Tadeuszu Gadaczu już pisałem, ale po pierwsze nie pamiętam gdzie i kiedy, a po drugie to bardzo fajna i krótka historia, więc czemuż miałbym jej nie opowiedzieć po raz drugi. Otóż miałem z nim pewien filozofio-pochodny przedmiot, na którym w trakcie wykładu padło nazwisko Paula Ricoeura. Słuchamy więc wszyscy słuchacze wykładu na temat tegoż filozofa. Gdzieś w połowie swojego opowiadania wspomniał tak sobie o, jak wypad do sklepu po pomidory i cebulę, to jak spacerował z wyżej wymienionym filozofem po jednym z krakowskich parków i dyskutował z nim o filozofii i życiu. Pomyślałem wtedy, że mam wielkie szczęście siedząc na wykładzie kogoś takiego i słuchając jego opowieści o filozofii. A dokładniej Hermeneutyce współczesnej kultury, bo tak się ten przedmiot nazywał. Ale nie mam tak wielkiego szczęścia jak mój inny wykładowca. Doktor Jan Galarowicz. Nie wie co to radość z życia ten, kto nie rozmawiał z tym człowiekiem. Widać było, że ten człowiek nieustannie cieszy się życiem, że jego dusza jest pogodna. Tak, pogoda ducha to pierwsze określenie jakie wpada mi do głowy, gdy myślę o tym człowieku. Niesamowite były z nim zajęcia. Prowadził dla nas ćwiczenia z etyki. Zajęcia trwały dwie godziny i piętnaście minut, ale on był bardzo zorganizowany i zawsze dzielił to na trzy części, oddzielone pięciominutowym przerwami. I nigdy się nie zdarzyło, żebyśmy przerwali w połowie jakiegoś zagadnienia, z powodu końca czasu. Zawsze w garniturze, zawsze mówił spokojnie, miał bardzo piękny głos. Zaliczenia u nich też nie były problematyczne. I nie mam tutaj na myśli trudności, a to jak bardzo niestworzone problemy potrafią czasem stwarzać wykładowcy. Moich doświadczeń nie ma w tym żadnych zaś słyszałem historię wedle, których obliczenia z wyższej matematyki poprowadzone tak, że nawet ja, który z matematyką nigdy jakoś bardzo za pan brat nie byłem, rozumiałem co i z czego, zostały ocenione na 3.0 i nazwane niechlujnymi. Przyznacie mi chyba, że coś tu było nie tak. Mój brat, z wykształcenia inżynier, choć ja jako socjolog w trakcie kształcenia podpisuję się pod tym obiema rękami. Otóż stworzył on typologię wykładowców uczelnianych. Oparta jest na dwóch kategoriach dychotomicznych, czyli takich, że albo się takim jest, albo nie i nie ma półśrodków. Jedną z tych kategorii jest wewnętrzna wola wykładowcy do przekazywania wiedzy, zwana dalej chceniem się, oraz robienie problemów, czyli wypiętrzanie krecich kopców do rozmiarów Mount Everest, zwana dalej robieniem problemów. Jak widać najlepszym jest wykładowca nie robiący problemów, któremu się chce. Każdy zna przynajmniej jednego takiego. Najgorszym zaś jest taki, któremu się nie chce, i który w dodatku robi problemy. Takich pewno też znacie, ale miejmy nadzieję że możliwie mało. Ale ostatnio zdarzyło mi się znów pozować z racji mojego upodobania do ekstrawaganckiego stroju. I napadało mnie w związku z tym parę rzeczy. Pierwszą jest obserwacja poczyniona w trakcie samego pozowania.
Otóż jedna z malujących mnie dziewczyn, za każdym razem kiedy proszony przez prowadzącą zmieniałem pozycję, uśmiechała się. Ćwiczenie polegało na szybkich kilkuminutowych szkicach. Dynamizm tak statecznej rzeczy jak malowanie, zmiana, wewnętrzny kontrast. Coś co zdawało się rozsadzać ją od środka. Jakby nawet chciała, żebym czynił nieznaczne zmiany pozycji w trakcie jednego szkicu. Widać po niej było to samo co w opisywanym przeze mnie doktorze Galarowiczu. Pogodę ducha. Stan nieustającego spokoju, kiedy dusza(,bo nie duch, to jest duża różnica.) wie, że wszystko jest dobrze, albo będzie dobrze. A nawet jeśli coś ogólnie ją męczy to, w danym momencie izoluje się od męczących bodźców i jest szczęśliwa. I jest to stała właściwość duszy. Można ją nabyć wypracowując, można się z nią urodzić, ale wtedy trzeba się pilnować, żeby nic jej nie mąciło, bo możemy ją utracić na rzecz tylko chwilowego szczęścia.
Drugą rzeczą jest kilka moich przemyśleń poczynionych o pozowaniu. Jest to epatowanie swoim jestestwem. To jest manifestowanie siebie dla innych, ale jednocześnie dla samego siebie, ponieważ można wtedy po prostu być. Nie robić nic. Tylko być. W tej czy innej pozycji, ale tylko być. Nie egzystować, nie istnieć. Być. Na tym najoczywistszym, najbardziej empirycznym poziomie, można wtedy pogłębić swoje poznanie siebie. Zwłaszcza kiedy mamy swobodę doboru pozycji w jakiej pozujemy. Można się zastanowić, czemu właśnie tą, a nie inną pozycję wybrałem. Nie będę tu mówił o medytacji, ale o jakiejś podróży wgłąb swojej psychiki i jestestwa to już na pewno. Pozując poczułem, że oto jestem. Ciężko to opisać w jakiś bardziej zrozumiały sposób, ale poczułem się w sobie, jednocześnie epatując jestestwem na zewnątrz w pełnym ekshibicjonizmie... właściwie czego? Byłem ubrany od stóp do głów, nawet nie czułem się nagi przed rysującymi, czułem się po prostu sobą. Więc był to swego rodzaju ekshibicjonizm duszy, ale też nie taki jak panuje w internecie, gdzie się krzyczy co człowieka boli, że to złe, tamto niedobre, tylko taki na poziomie samego bytu. Ja tam byłem, a oni to uwieczniali.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Otóż jedna z malujących mnie dziewczyn, za każdym razem kiedy proszony przez prowadzącą zmieniałem pozycję, uśmiechała się. Ćwiczenie polegało na szybkich kilkuminutowych szkicach. Dynamizm tak statecznej rzeczy jak malowanie, zmiana, wewnętrzny kontrast. Coś co zdawało się rozsadzać ją od środka. Jakby nawet chciała, żebym czynił nieznaczne zmiany pozycji w trakcie jednego szkicu. Widać po niej było to samo co w opisywanym przeze mnie doktorze Galarowiczu. Pogodę ducha. Stan nieustającego spokoju, kiedy dusza(,bo nie duch, to jest duża różnica.) wie, że wszystko jest dobrze, albo będzie dobrze. A nawet jeśli coś ogólnie ją męczy to, w danym momencie izoluje się od męczących bodźców i jest szczęśliwa. I jest to stała właściwość duszy. Można ją nabyć wypracowując, można się z nią urodzić, ale wtedy trzeba się pilnować, żeby nic jej nie mąciło, bo możemy ją utracić na rzecz tylko chwilowego szczęścia.
Drugą rzeczą jest kilka moich przemyśleń poczynionych o pozowaniu. Jest to epatowanie swoim jestestwem. To jest manifestowanie siebie dla innych, ale jednocześnie dla samego siebie, ponieważ można wtedy po prostu być. Nie robić nic. Tylko być. W tej czy innej pozycji, ale tylko być. Nie egzystować, nie istnieć. Być. Na tym najoczywistszym, najbardziej empirycznym poziomie, można wtedy pogłębić swoje poznanie siebie. Zwłaszcza kiedy mamy swobodę doboru pozycji w jakiej pozujemy. Można się zastanowić, czemu właśnie tą, a nie inną pozycję wybrałem. Nie będę tu mówił o medytacji, ale o jakiejś podróży wgłąb swojej psychiki i jestestwa to już na pewno. Pozując poczułem, że oto jestem. Ciężko to opisać w jakiś bardziej zrozumiały sposób, ale poczułem się w sobie, jednocześnie epatując jestestwem na zewnątrz w pełnym ekshibicjonizmie... właściwie czego? Byłem ubrany od stóp do głów, nawet nie czułem się nagi przed rysującymi, czułem się po prostu sobą. Więc był to swego rodzaju ekshibicjonizm duszy, ale też nie taki jak panuje w internecie, gdzie się krzyczy co człowieka boli, że to złe, tamto niedobre, tylko taki na poziomie samego bytu. Ja tam byłem, a oni to uwieczniali.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
sobota, 4 kwietnia 2015
O krytyce rzecz krótka.
Zdarzyło mi się ostatnio pozować w szkole rysunku ze względu na moje zamiłowanie do ciekawych strojów. Dwa razy stałem, dwa razy siedziałem. Ogólnie bardzo miła robota, i tak stojąc widziałem jeden z powstających rysunków. Żeby mi się nie dłużyło patrzyłem na powstający wcale ładny obraz olejny. Kiedy malowany był mój korpus zacząłem mu się coraz baczniej i baczniej przyglądać, aż doszedłem do wniosku, że coś jest z nim nie tak. Tylko, że co powiedzieć? "Coś jest nie tak z moim korpusem na Twoim obrazie?" Gdzie dokładnie znajduje się mankament? W okolicach trzymanej za pasem dłoni. I co powiedzieć: "coś jest nie tak z moją dłonią na Twoim obrazie?" To wciąż było za mało. Zacząłem się z jeszcze większą uwagą przyglądać swojej dłoni na obrazie. Kiedy już udało mi się zlokalizować cały problem jakim był światłocień w okolicy kciuka, malarka zrobiła odejście od obrazu i sama dostrzegła coś, czego zlokalizowanie zajęło mi jakieś pięć minut pozowania. Błąd oczywiście skorygowała i obraz stwarzał w oglądającym niczym nie zmącony obraz niezłego malarstwa. Mnie jednak zaczęło to coraz bardziej zajmować i pozując zacząłem z tą dziewczyną rozmawiać o moich przemyśleniach. Odpowiedziała, że już na drugim stopniu moich doprecyzowań mogłem jej zwrócić uwagę, że resztę zobaczyłaby sama. Ja jednak bałem się posądzenia o niekonstruktywną krytykę. Zacząłem się w tym miejscu zastanawiać kiedy krytyka przestaje być niekonstruktywna.
Poszedłem w tych przemyśleniach za wiedzą o polityce i wotach nieufności. Niekonstruktywne mówi"Nie chcemy tego premiera", konstruktywne mówi "Nie chcemy tego premiera, chcemy tego, którego zaraz wam przedstawimy". Więc to nie ilość uszczegółowień krytyki czyni zeń niekonstruktywną, a to czy przedstawimy jakieś rady prowadzące do rozwiązania problemu. Czy na pewno? Niekonstruktywna krytyka często potrafi coś stworzyć. Często jest tak, że jak ktoś sformułuje swoją krytykę na tych trzech wymienionych przeze mnie poziomach, to ktoś kto ma w danej sprawie większe doświadczenie znajdzie ku temu rozwiązanie. A czemu sam nie zauważył niedoróbki? Mógł nie zdążyć wypowiedzieć swojej (w jego przypadku) konstruktywnej krytyki, albo mogła ona siedzieć w jego podświadomości i dopiero zostać wydobyta przez niekonstruktywnego krytyka.
Może należy spojrzeć na nie/konstruktywną* krytykę nie w kategoriach niej samej, ale przydatności. Ciężko mi stwierdzić, czy w ogóle można postawić między tymi dwoma typami krytyki można postawić jakiś znak nierównoważności na korzyść, któregokolwiek z typów. Bo konstruktywna podaje rozwiązanie, ale może gdyby postronni słuchający tej krytyki nie usłyszeli, że należy zrobić to to i to, to może znaleźli by inny sposób, a tak górę bierze syndrom myślenia grupowego, czyli coś co socjologia definiuje jako autocenzurę, umniejszanie problemów, wzajemne wspieranie się w utrzymywaniu narzuconego przez grupę sposobu myślenia. Niekonstruktywna z kolei napotka problem w sytuacji gdy nikt z grupy nie ma żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Albo znowu pomoże im myślenie grupowe i skarcą krytykanta, że się niekonstruktywnie czepia i problemu wcale nie ma, albo się grupowo zawezmą i znajdą rozwiązanie. Jako pointę pozwolę sobie zacytować Schopenhauera, który powiedział" Postawcie szare, koło czarnego będzie białe, postawcie je koło białego, a zda się czarne".
*niepotrzebne skreślić
Poszedłem w tych przemyśleniach za wiedzą o polityce i wotach nieufności. Niekonstruktywne mówi"Nie chcemy tego premiera", konstruktywne mówi "Nie chcemy tego premiera, chcemy tego, którego zaraz wam przedstawimy". Więc to nie ilość uszczegółowień krytyki czyni zeń niekonstruktywną, a to czy przedstawimy jakieś rady prowadzące do rozwiązania problemu. Czy na pewno? Niekonstruktywna krytyka często potrafi coś stworzyć. Często jest tak, że jak ktoś sformułuje swoją krytykę na tych trzech wymienionych przeze mnie poziomach, to ktoś kto ma w danej sprawie większe doświadczenie znajdzie ku temu rozwiązanie. A czemu sam nie zauważył niedoróbki? Mógł nie zdążyć wypowiedzieć swojej (w jego przypadku) konstruktywnej krytyki, albo mogła ona siedzieć w jego podświadomości i dopiero zostać wydobyta przez niekonstruktywnego krytyka.
Może należy spojrzeć na nie/konstruktywną* krytykę nie w kategoriach niej samej, ale przydatności. Ciężko mi stwierdzić, czy w ogóle można postawić między tymi dwoma typami krytyki można postawić jakiś znak nierównoważności na korzyść, któregokolwiek z typów. Bo konstruktywna podaje rozwiązanie, ale może gdyby postronni słuchający tej krytyki nie usłyszeli, że należy zrobić to to i to, to może znaleźli by inny sposób, a tak górę bierze syndrom myślenia grupowego, czyli coś co socjologia definiuje jako autocenzurę, umniejszanie problemów, wzajemne wspieranie się w utrzymywaniu narzuconego przez grupę sposobu myślenia. Niekonstruktywna z kolei napotka problem w sytuacji gdy nikt z grupy nie ma żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Albo znowu pomoże im myślenie grupowe i skarcą krytykanta, że się niekonstruktywnie czepia i problemu wcale nie ma, albo się grupowo zawezmą i znajdą rozwiązanie. Jako pointę pozwolę sobie zacytować Schopenhauera, który powiedział" Postawcie szare, koło czarnego będzie białe, postawcie je koło białego, a zda się czarne".
*niepotrzebne skreślić
poniedziałek, 30 marca 2015
Pisany vlog #3
Ostatnio przy rozmowie ze znajomymi padła kwestia zejścia się jednego z nich z byłą dziewczyną. Rzuciłem wtedy cytatem z Heraklita(powinno się mnie zamknąć za bycie pretensjonalnym), który mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Inny powiedział, że rzeka zawsze jest ta sama tylko woda inna. Kolejny, że co w sytuacji gdy wejdzie się do miski z wodą, a później z niej wyjdzie i wejdzie ponownie. Odparłem na to, że ta woda będzie już inna, bo będzie zawierała choćby te takie śmieszne kulki z luźnych nitek skarpetek, które zawsze się robią między palcami(też tak macie?) i oczywiście luźny naskórek, pot i wszystko inne co do momentu wejścia do miski po raz pierwszy się na nich osadzi. Ogólnie nasza dyskusja stała się mocno oparta na przykładach, dość dosłownie rozumiejąca sens cytatu i to, a także inne podejmowane w jej trakcie aktywności uczyniły jej życie raczej krótkim, ale nie czczym. Ponieważ później rozmawiałem już o !!samej tej rozmowie!!(ważny fakt) z dziewczyną i była ta rozmowa trochę inna. Ponieważ była jakby bardziej na meta poziomie. Nie odnosiła się do samego cytatu, a do samej rozmowy, co uczyniło ją trochę bardziej wyabstrakcyjnioną, ponieważ nie potrzebowała przykładów dla stworzenia samej siebie, a operowała już na gotowych podanych. To co tutaj napisałem to po pierwsze jak teraz mi się pomyślało jest trochę opisaniem ścieżki jaką pokonała szeroko rozumiana humanistyka, a po drugie dało mi do myślenia.
Mocno mnie zastanowiło to jak bardzo różnie można rozumieć jedną i tą samą rzecz(#fenomenologia), a także jak można różnie definiować pojęcia. Teraz będzie lista dwóch rzeczy, na których chcę się skupić.
-różne rozumienie aforyzmu Heraklita
-różne definicje rzeki
Ponieważ moi znajomi bardzo mocno spłycili takie mocno wionące Kantem i Husserlem przeczucie, że wszystko i za każdym razem jest dla nas fenomenem, czyli tłumacząc z języka filozofii, a nawet i nie z niego trzeba, ponieważ w potocznym rozumie się ten termin dość podobnie(przynajmniej w moim odczuciu) jako właśnie jednostkowe poznanie subiektywne zewnętrznie, ale dla podmiotu poznającego obiektywne, do obserwacji geologicznej(kilku z nich studiuje coś podobnego więc zrozumiałym jest takie pojmowanie tego przez nich). Z drugiej strony wykazali się niezłym zmysłem filozoficznym, ponieważ te przykłady i polemiki z tym cytatem można odnieść do jego bardziej abstrakcyjnego znaczenia. Ponieważ przykład z miską myślę sobie, że można odnieść trochę do sytuacji przytoczonej przez mojego ulubionego wykładowcę, do którego uczęszczałem na wykłady z Hermeneutyki, a który się nazywa Tadeusz Gadacz(jeśli wpadnie wam w ręce jakaś jego publikacja-kupować w ciemno, czytanie jak się przyzwyczaić do dość specyficznej wykształconej w seminarium duchownym składni, staje się bardzo przyjemne i pogłębiające poznanie i świadomość życia). Przytoczył on przemyślenie, swoje bądź jednego z wielkich myślicieli, z którymi nota bene często miał osobisty kontakt, jakoby ocena słuszności jakiegoś wyboru życiowego mogła zostać przeprowadzona jedynie w następujących warunkach. Otóż:podmiot podejmujący decyzję w momencie podejmowania decyzji kopiujemy, fizycznie, psychicznie, intelektualnie, mentalnie i jak jeszcze tylko się da, z jednym tylko wyjątkiem. Kopia podejmie drugą z możliwości jako swój wybór. Oczywiście, jeśli tylko będziemy chcieli jakąkolwiek kolejną decyzję naszą, bądź naszej kopii zweryfikować, tym więcej będzie trzeba naszych kopii, bądź kopii naszej kopii. I tak samo może postąpić każdy człowiek, a to stwarza szansę interferencji między kopiami i być może na przykład wreszcie udałoby Ci się, Drogi Czytelniku poznać Twoją ulubioną gwiazdę, tyle że byś jej nie poznał, ponieważ zamiast zniewalającego makijażu i pięknego uśmiechu zaserwowałaby Ci zniewalającego burgera i piękne frytki. I tak ten przytoczony przez mojego szanownego kolegę przykład jest w podobnym duchu, ponieważ ja go rozumiem jako próbę eksperymentu odizolowującego człowieka od innych doświadczeń, a ów odizolowany człowiek jeszcze raz jest przepuszczony przez jakiś bodziec. Problem pojawia się w momencie gdy zdamy sobie sprawę z tego, że on już to zna więc jego poznanie owego fenomenu będzie innym poznaniem niż gdyby, mówiąc metaforycznie wylać wodę i nalać nowej nie mówiąc mu o tej podmianie, co jest metaforą przeprowadzenia we w miarę takich samych warunkach takiego samego doświadczenia, na tym samym podmiocie. Zaś przemyślenie drugiego, o tym, że rzeka będzie zawsze ta sama, przywiodło mnie do drugiego punktu, czyli do problemu leżącego u podstaw sporej części sporów, a mianowicie definiowania pojęć. Ponieważ czym jest rzeka? Wikipedia mówi, że jest to: naturalny, powierzchniowy ciek płynący w wyżłobionym przez erozję rzeczną korycie, okresowo zalewający dolinę rzeczną. W Polsce przyjmuje się, że rzekę stanowi ciek o powierzchni dorzecza powyżej 100 km. Ta część tekstu będzie się bardziej odnosić do mojej dysputy z dziewczyną. Otóż dla niej najważniejszą częścią rzeki jest woda. Ale co z tego, że mamy wodę. Jeśli zamkniemy ją w wystarczająco dużej niecce będziemy mieli jezioro. Jeśli zaś rozlejemy ją nad gliniastą glebą uzyskamy bagno. Woda nie tworzy więc rzeki. Zaś samo koryto bez wody jest wąwozem. Czyli definicja z wikipedii jest bardzo trafna, ale to nie jest ważne dla mojego wywodu. Ważne jest to, że jedno i drugie jest ważne, że woda konstytuuje wąwóz jako rzekę... W tym ujęciu nagle woda wychodzi na plan pierwszy? Ale, czy na pewno? Niby ona konstytuuje, ale sama nie ma czego konstytuować. Może siebie samą konstytuować jako ciecz. Bardzo ważne jest jak widać indywidualne podejście do tematu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Tak ja to wszystko fenomenologicznie pojmuję, ale to tylko mój osobisty jednostkowy sposób poznania.
Mocno mnie zastanowiło to jak bardzo różnie można rozumieć jedną i tą samą rzecz(#fenomenologia), a także jak można różnie definiować pojęcia. Teraz będzie lista dwóch rzeczy, na których chcę się skupić.
-różne rozumienie aforyzmu Heraklita
-różne definicje rzeki
Ponieważ moi znajomi bardzo mocno spłycili takie mocno wionące Kantem i Husserlem przeczucie, że wszystko i za każdym razem jest dla nas fenomenem, czyli tłumacząc z języka filozofii, a nawet i nie z niego trzeba, ponieważ w potocznym rozumie się ten termin dość podobnie(przynajmniej w moim odczuciu) jako właśnie jednostkowe poznanie subiektywne zewnętrznie, ale dla podmiotu poznającego obiektywne, do obserwacji geologicznej(kilku z nich studiuje coś podobnego więc zrozumiałym jest takie pojmowanie tego przez nich). Z drugiej strony wykazali się niezłym zmysłem filozoficznym, ponieważ te przykłady i polemiki z tym cytatem można odnieść do jego bardziej abstrakcyjnego znaczenia. Ponieważ przykład z miską myślę sobie, że można odnieść trochę do sytuacji przytoczonej przez mojego ulubionego wykładowcę, do którego uczęszczałem na wykłady z Hermeneutyki, a który się nazywa Tadeusz Gadacz(jeśli wpadnie wam w ręce jakaś jego publikacja-kupować w ciemno, czytanie jak się przyzwyczaić do dość specyficznej wykształconej w seminarium duchownym składni, staje się bardzo przyjemne i pogłębiające poznanie i świadomość życia). Przytoczył on przemyślenie, swoje bądź jednego z wielkich myślicieli, z którymi nota bene często miał osobisty kontakt, jakoby ocena słuszności jakiegoś wyboru życiowego mogła zostać przeprowadzona jedynie w następujących warunkach. Otóż:podmiot podejmujący decyzję w momencie podejmowania decyzji kopiujemy, fizycznie, psychicznie, intelektualnie, mentalnie i jak jeszcze tylko się da, z jednym tylko wyjątkiem. Kopia podejmie drugą z możliwości jako swój wybór. Oczywiście, jeśli tylko będziemy chcieli jakąkolwiek kolejną decyzję naszą, bądź naszej kopii zweryfikować, tym więcej będzie trzeba naszych kopii, bądź kopii naszej kopii. I tak samo może postąpić każdy człowiek, a to stwarza szansę interferencji między kopiami i być może na przykład wreszcie udałoby Ci się, Drogi Czytelniku poznać Twoją ulubioną gwiazdę, tyle że byś jej nie poznał, ponieważ zamiast zniewalającego makijażu i pięknego uśmiechu zaserwowałaby Ci zniewalającego burgera i piękne frytki. I tak ten przytoczony przez mojego szanownego kolegę przykład jest w podobnym duchu, ponieważ ja go rozumiem jako próbę eksperymentu odizolowującego człowieka od innych doświadczeń, a ów odizolowany człowiek jeszcze raz jest przepuszczony przez jakiś bodziec. Problem pojawia się w momencie gdy zdamy sobie sprawę z tego, że on już to zna więc jego poznanie owego fenomenu będzie innym poznaniem niż gdyby, mówiąc metaforycznie wylać wodę i nalać nowej nie mówiąc mu o tej podmianie, co jest metaforą przeprowadzenia we w miarę takich samych warunkach takiego samego doświadczenia, na tym samym podmiocie. Zaś przemyślenie drugiego, o tym, że rzeka będzie zawsze ta sama, przywiodło mnie do drugiego punktu, czyli do problemu leżącego u podstaw sporej części sporów, a mianowicie definiowania pojęć. Ponieważ czym jest rzeka? Wikipedia mówi, że jest to: naturalny, powierzchniowy ciek płynący w wyżłobionym przez erozję rzeczną korycie, okresowo zalewający dolinę rzeczną. W Polsce przyjmuje się, że rzekę stanowi ciek o powierzchni dorzecza powyżej 100 km. Ta część tekstu będzie się bardziej odnosić do mojej dysputy z dziewczyną. Otóż dla niej najważniejszą częścią rzeki jest woda. Ale co z tego, że mamy wodę. Jeśli zamkniemy ją w wystarczająco dużej niecce będziemy mieli jezioro. Jeśli zaś rozlejemy ją nad gliniastą glebą uzyskamy bagno. Woda nie tworzy więc rzeki. Zaś samo koryto bez wody jest wąwozem. Czyli definicja z wikipedii jest bardzo trafna, ale to nie jest ważne dla mojego wywodu. Ważne jest to, że jedno i drugie jest ważne, że woda konstytuuje wąwóz jako rzekę... W tym ujęciu nagle woda wychodzi na plan pierwszy? Ale, czy na pewno? Niby ona konstytuuje, ale sama nie ma czego konstytuować. Może siebie samą konstytuować jako ciecz. Bardzo ważne jest jak widać indywidualne podejście do tematu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Tak ja to wszystko fenomenologicznie pojmuję, ale to tylko mój osobisty jednostkowy sposób poznania.
niedziela, 24 lutego 2013
O gotach.
Długo zbierałem się do tej notki. Jest to moje drugie do niej podejście, bo pierwsze uznałem za nudne i niewarte publikacji. Jednak jeśli będziecie chcieli Drodzy Czytelnicy to je dokończę i opublikuję.
Goci. Subkultura, ale jednocześnie swego rodzaju kultura podzielona na subkultury.. Problemem jednak jest to , że goci jako zbiór subkultur są bardzo niespójni. Mamy na przykład Victorian Gothów, którzy wiernością historyczną strojów graniczą z jakimś pokręconym niesformalizowanym środowiskiem odtwórstwa historycznego, ale chyba jednocześnie dla przeciwwagi mamy techno-gothów, którzy wyglądają... Właściwie ciężko opisać ich wygląd. Dużo świateł chemicznych, sztucznych jaskrawo barwionych włosów i futer, a do tego czerń i skóra. Wygląda dość malowniczo. Jednak wygląd to ledwie jedna trzecia z gotyckości. Na tę triadę składają się w równych proporcjach wygląd, filozofia i sztuka. Te trzy zbiory, a może i klasy cech mogą posłużyć do opisania każdej w jakiś sposób wyróżniającej się grupy społecznej. Zajmijmy się może jednak jakimś zdefiniowaniem tych słów na podłożu gotyku. Każdy podtyp gotha wygląda w archetypie inaczej od całej reszty, jednak każdy w swoim nurcie dąży do wyrażania siebie, w pewnych ramach stylu wyznaczanych przez dany podtyp i całą kulturę. Filozofia... Tu można się bardzo wiele rozwodzić nad tym, ponieważ każdy podtyp ma swoje archetypiczne patrzenie na świat. Każdy człowiek mam jakieś swoje patrzenie na świat sprzed oddania się nietoperzom pod wychowanie. Wreszcie rzadko, który goth jest tylko w jednym nurcie gotyku, bo to też są, wierzcie mi lub nie Drodzy Czytelnicy, ludzie jak wy. A przez to lubią różne często niegotyckie rzeczy. Tak właściwie to co dla Was, Drodzy Czytelnicy znaczy, że coś jest gotyckie? I nie myślę tu o tym ludzie germańskim, ani o tym nurcie w architekturze i sztuce. Nie wiem czemu też wszyscy patrzą na bycie gotem tak poważnie. I się smucą gdzieś na cmentarzach i gderają wierszem jak to im jest źle i niedobrze, albo są cyber i... Są cyber. Tyle wystarczy. Czemu nikt nie może podchodzić do tego z przyrodzonym gotykowi dystansem i autoironią, przecież ten klasyczny "ponury" nurt gotyku jest tak śmiertelnie poważny, że nic tylko sobie podciąć żyły, albo się śmiać. Rozumiem, że każdy miewa czasem gorszy humor, ale czasem myślę, że to jest coś nie tak, że wszyscy tacy memento mori. Przecież średniowiecze się już skończuło. I też to , że część gotów nie może słuchać innych zespołów niż, te które jasno wpisują się w ten nurt. A ja lubię disco z lat 80tych i NVOBHM. Ale jednocześnie uważam się w jakiejś części za gotha. Za takie pokręcone 2/3 gotha, przynajmniej według tego archetypicznego trójkąta. Bo nie wyglądam jak gotb, nawet nie jestem pewien czy bym chciał. Wyznaję własną pokręconą wersję filozofii gotyckiej, A czy kręci mnie kultura? Jest tak grobowo poważna, że aż chce się śmiać, ale chyba tylko mnie i Voltaire'owi. Uroczy artysta.. Taki jak moje podejście do gotyku. Trochę jak Tom Waits. Choć bez takich grobowo poważnych gotów, ci śmieszni nie byliby tacy śmieszni, bo jak powiedział Schopenhauer:"Na tej samej zasadzie, gdy szare ułożymy obok czarnego uzna się je za białe; gdy obok białego – za czarne." Wszystko jest względne i to bardzo. W fizyce mamy teorię względności... Ale mamy także praktykę względności jaką jest polityka. Ale czy warto sobie nią psuć krew? Nie, nie jest to pytanie retoryczne.. Trzeba sobie na nie odpowiedzieć, bo to ważne, zwłaszcza, że mamy coraz mniej do powiedzenia. Powiecie, że ruchy społeczne? A ja wam powiem, że bzdura i będą pacyfikacje, zwłaszcza jeślim wreszcie będą te ruchy przeciw jakiejś naprawdę sponsorowanej ustawie. Z resztą już w samym słowie "ustawa" wszystko się kryje. Ustawa, wszystko zostało ustawione. Myślisz, że sztuczka dopiero się dzieje, a już po wszystkim. Wracając zaś do gotyku, to myślę, że to przepatetyzowane jest. I to bardzo. I przydałby się jakiś kwiatek do tego czarnego skórzanego płaszcza, bo nie kożucha. Część z gothów jednak kładzie największy nacisk na bycie kreatywnym i to nie tylko w nurcie gotyckim, ale na bycie kreatywnym w ogóle. Czyli według nich na wszystko co ma walory artystyczne, w tym także haftowanie i wyszywanie, nie zawsze czaszek i nietoperzy, a i tak jest to gotyckie, bo jest kreatywne bo wymaga jakiejś wyobraźni i zdolności, a także te już nabyte rozwija. Gotyckie jest po prostu bycie człowiekiem. Tak sobie myślę, ale człowiekiem ubranym trochę inaczej niż cała reszta. Nie wiem ilu podziela moje zdanie. Tak czy siak kultura gothów, jest tak szeroka jak jej postrzeganie przez uczestników i współtwórców, czyli samych gothów we wszystkich typach. Nie wiem, czy są jakieś cechy wspólne. Też trzeba wziąć poprawkę na to, że po za byciem gothem każdy jest człowiekiem. To samo można powiedzieć o każdym gocie i o każdym uczestniku jakiejś subkultury. Przed obraniem ścieżki przez nią prezentowaną też był człowiekiem. Nie da się odciąć od przeszłych doświadczeń i przemyśleń. One zawsze w ten czy inny sposób w nas będą.
Goci. Subkultura, ale jednocześnie swego rodzaju kultura podzielona na subkultury.. Problemem jednak jest to , że goci jako zbiór subkultur są bardzo niespójni. Mamy na przykład Victorian Gothów, którzy wiernością historyczną strojów graniczą z jakimś pokręconym niesformalizowanym środowiskiem odtwórstwa historycznego, ale chyba jednocześnie dla przeciwwagi mamy techno-gothów, którzy wyglądają... Właściwie ciężko opisać ich wygląd. Dużo świateł chemicznych, sztucznych jaskrawo barwionych włosów i futer, a do tego czerń i skóra. Wygląda dość malowniczo. Jednak wygląd to ledwie jedna trzecia z gotyckości. Na tę triadę składają się w równych proporcjach wygląd, filozofia i sztuka. Te trzy zbiory, a może i klasy cech mogą posłużyć do opisania każdej w jakiś sposób wyróżniającej się grupy społecznej. Zajmijmy się może jednak jakimś zdefiniowaniem tych słów na podłożu gotyku. Każdy podtyp gotha wygląda w archetypie inaczej od całej reszty, jednak każdy w swoim nurcie dąży do wyrażania siebie, w pewnych ramach stylu wyznaczanych przez dany podtyp i całą kulturę. Filozofia... Tu można się bardzo wiele rozwodzić nad tym, ponieważ każdy podtyp ma swoje archetypiczne patrzenie na świat. Każdy człowiek mam jakieś swoje patrzenie na świat sprzed oddania się nietoperzom pod wychowanie. Wreszcie rzadko, który goth jest tylko w jednym nurcie gotyku, bo to też są, wierzcie mi lub nie Drodzy Czytelnicy, ludzie jak wy. A przez to lubią różne często niegotyckie rzeczy. Tak właściwie to co dla Was, Drodzy Czytelnicy znaczy, że coś jest gotyckie? I nie myślę tu o tym ludzie germańskim, ani o tym nurcie w architekturze i sztuce. Nie wiem czemu też wszyscy patrzą na bycie gotem tak poważnie. I się smucą gdzieś na cmentarzach i gderają wierszem jak to im jest źle i niedobrze, albo są cyber i... Są cyber. Tyle wystarczy. Czemu nikt nie może podchodzić do tego z przyrodzonym gotykowi dystansem i autoironią, przecież ten klasyczny "ponury" nurt gotyku jest tak śmiertelnie poważny, że nic tylko sobie podciąć żyły, albo się śmiać. Rozumiem, że każdy miewa czasem gorszy humor, ale czasem myślę, że to jest coś nie tak, że wszyscy tacy memento mori. Przecież średniowiecze się już skończuło. I też to , że część gotów nie może słuchać innych zespołów niż, te które jasno wpisują się w ten nurt. A ja lubię disco z lat 80tych i NVOBHM. Ale jednocześnie uważam się w jakiejś części za gotha. Za takie pokręcone 2/3 gotha, przynajmniej według tego archetypicznego trójkąta. Bo nie wyglądam jak gotb, nawet nie jestem pewien czy bym chciał. Wyznaję własną pokręconą wersję filozofii gotyckiej, A czy kręci mnie kultura? Jest tak grobowo poważna, że aż chce się śmiać, ale chyba tylko mnie i Voltaire'owi. Uroczy artysta.. Taki jak moje podejście do gotyku. Trochę jak Tom Waits. Choć bez takich grobowo poważnych gotów, ci śmieszni nie byliby tacy śmieszni, bo jak powiedział Schopenhauer:"Na tej samej zasadzie, gdy szare ułożymy obok czarnego uzna się je za białe; gdy obok białego – za czarne." Wszystko jest względne i to bardzo. W fizyce mamy teorię względności... Ale mamy także praktykę względności jaką jest polityka. Ale czy warto sobie nią psuć krew? Nie, nie jest to pytanie retoryczne.. Trzeba sobie na nie odpowiedzieć, bo to ważne, zwłaszcza, że mamy coraz mniej do powiedzenia. Powiecie, że ruchy społeczne? A ja wam powiem, że bzdura i będą pacyfikacje, zwłaszcza jeślim wreszcie będą te ruchy przeciw jakiejś naprawdę sponsorowanej ustawie. Z resztą już w samym słowie "ustawa" wszystko się kryje. Ustawa, wszystko zostało ustawione. Myślisz, że sztuczka dopiero się dzieje, a już po wszystkim. Wracając zaś do gotyku, to myślę, że to przepatetyzowane jest. I to bardzo. I przydałby się jakiś kwiatek do tego czarnego skórzanego płaszcza, bo nie kożucha. Część z gothów jednak kładzie największy nacisk na bycie kreatywnym i to nie tylko w nurcie gotyckim, ale na bycie kreatywnym w ogóle. Czyli według nich na wszystko co ma walory artystyczne, w tym także haftowanie i wyszywanie, nie zawsze czaszek i nietoperzy, a i tak jest to gotyckie, bo jest kreatywne bo wymaga jakiejś wyobraźni i zdolności, a także te już nabyte rozwija. Gotyckie jest po prostu bycie człowiekiem. Tak sobie myślę, ale człowiekiem ubranym trochę inaczej niż cała reszta. Nie wiem ilu podziela moje zdanie. Tak czy siak kultura gothów, jest tak szeroka jak jej postrzeganie przez uczestników i współtwórców, czyli samych gothów we wszystkich typach. Nie wiem, czy są jakieś cechy wspólne. Też trzeba wziąć poprawkę na to, że po za byciem gothem każdy jest człowiekiem. To samo można powiedzieć o każdym gocie i o każdym uczestniku jakiejś subkultury. Przed obraniem ścieżki przez nią prezentowaną też był człowiekiem. Nie da się odciąć od przeszłych doświadczeń i przemyśleń. One zawsze w ten czy inny sposób w nas będą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)