Ostatnio zdarzyło mi się wyjątkowo nieprzyjemne przejście(żart jak najbardziej zamierzony) przez krakowskie Błonia. Szedłem z repliką broni białej, ponieważ trenuję posługiwanie się takową. Podczas przekraczania tej połaci zieleni w środku miasta zwróciłem uwagę psa, Rottweilera. Miał na pysku gumowy kaganiec, faktycznie wyglądał jak taka metalowa kratownica na pysku, ale był z gumy, lub twardego plastiku. Kiedy byłem mały sznaucer miniaturka mnie ugryzł i od tego momentu mam swoistą fobię wobec obcych psów. Wracając do sytuacji sprzed kilku dni, właściciele co prawda tego rottweilera zawołali, ale nie zwracali uwagi nawet na to, czy pies ich posłuchał i wykonuje polecenie, więc tylko zawołali go, po czym odwrócili się i poszli. Ja stałem jak wryty, bo cały czas górę nade mną brałem jak ośmioletni świeżo po ugryzieniu przez "Cerbera na miarę moich możliwości", poprosiłem właścicieli psa, żeby go wzięli, bo się boję... I w tym momencie od razu sprawa przeszła do trzeciego szeregu. Ot tak. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, czy wyjątkowo nerwowego krewnego Midasa. Bo otóż Pan Psa(PP) powiedział, że ON nie czuje się bezpiecznie w obliczu trzymanej przeze mnie treningowej, choć wciąż stalowej, broni białej. Nie wykazywałem żadnych oznak agresji,nie wygrażałem mu bronią, jak ją trzymałem dla niesienia, tak wciąż w ten sam sposób spoczywała w mojej dłoni. Im bardziej pan z psem się oddalał, tym bardziej mi wygrażał, że powinienem się leczyć, że jestem chory i on tu jest ciemiężony. Mówił większość z tego będąc już daleko ode mnie i odchodząc będąc zwróconym plecami. To była łyżka dziegciu. Na szczęście, miód miał dopiero nadejść. Pierwszą porcję dostałem po tym jak przytrzymałem drzwi w knajpie jakiemuś obcokrajowcowi. Podziękował mi wychodząc na zewnątrz lokalu z rękami zajętymi obiadem i napojem. Zjadłem, wychodzę z lokalu, on wciąż siedzi w ogródku lokalu, kiedy go mijałem jeszcze raz mi podziękował. Życzyłem mu miłego pobytu i poszedłem dalej. Niby absolutnie nic, ale takie momenty są niezwykle ważne w życiu. Pokazują, że świat nie jest tak zły jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Znowu mam wyjątkowo coachowski ton. Ale niech mi ktoś powie, że nie lubi kiedy jest się dla niego miłym. Prosta psychologia, chyba że jest się jak Syfon z "Ferdydurki" Gombrowicza, który w cierpieniu odnajdywał przyjemność, ale to był taki romantyczny wyjątek. Druga sytuacja, która również była niewymownie miła wydarzyła się na moim wydziale. Otóż pani prodziekan w związku z masą papierkologii przy obronach, warunkach nie miała czasu czegokolwiek zjeść, kilku studentów postanowiło kupić jej obiad w pobliskim chińczyku, i jeszcze poprosili mnie, żebym jej to anonimowo podsunął, co z niemałą przyjemnością zrobiłem. Zawsze przyjemnie jest robić coś miłego.
Tak właśnie spostrzegłem, że te dwie ostatnie sytuacje pokazują dwie strony tej samej monety jaką są zachowania uznawane za miłe. Dwie strony ponieważ, raz byłem stroną bierną, a raz czynną i jako takie należy je rozpatrywać. Tylko na jakich płaszczyznach? Może by ugryźć ten temat od strony psychologicznej? Jedyne co mi przychodzi na myśl, to zasada wzajemności. Czyli wymieniania podobnych sygnałów i jeśli pierwszym będzie sygnał pozytywny, to kolejne też takie będą. I na odwrót. Czy płynie z tego jakiś morał? Co dajesz to dostaniesz. Choć w tym wypadku to też nauka.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gombrowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gombrowicz. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 lipca 2016
poniedziałek, 21 grudnia 2015
O Polakach
Ostatnio bardzo dużo myślę o tym kim jest Polak... Może precyzyjniej, jakie cechy charakteru są przypisane do bycia Polakiem. Czy są takie w ogóle? Otóż dla mnie są, a konkretniej jest jedna. Jest to wieczna kontestacja wszystkiego. Kontestacja, czyli nie zgadzanie się ze wszystkim. Nie zgadzanie się z rzeczami, które zaistniają w Świecie. Zawsze komuś coś się nie podoba. Zawsze ktoś coś chce oprotestować. I ma to jak zawsze dobre i złe strony. A może raczej można to wykorzystać w dobrych i złych celach. Czyli dla konstruktywnej, lub nie konstruktywnej krytyki. Tu powinienem odesłać was do tego co napisałem o krytyce. Ale tak czy tak muszę to przytoczyć jako dalszy ciąg wywodu.
Konstruktywną jest krytyka, która punktuje słabości i pokazuje sposoby naprawy. A przynajmniej próbuje ich szukać. Niekonstruktywną jest taka, która tylko poszukuje każdego słabego punktu i jak tonący brzytwy się go chwyta, żeby tylko skrytykować.
Ważna jest również forma w jakiej jest to wygłaszane.
Pisałem już o tym w tekście o hejcie i mowie nienawiści, ale znów wyjdę wam naprzeciw i po krótce przypomnę. Hejt jest opartą na niepełnych przesłankach krytyką. Mową nienawiści jest tylko formą wyrażnienia hejtu. Więc można to wyrazić jako hejt, można to również wyrazić w jakiś spokojny, kulturalny sposób. Hejt i mowa nienawiści są rozdzielna ponieważ można hejtować nie posługując się mową nienawiści. Wtedy objawia się to jako zakrzyczenie rozmówcy. Nie dopuszczenie go do możliwości wyjaśnienia i doprecyzowania. Z drugiej strony oczywiście rozmówce po usłyszeniu takiego hejtu nie zawsze ma na to ochotę.
Wydaje mi się, że przynajmniej część Polaków jest aktualnie w takim stanie, że pod pretekstem przedstawiania "prawdy objawionej", której akurat zdarzyło się pokrywać z poglądami danego głoszącego swoje poglądy człowieka, przekrzykuje rozmówcę, bo poglądy głoszącego są słabo podparte. Ludzie nie szanują wiedzy. Nie szanują również tych, którzy chcą wiedzę przekazać. Wiem, że to pusty frazes, który ładnie brzmi, ale często odnoszę wrażenie, że rozmówca w ostatniej chwili gryzie się w język, bo jeszcze przez przypadek powie coś mądrego. I trzeba będzie dalej mówić mądre rzeczy, bo tak nie ładnie spadać z poziomem dyskusji. Nie wiem, czym jest wywołane właśnie to dyskredytowanie wiedzy, ale to też nie jest kluczową sprawą. Kluczową sprawą jest przywrócenie wiedzy należnego jej szacunku, ponieważ jeśli nie będziemy szanować wiedzy, to świat straci jakiekolwiek podstawy i oparcie dla swojej obecnej formy. A jeśli obecna jego forma upadnie zacznie się regres w myślenie religijne i magiczne, brak zrozumienia dla otaczających nas przedmiotów i naiwność wobec wszystkich z zewnątrz. Można to zagadnienie powiązać z dumą narodową, o której Artur Schopenhauer powiedział, że jest pusta i stanowi wypełniacz dla ludzi nie stanowiących sobą niczego. I rozumiana jako duma z poprzednich pokoleń faktycznie jest czymś takim, zaś odwrócenie tej sytuacji, czyli próba dorównania wzorcom już stanowi motor napędowy dla działań aktualnych i przyszłych pokoleń. To wszystko co piszę, piszę żeby dorównać moim dwóm niedoścignionym wzorom jakimi są Zbigniew Herbert i Witold Gombrowicz. Herberta uwielbiam za jego autoironiczność i niesamowitą wiedzę na każdy nawet drobny temat. Zaś Gombrowicz miał niesamowity zmysł obserwacji ludzi i zauważania układów istniejących pomiędzy jednostkami, a po za tym za właśnie jego mocno krytyczne, sprowadzające na ziemię oko. Nie można być bezkrytycznym wobec siebie, ponieważ to powoduje stagnację. Gombrowicz w jednym z wpisów w swoim dzienniku pisał, że z jednej strony gorąco pochwala socjalizm za jego wspieranie wszystkich ludzi, z drugiej zauważa jak bardzo destrukcyjna może być taka pomoc, ponieważ pisał nawet, że jest to "wspólna bieda". Wszystko dla wszystkich na równym poziomie odbiera ludziom chęć dalszego rozwoju, bo i tak przeżyją, i tak mają to co im potrzebne. Ale rozwój opiera się nie tylko na tym co potrzebne. Czy potrzebne nam są fugi Bacha? Czy umarlibyśmy z głodu bez wiedzy, że to Ziemia krąży wokół Słońca? Nie, absolutnie dobrze poradzilibyśmy sobie z życiem na najprostszym poziomie bez tych rzeczy, ale właśnie chęć rozwoju, która jednocześnie spotyka się z gratyfikacją powodują rozwój i dają nam to wszystko czym potem możemy się zachwycać. Albert Einstein powiedział, że wyobraźnia bez wiedzy może tworzyć rzeczy idealne, wiedza bez wyobraźni co najwyżej doskonałe. Ludzie stali się zbyt zasadniczy, zbyt pałający obiektywizmu i jednej pewnej opinii na dany temat, a jeśli coś jest pewne to jak o tym dyskutować, skoro tak jest i już? Tylko, że skoro są dwie, albo i więcej wersji tego samego zdarzenia, to może nie są te relacje tak bardzo obiektywne jak byśmy chcieli w to wierzyć, że są?
Konstruktywną jest krytyka, która punktuje słabości i pokazuje sposoby naprawy. A przynajmniej próbuje ich szukać. Niekonstruktywną jest taka, która tylko poszukuje każdego słabego punktu i jak tonący brzytwy się go chwyta, żeby tylko skrytykować.
Ważna jest również forma w jakiej jest to wygłaszane.
Pisałem już o tym w tekście o hejcie i mowie nienawiści, ale znów wyjdę wam naprzeciw i po krótce przypomnę. Hejt jest opartą na niepełnych przesłankach krytyką. Mową nienawiści jest tylko formą wyrażnienia hejtu. Więc można to wyrazić jako hejt, można to również wyrazić w jakiś spokojny, kulturalny sposób. Hejt i mowa nienawiści są rozdzielna ponieważ można hejtować nie posługując się mową nienawiści. Wtedy objawia się to jako zakrzyczenie rozmówcy. Nie dopuszczenie go do możliwości wyjaśnienia i doprecyzowania. Z drugiej strony oczywiście rozmówce po usłyszeniu takiego hejtu nie zawsze ma na to ochotę.
Wydaje mi się, że przynajmniej część Polaków jest aktualnie w takim stanie, że pod pretekstem przedstawiania "prawdy objawionej", której akurat zdarzyło się pokrywać z poglądami danego głoszącego swoje poglądy człowieka, przekrzykuje rozmówcę, bo poglądy głoszącego są słabo podparte. Ludzie nie szanują wiedzy. Nie szanują również tych, którzy chcą wiedzę przekazać. Wiem, że to pusty frazes, który ładnie brzmi, ale często odnoszę wrażenie, że rozmówca w ostatniej chwili gryzie się w język, bo jeszcze przez przypadek powie coś mądrego. I trzeba będzie dalej mówić mądre rzeczy, bo tak nie ładnie spadać z poziomem dyskusji. Nie wiem, czym jest wywołane właśnie to dyskredytowanie wiedzy, ale to też nie jest kluczową sprawą. Kluczową sprawą jest przywrócenie wiedzy należnego jej szacunku, ponieważ jeśli nie będziemy szanować wiedzy, to świat straci jakiekolwiek podstawy i oparcie dla swojej obecnej formy. A jeśli obecna jego forma upadnie zacznie się regres w myślenie religijne i magiczne, brak zrozumienia dla otaczających nas przedmiotów i naiwność wobec wszystkich z zewnątrz. Można to zagadnienie powiązać z dumą narodową, o której Artur Schopenhauer powiedział, że jest pusta i stanowi wypełniacz dla ludzi nie stanowiących sobą niczego. I rozumiana jako duma z poprzednich pokoleń faktycznie jest czymś takim, zaś odwrócenie tej sytuacji, czyli próba dorównania wzorcom już stanowi motor napędowy dla działań aktualnych i przyszłych pokoleń. To wszystko co piszę, piszę żeby dorównać moim dwóm niedoścignionym wzorom jakimi są Zbigniew Herbert i Witold Gombrowicz. Herberta uwielbiam za jego autoironiczność i niesamowitą wiedzę na każdy nawet drobny temat. Zaś Gombrowicz miał niesamowity zmysł obserwacji ludzi i zauważania układów istniejących pomiędzy jednostkami, a po za tym za właśnie jego mocno krytyczne, sprowadzające na ziemię oko. Nie można być bezkrytycznym wobec siebie, ponieważ to powoduje stagnację. Gombrowicz w jednym z wpisów w swoim dzienniku pisał, że z jednej strony gorąco pochwala socjalizm za jego wspieranie wszystkich ludzi, z drugiej zauważa jak bardzo destrukcyjna może być taka pomoc, ponieważ pisał nawet, że jest to "wspólna bieda". Wszystko dla wszystkich na równym poziomie odbiera ludziom chęć dalszego rozwoju, bo i tak przeżyją, i tak mają to co im potrzebne. Ale rozwój opiera się nie tylko na tym co potrzebne. Czy potrzebne nam są fugi Bacha? Czy umarlibyśmy z głodu bez wiedzy, że to Ziemia krąży wokół Słońca? Nie, absolutnie dobrze poradzilibyśmy sobie z życiem na najprostszym poziomie bez tych rzeczy, ale właśnie chęć rozwoju, która jednocześnie spotyka się z gratyfikacją powodują rozwój i dają nam to wszystko czym potem możemy się zachwycać. Albert Einstein powiedział, że wyobraźnia bez wiedzy może tworzyć rzeczy idealne, wiedza bez wyobraźni co najwyżej doskonałe. Ludzie stali się zbyt zasadniczy, zbyt pałający obiektywizmu i jednej pewnej opinii na dany temat, a jeśli coś jest pewne to jak o tym dyskutować, skoro tak jest i już? Tylko, że skoro są dwie, albo i więcej wersji tego samego zdarzenia, to może nie są te relacje tak bardzo obiektywne jak byśmy chcieli w to wierzyć, że są?
Etykiety:
Albert,
Artur,
auto,
Einstein,
filozofia,
Gombrowicz,
Herbert,
ironia,
konstruktywizm,
samodoskonalenie,
Schopenhauer,
treści,
Witold,
Zbigniew
czwartek, 29 października 2015
poniedziałek, 19 października 2015
Wstęp do formowania
Po przeczytaniu "Ferdydurki" doszedłem do wniosku, że forma jest najgorszą rzeczą na ziemi, i że należy ją ograniczać do minimum. Tylko co jest tym minimum? Nie śmianie się na pogrzebach? Nie złorzeczenie nowożeńcom? Zachowywanie się odpowiednio do sytuacji chyba najprościej mówiąc, ale wtedy to minimum daje nam bardzo nie wiele przestrzeni osobistej na bycie sobą. Z jednej strony nie wiele, ale aż nadmiar mamy tej wolności przy takim pojęciu minimum. Przecież większość czasu spędzamy na ulicach i możemy robić tam co nam się żywnie podoba, oczywiście dopóki nie wchodzimy w konflikt z prawem. Więc czemu ludzie dziwnie się na mnie patrzą kiedy idę i śpiewam co mi w słuchawkach leci, albo kiedy zimą idę i mam na głowie...czapkę! I dobra, przyznaję się bez bicia, wygląda ona jak skalp barana, ale historii noszono już na głowach dziwniejsze rzeczy. Nie chcę tu wyjść na onanistę, ale może mi trochę zazdroszczą tego, że przemogłem się i noszę czapkę, którą oni może by i chcieli, ale nie założą, bo wiąże ich forma. Przecież stateczny człowiek po nawet tej magicznej czterdziestce nie może już zrobić nic głupiego, bo jest stateczny i po czterdziestce i mu nie wypada. [tutaj kończy się pierwsza część notki]
Byłem dziś, kiedy to piszę, czy parę dni przed tym jak to czytacie na ślubie mojego bliskiego przyjaciela, ceremonia była piękna, wszystko było bardzo pięknie ładnie, ale jako, że z naukami kościoła Katolickiego, to stojąc w ławce miałem trochę czasu na przemyślenia i tak się złożyło, że były to przemyślenia na temat tej notki, ponieważ chciałem do niej wrócić jeszcze zanim poszedłem na ślub, stąd kiedy doświadczyłem czegoś bardzo wyrazistego w formie jak ślub nie mogłem nie zacząć się zastanawiać nad tym wszystkim. I kiedy jeszcze-narzeczeni siedzieli przed ołtarzem, a kapłan pytał ich o to, czy sami niepodlegle podjęli decyzję o ślubie odpowiadali "chcemy", to po pierwsze dziwnym mi się wydało, że odpowiadali każde za oboje, czyli i jeszcze-narzeczona odpowiadała "chcemy", za chwilę później jeszcze-narzeczony odpowiadał na po raz drugi postawione to samo pytanie "chcemy", zamiast oboje odpowiadać, albo tylko za siebie i wtedy uzasadnione są dwa pytania, albo niech oboje odpowiadają naraz, wtedy uzasadniona staje się forma liczby mnogiej. Ale wracając do poprzedniej myśli, to uznałem, że byłby to świetny moment za zabawę w pomidora, nie uważacie? Wyobraźcie sobie taki dialog:
Ksiądz: Czy dobrowolnie i bez żadnego przymusu chcecie zawrzeć związek małżeński?
Panna młoda:Chcemy
Pan młody:Pomidor
Pewno trochę zbiłoby, to wszystkich z tropu. A, jeszcze przed tymi pytaniami, ksiądz powiedział, że narzeczeni chcą nam coś powiedzieć. I byłem święcie przekonany, że wstaną, wezmą mikrofony do rąk i z pełną powagą powiedzą "lubię placki", a potem wyjdą z kościoła jak gdyby nigdy nic. Ale nic takiego się nie stało. Formie stało się za dość. Czym właściwie dla mnie jest forma? Bo to może być taka do ciasta, może być forma muzyczna, albo taneczna. Korzystając z dostępnej mi wiedzy socjologicznej mogę się pokusić o jakąś pełniejszą definicję niż z te oparte na gdzieś zasłyszanych nie zawsze nawet wyraźnie przeze mnie zaznaczanych myślach filozoficznych. Korzystając z teorii Charlesa Cooleya i stworzonego przez niego pojęcia "oczekiwań sytuacyjnych", czyli wyciągniętego w przyszłość stereotypu. Wiemy, że dane wydarzenia z reguły przebiegają w określony sposób, więc tego po nich oczekujemy i jesteśmy mocno zmieszani kiedy nagle coś się zmienia. Zaś Erving Goffman, twórca bardzo ciekawej teorii dramaturgicznej, której wycinkiem, czy uszczegółowieniem jest rytualizm interakcyjny właśnie w tym rytualizmie interakcyjnym definiuje rytuał, jako czynności mające dla wykonujących je, szczególne znaczenie, wykonywane są one często w specjalnym miejscu, czasie, czasem przy udziale ważnej osoby. Lub tłumacząc to dokładnie tak jak on to opisał w swojej książce "Rytuał interakcyjny", jest to czasowe wejście w bardzo specyficzną rolę społeczną. Czym jest rola społeczna? Każdym statusem, który można przypisać danej osobie, od mężczyzny, przez rodzica, brata, syna, aż po urzędnika, dyrektora, czy blogera. Łącząc te dwie definicje, można stworzyć ich syntezę. I tak też zrobię, czyli forma jest dla mnie krótkotrwałym przyjęciem określonej roli społecznej i postępowaniem zgodnie z nią dla nie wprowadzania niepokoju. Gombrowicz powiedziałby, że jest to przyjęcie określonej gęby.
Tyle już napisałem i żadnej konkluzji. Jako libertarianin mogę wygłosić swoje zdanie, że im mniej narzuconej z zewnątrz formy, tym lepiej. Ale jest to tylko i wyłącznie moje zdanie, którego będę bronił całym swoim jestestwem jednocześnie zdając sobie sprawę z możliwości tego, że bronię trudnej pozycji, oraz że każdy człowiek ma na każdy temat inne zdanie, ale tutaj wchodzimy już w fenomenologię. I te przemyślenia o formie mogą być trochę upolitycznione, by przekształcić je w rozmyślania o tym czy lepiej jest kiedy jednostka ma wolność niezdefiniowaną żadnymi prawami więc teoretycznie wolno jej również naruszać integralność innych osób, czy lepszym modelem jest wolność obwarowana prawami i przywilejami, gdzie wyraźnie wiadomo co komu wolno, a czego nie. Ale może nie uwnzioślajmy tak tej notki, to tylko blog. Wróćmy do poziomu międzyludzkiego, definiowania sytuacji na potrzeby chwili i tego co się wiąże z jej nie przestrzeganiem. Sytuację definiują wszystkie jednostki w niej udział biorące, dobrowolnie, choć nie zawsze są świadome tego jak wiele od każdej jednej pojedynczej zależy. W razie nagłego nie przestrzegania ustalonych zasad wobec wyłamującej się jednostki stosowane są różne wymiary ostracyzmu. Goffman pisał też, że kiedy jednostka sama zauważy "utratę twarzy" przez siebie, chce zapaść się pod ziemię, by po powrocie magicznie cofnąć się w świadomości ludzi do momentu przed popełnionym faux pas. Mimo, że sytuacje zbiorami są sobie podobne, czyli na przykład wszystkie śluby w danej wersji przebiegają podobnie, to w szczegółach są dopracowywane przez jednostki w trakcie trwania samego jednego konkretnego ślubu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Forma jest też zatem możliwe, że czymś co porządkuje fenomeny. Tworzy w tym natłoku indywidualnych wrażeń jakieś... stereotypy? Tym zajmę się w następnej notce.
https://www.facebook.com/pages/Lord-Tytus-Mandarynka/449225425101644
Byłem dziś, kiedy to piszę, czy parę dni przed tym jak to czytacie na ślubie mojego bliskiego przyjaciela, ceremonia była piękna, wszystko było bardzo pięknie ładnie, ale jako, że z naukami kościoła Katolickiego, to stojąc w ławce miałem trochę czasu na przemyślenia i tak się złożyło, że były to przemyślenia na temat tej notki, ponieważ chciałem do niej wrócić jeszcze zanim poszedłem na ślub, stąd kiedy doświadczyłem czegoś bardzo wyrazistego w formie jak ślub nie mogłem nie zacząć się zastanawiać nad tym wszystkim. I kiedy jeszcze-narzeczeni siedzieli przed ołtarzem, a kapłan pytał ich o to, czy sami niepodlegle podjęli decyzję o ślubie odpowiadali "chcemy", to po pierwsze dziwnym mi się wydało, że odpowiadali każde za oboje, czyli i jeszcze-narzeczona odpowiadała "chcemy", za chwilę później jeszcze-narzeczony odpowiadał na po raz drugi postawione to samo pytanie "chcemy", zamiast oboje odpowiadać, albo tylko za siebie i wtedy uzasadnione są dwa pytania, albo niech oboje odpowiadają naraz, wtedy uzasadniona staje się forma liczby mnogiej. Ale wracając do poprzedniej myśli, to uznałem, że byłby to świetny moment za zabawę w pomidora, nie uważacie? Wyobraźcie sobie taki dialog:
Ksiądz: Czy dobrowolnie i bez żadnego przymusu chcecie zawrzeć związek małżeński?
Panna młoda:Chcemy
Pan młody:Pomidor
Pewno trochę zbiłoby, to wszystkich z tropu. A, jeszcze przed tymi pytaniami, ksiądz powiedział, że narzeczeni chcą nam coś powiedzieć. I byłem święcie przekonany, że wstaną, wezmą mikrofony do rąk i z pełną powagą powiedzą "lubię placki", a potem wyjdą z kościoła jak gdyby nigdy nic. Ale nic takiego się nie stało. Formie stało się za dość. Czym właściwie dla mnie jest forma? Bo to może być taka do ciasta, może być forma muzyczna, albo taneczna. Korzystając z dostępnej mi wiedzy socjologicznej mogę się pokusić o jakąś pełniejszą definicję niż z te oparte na gdzieś zasłyszanych nie zawsze nawet wyraźnie przeze mnie zaznaczanych myślach filozoficznych. Korzystając z teorii Charlesa Cooleya i stworzonego przez niego pojęcia "oczekiwań sytuacyjnych", czyli wyciągniętego w przyszłość stereotypu. Wiemy, że dane wydarzenia z reguły przebiegają w określony sposób, więc tego po nich oczekujemy i jesteśmy mocno zmieszani kiedy nagle coś się zmienia. Zaś Erving Goffman, twórca bardzo ciekawej teorii dramaturgicznej, której wycinkiem, czy uszczegółowieniem jest rytualizm interakcyjny właśnie w tym rytualizmie interakcyjnym definiuje rytuał, jako czynności mające dla wykonujących je, szczególne znaczenie, wykonywane są one często w specjalnym miejscu, czasie, czasem przy udziale ważnej osoby. Lub tłumacząc to dokładnie tak jak on to opisał w swojej książce "Rytuał interakcyjny", jest to czasowe wejście w bardzo specyficzną rolę społeczną. Czym jest rola społeczna? Każdym statusem, który można przypisać danej osobie, od mężczyzny, przez rodzica, brata, syna, aż po urzędnika, dyrektora, czy blogera. Łącząc te dwie definicje, można stworzyć ich syntezę. I tak też zrobię, czyli forma jest dla mnie krótkotrwałym przyjęciem określonej roli społecznej i postępowaniem zgodnie z nią dla nie wprowadzania niepokoju. Gombrowicz powiedziałby, że jest to przyjęcie określonej gęby.
Tyle już napisałem i żadnej konkluzji. Jako libertarianin mogę wygłosić swoje zdanie, że im mniej narzuconej z zewnątrz formy, tym lepiej. Ale jest to tylko i wyłącznie moje zdanie, którego będę bronił całym swoim jestestwem jednocześnie zdając sobie sprawę z możliwości tego, że bronię trudnej pozycji, oraz że każdy człowiek ma na każdy temat inne zdanie, ale tutaj wchodzimy już w fenomenologię. I te przemyślenia o formie mogą być trochę upolitycznione, by przekształcić je w rozmyślania o tym czy lepiej jest kiedy jednostka ma wolność niezdefiniowaną żadnymi prawami więc teoretycznie wolno jej również naruszać integralność innych osób, czy lepszym modelem jest wolność obwarowana prawami i przywilejami, gdzie wyraźnie wiadomo co komu wolno, a czego nie. Ale może nie uwnzioślajmy tak tej notki, to tylko blog. Wróćmy do poziomu międzyludzkiego, definiowania sytuacji na potrzeby chwili i tego co się wiąże z jej nie przestrzeganiem. Sytuację definiują wszystkie jednostki w niej udział biorące, dobrowolnie, choć nie zawsze są świadome tego jak wiele od każdej jednej pojedynczej zależy. W razie nagłego nie przestrzegania ustalonych zasad wobec wyłamującej się jednostki stosowane są różne wymiary ostracyzmu. Goffman pisał też, że kiedy jednostka sama zauważy "utratę twarzy" przez siebie, chce zapaść się pod ziemię, by po powrocie magicznie cofnąć się w świadomości ludzi do momentu przed popełnionym faux pas. Mimo, że sytuacje zbiorami są sobie podobne, czyli na przykład wszystkie śluby w danej wersji przebiegają podobnie, to w szczegółach są dopracowywane przez jednostki w trakcie trwania samego jednego konkretnego ślubu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Forma jest też zatem możliwe, że czymś co porządkuje fenomeny. Tworzy w tym natłoku indywidualnych wrażeń jakieś... stereotypy? Tym zajmę się w następnej notce.
https://www.facebook.com/pages/Lord-Tytus-Mandarynka/449225425101644
Etykiety:
Charles,
Cooley,
Erving,
fenomenologia,
Ferdydurke,
filozofia,
forma,
Goffman,
Gombrowicz,
pomidor,
profesor,
socjologia,
ślub,
treści,
Witold
Subskrybuj:
Posty (Atom)
