Ostatnio zdarzyło mi się wyjątkowo nieprzyjemne przejście(żart jak najbardziej zamierzony) przez krakowskie Błonia. Szedłem z repliką broni białej, ponieważ trenuję posługiwanie się takową. Podczas przekraczania tej połaci zieleni w środku miasta zwróciłem uwagę psa, Rottweilera. Miał na pysku gumowy kaganiec, faktycznie wyglądał jak taka metalowa kratownica na pysku, ale był z gumy, lub twardego plastiku. Kiedy byłem mały sznaucer miniaturka mnie ugryzł i od tego momentu mam swoistą fobię wobec obcych psów. Wracając do sytuacji sprzed kilku dni, właściciele co prawda tego rottweilera zawołali, ale nie zwracali uwagi nawet na to, czy pies ich posłuchał i wykonuje polecenie, więc tylko zawołali go, po czym odwrócili się i poszli. Ja stałem jak wryty, bo cały czas górę nade mną brałem jak ośmioletni świeżo po ugryzieniu przez "Cerbera na miarę moich możliwości", poprosiłem właścicieli psa, żeby go wzięli, bo się boję... I w tym momencie od razu sprawa przeszła do trzeciego szeregu. Ot tak. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, czy wyjątkowo nerwowego krewnego Midasa. Bo otóż Pan Psa(PP) powiedział, że ON nie czuje się bezpiecznie w obliczu trzymanej przeze mnie treningowej, choć wciąż stalowej, broni białej. Nie wykazywałem żadnych oznak agresji,nie wygrażałem mu bronią, jak ją trzymałem dla niesienia, tak wciąż w ten sam sposób spoczywała w mojej dłoni. Im bardziej pan z psem się oddalał, tym bardziej mi wygrażał, że powinienem się leczyć, że jestem chory i on tu jest ciemiężony. Mówił większość z tego będąc już daleko ode mnie i odchodząc będąc zwróconym plecami. To była łyżka dziegciu. Na szczęście, miód miał dopiero nadejść. Pierwszą porcję dostałem po tym jak przytrzymałem drzwi w knajpie jakiemuś obcokrajowcowi. Podziękował mi wychodząc na zewnątrz lokalu z rękami zajętymi obiadem i napojem. Zjadłem, wychodzę z lokalu, on wciąż siedzi w ogródku lokalu, kiedy go mijałem jeszcze raz mi podziękował. Życzyłem mu miłego pobytu i poszedłem dalej. Niby absolutnie nic, ale takie momenty są niezwykle ważne w życiu. Pokazują, że świat nie jest tak zły jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Znowu mam wyjątkowo coachowski ton. Ale niech mi ktoś powie, że nie lubi kiedy jest się dla niego miłym. Prosta psychologia, chyba że jest się jak Syfon z "Ferdydurki" Gombrowicza, który w cierpieniu odnajdywał przyjemność, ale to był taki romantyczny wyjątek. Druga sytuacja, która również była niewymownie miła wydarzyła się na moim wydziale. Otóż pani prodziekan w związku z masą papierkologii przy obronach, warunkach nie miała czasu czegokolwiek zjeść, kilku studentów postanowiło kupić jej obiad w pobliskim chińczyku, i jeszcze poprosili mnie, żebym jej to anonimowo podsunął, co z niemałą przyjemnością zrobiłem. Zawsze przyjemnie jest robić coś miłego.
Tak właśnie spostrzegłem, że te dwie ostatnie sytuacje pokazują dwie strony tej samej monety jaką są zachowania uznawane za miłe. Dwie strony ponieważ, raz byłem stroną bierną, a raz czynną i jako takie należy je rozpatrywać. Tylko na jakich płaszczyznach? Może by ugryźć ten temat od strony psychologicznej? Jedyne co mi przychodzi na myśl, to zasada wzajemności. Czyli wymieniania podobnych sygnałów i jeśli pierwszym będzie sygnał pozytywny, to kolejne też takie będą. I na odwrót. Czy płynie z tego jakiś morał? Co dajesz to dostaniesz. Choć w tym wypadku to też nauka.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samodoskonalenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samodoskonalenie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 lipca 2016
sobota, 11 czerwca 2016
O studiach, wykładowcach i studiowaniu. A także o ludziach ogólnie.
Mam sesję... Więc zamiast uczyć się, siedzę i piszę coraz to lepsze, w mojej opinii przynajmniej, notki. I kolejny temat, który mi wpadł do głowy to moje studia właśnie. Bo to z jednej strony jest proces zdobywania wiedzy, rozwijania się intelektualnego człowieka. A z drugiej jednak jest to ciąg relacji studentów między sobą, oraz studentów z wykładowcami. Jest to też proces przekazywania wiedzy przez wykładowców. I jak to wygląda od ich strony?
Rzadko patrzymy na rzeczy z perspektywy tej drugiej osoby. Drugiego końca patyczka, bo każdy ma dwa końce. W najbliższym spojrzeniu, bo potem się okazuje, że każdy koniec rozgałęzia się na milion patyczków.
Wracając.
Spojrzenie z perspektywy drugiej osoby jest jednym z najbardziej otwierających doświadczeń jakie zdarzyło mi się przeżyć i przeżywać wciąż, bo cały czas staram się patrzeć też od drugiej strony. Można wtedy odkryć, że wcale nie jesteśmy tak bardzo różni, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Chcecie przykładów? Proszę. Dowód nr 1.
I my i wykładowcy udowadniamy jak wiele można zrobić w przeciągu nocy. Ale o ile studenci przyznają się do tego i wręcz czynią z tego pewne osiągnięcie, o tyle wykładowcy cały czas twierdzą, że "Oczywiście, że umiemy zarządzać czasem, jesteśmy poważnymi wykładowcami akademickimi"... Ta, jasne. A ja potrafię zrobić jajka na miękko. Nigdy mi nie wyszły. Czasem tylko białko wychodzi przez skorupkę, która nagle postanowi pęknąć w połowie gotowania. Nigdy tego nie zrozumiem, a żaden z magicznych sposobów nie działa.
To mały dowód? O, wy małej wiary. Już podaję kolejny. Ja osobiście zawsze byłem postrzegany za osobnika dość obok wszystkich innych ludzi i grup. Ale tak jak też inni, Ci bardziej społeczni, lubię spędzać czas wśród ludzi, tylko siedzę na tyle daleko, że nie czujesz kebaba, którego zjadłem w przerwie między jednym piwem, a drugim. Bardziej przekonani? Mam nadzieję, bo nie mam siły myśleć nad kolejnymi przykładami, nie są one też w tym wszystkim najważniejsze, ponieważ trochę odciągają od głównej myśli przewodniej. Ostatnio czytałem o tym u mojego ulubionego, dawno już nie wpisywanego w tagi, Immanuela Kanta.
Napisałem, że studiowanie jest sposobem na rozwój intelektualny dla studenta. Może ma to też taki efekt dla wykładającego dane zagadnienie? Czasem student wyjdzie z wyjątkowo ciekawą obserwacją, albo błyskotliwą syntezą dwóch pozornie przeciwstawnych sobie poglądów. Wtedy wykładowca musi choćby na chwilę dogonić myślami studenta i może nawet pójść krok dalej, więc tym razem student musi gonić. I mogą tak skakać o te dwa kroczki bardzo długo, albo krótko. W zależności od ich inteligencji i wiedzy. Tak samo przy rozmowie ze znajomymi. Choć tu jeszcze dochodzi do głosu pierwiastek relacji, czy przyjaźni. Jeśli ktoś kogoś wyprzedzi, a druga osoba nie będzie już miała jak dogonić, może to wywołać frustrację i w drugiej osobie wzbudzić poczucie tak naprawdę absolutnie nie uzasadnionej niższości, bo co z tego, że ktoś nie dał rady w tym intelektualnym berku na podwórku tego jednego zagadnienia? Są pola gdzie role by się odwróciły, choć ważnym jest próbować możliwie długo tę zabawę w berka uprawiać.
Ludzie często starają się pokazać, że są od kogoś lepsi. Tutaj zaczyna się patyczek nazwany konfliktem między kultem jednostki, a kolektywizmem, ale to zostawmy na kiedy indziej.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Rzadko patrzymy na rzeczy z perspektywy tej drugiej osoby. Drugiego końca patyczka, bo każdy ma dwa końce. W najbliższym spojrzeniu, bo potem się okazuje, że każdy koniec rozgałęzia się na milion patyczków.
Wracając.
Spojrzenie z perspektywy drugiej osoby jest jednym z najbardziej otwierających doświadczeń jakie zdarzyło mi się przeżyć i przeżywać wciąż, bo cały czas staram się patrzeć też od drugiej strony. Można wtedy odkryć, że wcale nie jesteśmy tak bardzo różni, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało. Chcecie przykładów? Proszę. Dowód nr 1.
I my i wykładowcy udowadniamy jak wiele można zrobić w przeciągu nocy. Ale o ile studenci przyznają się do tego i wręcz czynią z tego pewne osiągnięcie, o tyle wykładowcy cały czas twierdzą, że "Oczywiście, że umiemy zarządzać czasem, jesteśmy poważnymi wykładowcami akademickimi"... Ta, jasne. A ja potrafię zrobić jajka na miękko. Nigdy mi nie wyszły. Czasem tylko białko wychodzi przez skorupkę, która nagle postanowi pęknąć w połowie gotowania. Nigdy tego nie zrozumiem, a żaden z magicznych sposobów nie działa.
To mały dowód? O, wy małej wiary. Już podaję kolejny. Ja osobiście zawsze byłem postrzegany za osobnika dość obok wszystkich innych ludzi i grup. Ale tak jak też inni, Ci bardziej społeczni, lubię spędzać czas wśród ludzi, tylko siedzę na tyle daleko, że nie czujesz kebaba, którego zjadłem w przerwie między jednym piwem, a drugim. Bardziej przekonani? Mam nadzieję, bo nie mam siły myśleć nad kolejnymi przykładami, nie są one też w tym wszystkim najważniejsze, ponieważ trochę odciągają od głównej myśli przewodniej. Ostatnio czytałem o tym u mojego ulubionego, dawno już nie wpisywanego w tagi, Immanuela Kanta.
Napisałem, że studiowanie jest sposobem na rozwój intelektualny dla studenta. Może ma to też taki efekt dla wykładającego dane zagadnienie? Czasem student wyjdzie z wyjątkowo ciekawą obserwacją, albo błyskotliwą syntezą dwóch pozornie przeciwstawnych sobie poglądów. Wtedy wykładowca musi choćby na chwilę dogonić myślami studenta i może nawet pójść krok dalej, więc tym razem student musi gonić. I mogą tak skakać o te dwa kroczki bardzo długo, albo krótko. W zależności od ich inteligencji i wiedzy. Tak samo przy rozmowie ze znajomymi. Choć tu jeszcze dochodzi do głosu pierwiastek relacji, czy przyjaźni. Jeśli ktoś kogoś wyprzedzi, a druga osoba nie będzie już miała jak dogonić, może to wywołać frustrację i w drugiej osobie wzbudzić poczucie tak naprawdę absolutnie nie uzasadnionej niższości, bo co z tego, że ktoś nie dał rady w tym intelektualnym berku na podwórku tego jednego zagadnienia? Są pola gdzie role by się odwróciły, choć ważnym jest próbować możliwie długo tę zabawę w berka uprawiać.
Ludzie często starają się pokazać, że są od kogoś lepsi. Tutaj zaczyna się patyczek nazwany konfliktem między kultem jednostki, a kolektywizmem, ale to zostawmy na kiedy indziej.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Pisany vlog numer któryś z kolei.
Znów podziało się wiele w moim życiu kilka rzeczy, które niby nic nie znaczy, a jednak czuję że wywarły na mnie wpływ. Pierwszą z nich jest pogawędka ze starszą Panią na przystanku, czekając na coś co zabierze do cywilizacji. Rozmowa absolutnie nie toczyła się na jakieś niezwykłe tematy. Ot, pogoda, staż mieszkania na wsi, Pani opowiadała na o swoich wnukach i synu. Mój środek lokomocji pojawił się pierwszy na przystanku, więc pożegnałem się z Panią, ona mi zaś odparła, że było jej niezmiernie miło i teraz rzadko spotyka się młodego człowiek, który ma siłę i chęć ot tak pogawędzić stojąc na przystanku. A przecież to nie było wiele.
Wokalistka zespołu "The Dresden Dolls", Amanda Palmer pracowała kiedyś jako mim i wyjątkową wartość mają dla niej od tamtego czasu losowe akty bliskości i miłego zachowania(aż chce się napisać miłości, tłumacząc angielskie "kindness") między nią i kiedyś przechodniami, a aktualnie fanami na koncertach. Zaczęło się to wręczeniem jej przez fana przed koncertem biletu dziesięciodolarowego z jednoczesnym wyznaniem, że wypalił jej płytę od kolegi, ale nie chciał się dokładać korporacji, a tylko jej. Jest to przytoczone przeze mnie w bardzo wielkim skrócie, pełna wersja jest jej przemówieniem na TEDzie pod tytułem: "The Art of asking", jest dostępny również z polskimi napisami.
Byłem na dniach na MeetYt4 w Krakowie. Niby jest to coś podobnego, a jednak zasadniczo odmiennego. Aż chce się przywołać teorię poznania Immanuela Kanta, który twierdził, iż człowiek poznaje przedmioty zmysłami, zaś w jego umyśle tkwią wyobrażenia o rzeczach, te zaś mogą być bardzo różne od poznawanego fenomenu. Ponieważ liczyłem na to, że uda mi się poznać ludzi, których oglądam, którym poświęcam czas, bo zdali mi się być fajnymi ludźmi i mając możliwość, chciałbym zobaczyć, czy ten ideał sięgnie bruku, czy jednak pozostanie w chmurach. Dakannowi udało się uchronić ten fortepian od roztrzaskania się o grunt. Ale on zawsze był wyjątkowo szczery w swoim byciu przed publicznością. Zawsze był dość mocno ironiczny i szczery, czy mówiąc ładniej sardoniczny więc nie wiele było do obrony, bo skoro dał się poznać w internecie jako taki ironista, gdzie o wiele dokładniej można pilnować wizerunku, to czemu w prawdziwym życiu miałby być inny? Chciałem napisać lepszy, ale tak właściwie co jest złego w jego jestestwie? Spotkałem również Macieja Dąbrowskiego, czyli popularnego "Człowieka Wargę", z kanału "Z Dupy", z nim niestety zamieniłem jedynie kilka słów na temat muzyki Iron Maiden, bo byłem w bluzie tegoż zespołu, jego stoisko było tak obstawione, że to był jedyny czas jaki mi poświęcił, po za kilkoma sekundami na wspólne zdjęcie, które gdzieś spoczywa w pamięci telefonu, jednak nie na tym mi zależało, a właśnie na poznaniu człowieka, na oglądaniu filmów którego spędzam czas. I tak mogę się czuć wyróżniony, ponieważ w ogóle zamienił ze mną kilka słów. Spotkałem jeszcze Kolegę Ignacego, od którego wziąłem autograf i liczyłem na choćby chwilę rozmowy, ale obsiadł go tłum i nie było jak. Tak właściwie to tyle. Może jeszcze trochę myśli o sławie, ale one już wszystkie są zawarte w notce o sławie, notka pod tytułem:"Problemy sławy w dobie cyfryzacji". Miało być pięknie-ładnie, a wyszło nic szczególnego. Mogło być gorzej, ale Dakann uratował dzień. Ostatnią małą sprawą o wielkim wpływie jest zwyczajne pudełko suchych pasteli, które dała mi moja dziewczyna. Zrobiłem tym jedynie kilka wyjątkowo małych i miernych rysunków, jednak mimo ich mierności wyglądają całkiem przyjemnie dla oka. Chciałbym więcej nimi rysować, ale trochę nie mam czasu. To znowu nie są jakieś niesamowite rzeczy, ale kiedy człowiek zacznie znajdować wartość w nawet takich drobiazgach jego życie mocno się odmienia. A przynajmniej moje się odmieniło.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
Wokalistka zespołu "The Dresden Dolls", Amanda Palmer pracowała kiedyś jako mim i wyjątkową wartość mają dla niej od tamtego czasu losowe akty bliskości i miłego zachowania(aż chce się napisać miłości, tłumacząc angielskie "kindness") między nią i kiedyś przechodniami, a aktualnie fanami na koncertach. Zaczęło się to wręczeniem jej przez fana przed koncertem biletu dziesięciodolarowego z jednoczesnym wyznaniem, że wypalił jej płytę od kolegi, ale nie chciał się dokładać korporacji, a tylko jej. Jest to przytoczone przeze mnie w bardzo wielkim skrócie, pełna wersja jest jej przemówieniem na TEDzie pod tytułem: "The Art of asking", jest dostępny również z polskimi napisami.
Byłem na dniach na MeetYt4 w Krakowie. Niby jest to coś podobnego, a jednak zasadniczo odmiennego. Aż chce się przywołać teorię poznania Immanuela Kanta, który twierdził, iż człowiek poznaje przedmioty zmysłami, zaś w jego umyśle tkwią wyobrażenia o rzeczach, te zaś mogą być bardzo różne od poznawanego fenomenu. Ponieważ liczyłem na to, że uda mi się poznać ludzi, których oglądam, którym poświęcam czas, bo zdali mi się być fajnymi ludźmi i mając możliwość, chciałbym zobaczyć, czy ten ideał sięgnie bruku, czy jednak pozostanie w chmurach. Dakannowi udało się uchronić ten fortepian od roztrzaskania się o grunt. Ale on zawsze był wyjątkowo szczery w swoim byciu przed publicznością. Zawsze był dość mocno ironiczny i szczery, czy mówiąc ładniej sardoniczny więc nie wiele było do obrony, bo skoro dał się poznać w internecie jako taki ironista, gdzie o wiele dokładniej można pilnować wizerunku, to czemu w prawdziwym życiu miałby być inny? Chciałem napisać lepszy, ale tak właściwie co jest złego w jego jestestwie? Spotkałem również Macieja Dąbrowskiego, czyli popularnego "Człowieka Wargę", z kanału "Z Dupy", z nim niestety zamieniłem jedynie kilka słów na temat muzyki Iron Maiden, bo byłem w bluzie tegoż zespołu, jego stoisko było tak obstawione, że to był jedyny czas jaki mi poświęcił, po za kilkoma sekundami na wspólne zdjęcie, które gdzieś spoczywa w pamięci telefonu, jednak nie na tym mi zależało, a właśnie na poznaniu człowieka, na oglądaniu filmów którego spędzam czas. I tak mogę się czuć wyróżniony, ponieważ w ogóle zamienił ze mną kilka słów. Spotkałem jeszcze Kolegę Ignacego, od którego wziąłem autograf i liczyłem na choćby chwilę rozmowy, ale obsiadł go tłum i nie było jak. Tak właściwie to tyle. Może jeszcze trochę myśli o sławie, ale one już wszystkie są zawarte w notce o sławie, notka pod tytułem:"Problemy sławy w dobie cyfryzacji". Miało być pięknie-ładnie, a wyszło nic szczególnego. Mogło być gorzej, ale Dakann uratował dzień. Ostatnią małą sprawą o wielkim wpływie jest zwyczajne pudełko suchych pasteli, które dała mi moja dziewczyna. Zrobiłem tym jedynie kilka wyjątkowo małych i miernych rysunków, jednak mimo ich mierności wyglądają całkiem przyjemnie dla oka. Chciałbym więcej nimi rysować, ale trochę nie mam czasu. To znowu nie są jakieś niesamowite rzeczy, ale kiedy człowiek zacznie znajdować wartość w nawet takich drobiazgach jego życie mocno się odmienia. A przynajmniej moje się odmieniło.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
Etykiety:
Amanda,
Dakann,
Dąbrowski,
fenomenologia,
Ignacy,
Immanuel,
Iron Maiden,
Kant,
Kolega,
Maciej,
MeetYt,
Palmer,
pastele,
przystanek,
rozmowa,
samodoskonalenie,
TED,
The Dresden Dolls,
treści,
Z Dupy
poniedziałek, 21 grudnia 2015
O Polakach
Ostatnio bardzo dużo myślę o tym kim jest Polak... Może precyzyjniej, jakie cechy charakteru są przypisane do bycia Polakiem. Czy są takie w ogóle? Otóż dla mnie są, a konkretniej jest jedna. Jest to wieczna kontestacja wszystkiego. Kontestacja, czyli nie zgadzanie się ze wszystkim. Nie zgadzanie się z rzeczami, które zaistniają w Świecie. Zawsze komuś coś się nie podoba. Zawsze ktoś coś chce oprotestować. I ma to jak zawsze dobre i złe strony. A może raczej można to wykorzystać w dobrych i złych celach. Czyli dla konstruktywnej, lub nie konstruktywnej krytyki. Tu powinienem odesłać was do tego co napisałem o krytyce. Ale tak czy tak muszę to przytoczyć jako dalszy ciąg wywodu.
Konstruktywną jest krytyka, która punktuje słabości i pokazuje sposoby naprawy. A przynajmniej próbuje ich szukać. Niekonstruktywną jest taka, która tylko poszukuje każdego słabego punktu i jak tonący brzytwy się go chwyta, żeby tylko skrytykować.
Ważna jest również forma w jakiej jest to wygłaszane.
Pisałem już o tym w tekście o hejcie i mowie nienawiści, ale znów wyjdę wam naprzeciw i po krótce przypomnę. Hejt jest opartą na niepełnych przesłankach krytyką. Mową nienawiści jest tylko formą wyrażnienia hejtu. Więc można to wyrazić jako hejt, można to również wyrazić w jakiś spokojny, kulturalny sposób. Hejt i mowa nienawiści są rozdzielna ponieważ można hejtować nie posługując się mową nienawiści. Wtedy objawia się to jako zakrzyczenie rozmówcy. Nie dopuszczenie go do możliwości wyjaśnienia i doprecyzowania. Z drugiej strony oczywiście rozmówce po usłyszeniu takiego hejtu nie zawsze ma na to ochotę.
Wydaje mi się, że przynajmniej część Polaków jest aktualnie w takim stanie, że pod pretekstem przedstawiania "prawdy objawionej", której akurat zdarzyło się pokrywać z poglądami danego głoszącego swoje poglądy człowieka, przekrzykuje rozmówcę, bo poglądy głoszącego są słabo podparte. Ludzie nie szanują wiedzy. Nie szanują również tych, którzy chcą wiedzę przekazać. Wiem, że to pusty frazes, który ładnie brzmi, ale często odnoszę wrażenie, że rozmówca w ostatniej chwili gryzie się w język, bo jeszcze przez przypadek powie coś mądrego. I trzeba będzie dalej mówić mądre rzeczy, bo tak nie ładnie spadać z poziomem dyskusji. Nie wiem, czym jest wywołane właśnie to dyskredytowanie wiedzy, ale to też nie jest kluczową sprawą. Kluczową sprawą jest przywrócenie wiedzy należnego jej szacunku, ponieważ jeśli nie będziemy szanować wiedzy, to świat straci jakiekolwiek podstawy i oparcie dla swojej obecnej formy. A jeśli obecna jego forma upadnie zacznie się regres w myślenie religijne i magiczne, brak zrozumienia dla otaczających nas przedmiotów i naiwność wobec wszystkich z zewnątrz. Można to zagadnienie powiązać z dumą narodową, o której Artur Schopenhauer powiedział, że jest pusta i stanowi wypełniacz dla ludzi nie stanowiących sobą niczego. I rozumiana jako duma z poprzednich pokoleń faktycznie jest czymś takim, zaś odwrócenie tej sytuacji, czyli próba dorównania wzorcom już stanowi motor napędowy dla działań aktualnych i przyszłych pokoleń. To wszystko co piszę, piszę żeby dorównać moim dwóm niedoścignionym wzorom jakimi są Zbigniew Herbert i Witold Gombrowicz. Herberta uwielbiam za jego autoironiczność i niesamowitą wiedzę na każdy nawet drobny temat. Zaś Gombrowicz miał niesamowity zmysł obserwacji ludzi i zauważania układów istniejących pomiędzy jednostkami, a po za tym za właśnie jego mocno krytyczne, sprowadzające na ziemię oko. Nie można być bezkrytycznym wobec siebie, ponieważ to powoduje stagnację. Gombrowicz w jednym z wpisów w swoim dzienniku pisał, że z jednej strony gorąco pochwala socjalizm za jego wspieranie wszystkich ludzi, z drugiej zauważa jak bardzo destrukcyjna może być taka pomoc, ponieważ pisał nawet, że jest to "wspólna bieda". Wszystko dla wszystkich na równym poziomie odbiera ludziom chęć dalszego rozwoju, bo i tak przeżyją, i tak mają to co im potrzebne. Ale rozwój opiera się nie tylko na tym co potrzebne. Czy potrzebne nam są fugi Bacha? Czy umarlibyśmy z głodu bez wiedzy, że to Ziemia krąży wokół Słońca? Nie, absolutnie dobrze poradzilibyśmy sobie z życiem na najprostszym poziomie bez tych rzeczy, ale właśnie chęć rozwoju, która jednocześnie spotyka się z gratyfikacją powodują rozwój i dają nam to wszystko czym potem możemy się zachwycać. Albert Einstein powiedział, że wyobraźnia bez wiedzy może tworzyć rzeczy idealne, wiedza bez wyobraźni co najwyżej doskonałe. Ludzie stali się zbyt zasadniczy, zbyt pałający obiektywizmu i jednej pewnej opinii na dany temat, a jeśli coś jest pewne to jak o tym dyskutować, skoro tak jest i już? Tylko, że skoro są dwie, albo i więcej wersji tego samego zdarzenia, to może nie są te relacje tak bardzo obiektywne jak byśmy chcieli w to wierzyć, że są?
Konstruktywną jest krytyka, która punktuje słabości i pokazuje sposoby naprawy. A przynajmniej próbuje ich szukać. Niekonstruktywną jest taka, która tylko poszukuje każdego słabego punktu i jak tonący brzytwy się go chwyta, żeby tylko skrytykować.
Ważna jest również forma w jakiej jest to wygłaszane.
Pisałem już o tym w tekście o hejcie i mowie nienawiści, ale znów wyjdę wam naprzeciw i po krótce przypomnę. Hejt jest opartą na niepełnych przesłankach krytyką. Mową nienawiści jest tylko formą wyrażnienia hejtu. Więc można to wyrazić jako hejt, można to również wyrazić w jakiś spokojny, kulturalny sposób. Hejt i mowa nienawiści są rozdzielna ponieważ można hejtować nie posługując się mową nienawiści. Wtedy objawia się to jako zakrzyczenie rozmówcy. Nie dopuszczenie go do możliwości wyjaśnienia i doprecyzowania. Z drugiej strony oczywiście rozmówce po usłyszeniu takiego hejtu nie zawsze ma na to ochotę.
Wydaje mi się, że przynajmniej część Polaków jest aktualnie w takim stanie, że pod pretekstem przedstawiania "prawdy objawionej", której akurat zdarzyło się pokrywać z poglądami danego głoszącego swoje poglądy człowieka, przekrzykuje rozmówcę, bo poglądy głoszącego są słabo podparte. Ludzie nie szanują wiedzy. Nie szanują również tych, którzy chcą wiedzę przekazać. Wiem, że to pusty frazes, który ładnie brzmi, ale często odnoszę wrażenie, że rozmówca w ostatniej chwili gryzie się w język, bo jeszcze przez przypadek powie coś mądrego. I trzeba będzie dalej mówić mądre rzeczy, bo tak nie ładnie spadać z poziomem dyskusji. Nie wiem, czym jest wywołane właśnie to dyskredytowanie wiedzy, ale to też nie jest kluczową sprawą. Kluczową sprawą jest przywrócenie wiedzy należnego jej szacunku, ponieważ jeśli nie będziemy szanować wiedzy, to świat straci jakiekolwiek podstawy i oparcie dla swojej obecnej formy. A jeśli obecna jego forma upadnie zacznie się regres w myślenie religijne i magiczne, brak zrozumienia dla otaczających nas przedmiotów i naiwność wobec wszystkich z zewnątrz. Można to zagadnienie powiązać z dumą narodową, o której Artur Schopenhauer powiedział, że jest pusta i stanowi wypełniacz dla ludzi nie stanowiących sobą niczego. I rozumiana jako duma z poprzednich pokoleń faktycznie jest czymś takim, zaś odwrócenie tej sytuacji, czyli próba dorównania wzorcom już stanowi motor napędowy dla działań aktualnych i przyszłych pokoleń. To wszystko co piszę, piszę żeby dorównać moim dwóm niedoścignionym wzorom jakimi są Zbigniew Herbert i Witold Gombrowicz. Herberta uwielbiam za jego autoironiczność i niesamowitą wiedzę na każdy nawet drobny temat. Zaś Gombrowicz miał niesamowity zmysł obserwacji ludzi i zauważania układów istniejących pomiędzy jednostkami, a po za tym za właśnie jego mocno krytyczne, sprowadzające na ziemię oko. Nie można być bezkrytycznym wobec siebie, ponieważ to powoduje stagnację. Gombrowicz w jednym z wpisów w swoim dzienniku pisał, że z jednej strony gorąco pochwala socjalizm za jego wspieranie wszystkich ludzi, z drugiej zauważa jak bardzo destrukcyjna może być taka pomoc, ponieważ pisał nawet, że jest to "wspólna bieda". Wszystko dla wszystkich na równym poziomie odbiera ludziom chęć dalszego rozwoju, bo i tak przeżyją, i tak mają to co im potrzebne. Ale rozwój opiera się nie tylko na tym co potrzebne. Czy potrzebne nam są fugi Bacha? Czy umarlibyśmy z głodu bez wiedzy, że to Ziemia krąży wokół Słońca? Nie, absolutnie dobrze poradzilibyśmy sobie z życiem na najprostszym poziomie bez tych rzeczy, ale właśnie chęć rozwoju, która jednocześnie spotyka się z gratyfikacją powodują rozwój i dają nam to wszystko czym potem możemy się zachwycać. Albert Einstein powiedział, że wyobraźnia bez wiedzy może tworzyć rzeczy idealne, wiedza bez wyobraźni co najwyżej doskonałe. Ludzie stali się zbyt zasadniczy, zbyt pałający obiektywizmu i jednej pewnej opinii na dany temat, a jeśli coś jest pewne to jak o tym dyskutować, skoro tak jest i już? Tylko, że skoro są dwie, albo i więcej wersji tego samego zdarzenia, to może nie są te relacje tak bardzo obiektywne jak byśmy chcieli w to wierzyć, że są?
Etykiety:
Albert,
Artur,
auto,
Einstein,
filozofia,
Gombrowicz,
Herbert,
ironia,
konstruktywizm,
samodoskonalenie,
Schopenhauer,
treści,
Witold,
Zbigniew
poniedziałek, 30 listopada 2015
O cierpliwości i upartości
Jest takie chińskie przysłowie, że jeśli wystarczająco długo będzie się siedzieć nad brzegiem rzeki, to ujrzymy ciało naszego wroga powoli dryfujące z nurtem. To jest jak dla mnie opis człowieka cierpliwego. Człowiek uparty złapie wroga za głowę i utopi, a później jego ciało wrzuci do rzeki. I być może nawet ktoś cierpliwy je zobaczy. I znowu wszystko sprowadza się do woli. Do tego jak silna jest w człowieku. Człowiek z silną wolą będzie uparty, podczas gdy ktoś o słabszej będzie cierpliwy. Ważną rolę odgrywa również sam cel, do którego jest dążone. Ponieważ są cele, do których nie da się dążyć uparcie. Jak na przykład tramwaj, samemu stojąc na przystanku.
Niby w jakimś stopniu mógłbym się odnieść do siebie samego i tego co robię, ale nie uważam, żebym był właściwym przykładem ponieważ nie jestem zakończonym przykładem. Nie zakończyłem swojego blogowania. Jednak dla dobra wywodu pociągnę ten wątek, bo zawsze potrzebny jest jakiś przykład, a ten jest mi najlepiej znanym. Piszę tę jedną notkę na mniej-więcej tydzień. Na szczęście przychodzą mi pomysły na notki tak, że mogę tak robić. Próbuję również ogarnąć inne moje pomysły, z tym już trochę gorzej, ale też jakoś idzie. Jednak nie mogę powiedzieć, że po za pisaniem mam inny cel. Chciałbym z tego żyć, ale nie jest to jakaś moja wielka fantazja. Tylko, czy faktycznie? Tak po prawdzie nie wyobrażam sobie siebie żyjącego z czegoś innego niż pisanie. Pomyślało mi się również o tym, że z kategorią uporu może w jakiś sposób oddziaływać metodyczność. Może z nią oddziaływać ponieważ jest jakimś opisem uporu. Cierpliwość, przez bycie bierną ciężko w jakiś sposób opisać, zaś upór przez jego aktywność może być albo metodyczny, albo chaotyczny. Metodyczny jest spokojnym doprowadzaniem wątków do końca, zaś chaotyczny jak sama nazwa wskazuje, jest szarpaniem zagadnienia po trochę z każdej strony. I znów zasięgnę do przykładu z własnego życia i twórczości, bo jak już zacząłem, to czemu nie? Jestem uparty, ale chaotyczny. Szarpię nie dość, że każdą sprawę z każdej strony, to jeszcze kilka spraw na raz. I nie wyobrażam sobie, że miałbym się stać metodyczny, ponieważ każde szarpnięcie każdego zagadnienia daje mi pomysły na kolejne kęsy i kolejne sprawy do gryzienia.
I znalazłem kolejne dwa kęsy. Znów bardzo osobiste. Jedno dotyczy mojej nauki języków obcych, a drugie osiągania jakieś abstrakcyjnej idei bycia lepszym człowiekiem. W sprawie tych języków uczę się ich poza szkołą od ponad trzech lat z niezłym wydaje mi się skutkiem. Robię to w miarę metodycznie i jest to coś co daje mi pewne zadowolenie z siebie i poczucie rozwoju. ALE! Nie jest to realizowanie idei bycia lepszym człowiekiem. Ponieważ to realizuję przez choćby podejście do zagubionych turystów i zaoferowanie pomocy. Czasem ją odrzucą, czasem przyjmą. Nie ważne. Nie odpowiadam za wszystkich. Nie jestem wszystkimi. Jestem sobą i robię co mogę, żeby pomóc tym, którzy mają problemy. Jeśli ktoś prosi o pieniądze, czy inną pomoc materialną, pomagam w miarę możliwości. Niby filantropem nie jestem, ale lubię ludzi. Od jakiegoś czasu walczę z tą notką, bo nie mam zielonego pojęcia co dalej pisać, a jednocześnie uparcie dążę do jej wydłużenia, tylko czy słusznie? A może powinienem się uspokoić i cierpliwie poczekać aż przyjdzie mi pomysł na to jak ją dalej pisać? Trochę byłem cierpliwy, trochę uparty i to dało efekty. Przyznam szczerze, że zdarzało mi się siedzieć wpatrzonym w otwartą zakładkę z edytowaniem tego wpisu, a kolejne minuty muzyki rozbrzmiewały mi w czaszce. Kiedy przez jedną piosenkę nie udało mi się napisać choćby zdania, zamykałem stronę i szedłem robić coś innego. Zostało również osiągnięte jednym spontanicznym zrywem pod hasłem:"Wiem jak skończyć ten wpis!". Więc usiadłem i zacząłem go kończyć. Metodycznie, ale ogólnie moja praca jest bardziej chaotyczna ponieważ po za tym wpisem mam jeszcze jeden już w jakimś stopniu stworzony, a po za tym masę innych rzeczy, nad którymi staram się pracować i je rozwijać. Nie mam zamiaru tutaj w żaden sposób wartościować, ponieważ każdy jest inny, pomyślałem jedynie, że może to komuś pomoże w systematyzowaniu własnego światopoglądu, a jednocześnie mi pozwoli się jakoś wypisać.
Niby w jakimś stopniu mógłbym się odnieść do siebie samego i tego co robię, ale nie uważam, żebym był właściwym przykładem ponieważ nie jestem zakończonym przykładem. Nie zakończyłem swojego blogowania. Jednak dla dobra wywodu pociągnę ten wątek, bo zawsze potrzebny jest jakiś przykład, a ten jest mi najlepiej znanym. Piszę tę jedną notkę na mniej-więcej tydzień. Na szczęście przychodzą mi pomysły na notki tak, że mogę tak robić. Próbuję również ogarnąć inne moje pomysły, z tym już trochę gorzej, ale też jakoś idzie. Jednak nie mogę powiedzieć, że po za pisaniem mam inny cel. Chciałbym z tego żyć, ale nie jest to jakaś moja wielka fantazja. Tylko, czy faktycznie? Tak po prawdzie nie wyobrażam sobie siebie żyjącego z czegoś innego niż pisanie. Pomyślało mi się również o tym, że z kategorią uporu może w jakiś sposób oddziaływać metodyczność. Może z nią oddziaływać ponieważ jest jakimś opisem uporu. Cierpliwość, przez bycie bierną ciężko w jakiś sposób opisać, zaś upór przez jego aktywność może być albo metodyczny, albo chaotyczny. Metodyczny jest spokojnym doprowadzaniem wątków do końca, zaś chaotyczny jak sama nazwa wskazuje, jest szarpaniem zagadnienia po trochę z każdej strony. I znów zasięgnę do przykładu z własnego życia i twórczości, bo jak już zacząłem, to czemu nie? Jestem uparty, ale chaotyczny. Szarpię nie dość, że każdą sprawę z każdej strony, to jeszcze kilka spraw na raz. I nie wyobrażam sobie, że miałbym się stać metodyczny, ponieważ każde szarpnięcie każdego zagadnienia daje mi pomysły na kolejne kęsy i kolejne sprawy do gryzienia.
I znalazłem kolejne dwa kęsy. Znów bardzo osobiste. Jedno dotyczy mojej nauki języków obcych, a drugie osiągania jakieś abstrakcyjnej idei bycia lepszym człowiekiem. W sprawie tych języków uczę się ich poza szkołą od ponad trzech lat z niezłym wydaje mi się skutkiem. Robię to w miarę metodycznie i jest to coś co daje mi pewne zadowolenie z siebie i poczucie rozwoju. ALE! Nie jest to realizowanie idei bycia lepszym człowiekiem. Ponieważ to realizuję przez choćby podejście do zagubionych turystów i zaoferowanie pomocy. Czasem ją odrzucą, czasem przyjmą. Nie ważne. Nie odpowiadam za wszystkich. Nie jestem wszystkimi. Jestem sobą i robię co mogę, żeby pomóc tym, którzy mają problemy. Jeśli ktoś prosi o pieniądze, czy inną pomoc materialną, pomagam w miarę możliwości. Niby filantropem nie jestem, ale lubię ludzi. Od jakiegoś czasu walczę z tą notką, bo nie mam zielonego pojęcia co dalej pisać, a jednocześnie uparcie dążę do jej wydłużenia, tylko czy słusznie? A może powinienem się uspokoić i cierpliwie poczekać aż przyjdzie mi pomysł na to jak ją dalej pisać? Trochę byłem cierpliwy, trochę uparty i to dało efekty. Przyznam szczerze, że zdarzało mi się siedzieć wpatrzonym w otwartą zakładkę z edytowaniem tego wpisu, a kolejne minuty muzyki rozbrzmiewały mi w czaszce. Kiedy przez jedną piosenkę nie udało mi się napisać choćby zdania, zamykałem stronę i szedłem robić coś innego. Zostało również osiągnięte jednym spontanicznym zrywem pod hasłem:"Wiem jak skończyć ten wpis!". Więc usiadłem i zacząłem go kończyć. Metodycznie, ale ogólnie moja praca jest bardziej chaotyczna ponieważ po za tym wpisem mam jeszcze jeden już w jakimś stopniu stworzony, a po za tym masę innych rzeczy, nad którymi staram się pracować i je rozwijać. Nie mam zamiaru tutaj w żaden sposób wartościować, ponieważ każdy jest inny, pomyślałem jedynie, że może to komuś pomoże w systematyzowaniu własnego światopoglądu, a jednocześnie mi pozwoli się jakoś wypisać.
niedziela, 20 września 2015
O nienawiści w internecie.
Ostatnio głośnym tematem stał się hejt w internecie i mowa nienawiści. Niestety jak przy każdej dyskusji toczącej się w internecie nie ma jasno zdefiniowanych pojęć, ani niczego na czym można by bazować w debacie, przez co cała sprawa przypomina dyskusję na imprezie. A to nie jest właściwie, bo nie posuwa świata dalej. Ta notka będzie w podzielona na trzy części.
a) czym jest hejt i mowa nienawiści
b) co się o tych zjawiskach mówi
c) jak się przed nią bronić
Hejt i mowa nienawiści są dwoma różnymi zjawiskami. Ponieważ hejt jest niekonstruktywną, opartą na niepełnych przesłankach krytyką. Muszę was tutaj, moi drodzy Czytelnicy odesłać do mojej notki o krytyce. Mowa nienawiści jest częścią hejtu jak dla mnie, ponieważ bez jej wkładu hejt nie będzie w pełni mocy. Innymi słowy mowa nienawiści jest tym co konstytuuje hejt jako hejt. Bez niej będzie tylko nie trafioną próbą wytknięcia błędu. Zaś mowa nienawiści jest w moim rozumieniu po prostu używaniem wulgaryzmów i inwektyw wobec rozmówcy w celu obniżenia jego poczucia własnej wartości i wykazania swojej nad nim wyższości przez zepchnięcie go do obrony już nawet nie w debacie, a w obrzucaniu się błotem. Artur Schopenhauer napisał książkę pod tytułem "Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów", w niej zawarł po pierwsze trochę sposobów obrony przed podchodami w rozmowie, a po drugie wyróżnił trzy typy argumentów. Pierwszą grupą są ad rem, czyli odnoszące się bezpośrednio do przedmiotu dyskusji. Za przykład mogą tu posłużyć inżynierowie spierający się, o to jakich śrub lepiej użyć w projekcie urządzenia. Drugą są argumenty ad hominem, one tyczą się cech ludzkich i ludzi ogólnie. Nie są to według gdańskiego filozofa argumenty najwyższych lotów, ale nadal złe nie są. Najgorszą grupą według niego są argumenty ad personam, czyli własnoustne zmieszanie przeciwnika w błotem. Są to argumenty używane tylko wtedy, kiedy rozmówca nie ma innych argumentów. Mowa nienawiści to właśnie są argumenty ad personam, bez żadnej wartości merytorycznej.
Przejdźmy teraz do tego co się o tym mówi. Ta część sprowokowała mnie do napisania tej notki. Otóż mówi się o tym bez jasnego zdefiniowanie co jest czym, czym różni się jedno od drugiego. Stąd przekaz jest niepełny, widzimy coś, ale nie przemyśleliśmy co chcemy z tym zrobić. Dobrze jest sygnalizować istnienie złych rzeczy, ale etyka odeszła już od Sokratejskiego wywodzenia zła z niewiedzy, czyli twierdzenia, że ludzie jeśli będą wiedzieć, że robienie czegoś jest złe, to nie będą tego robić. To niestety nie jest takie proste. Ludzie postępują bardzo różnie w zależności od własnych upodobań. Dominuje myśl konsekwencjalistyczna. A myślenie Sokratesa było związane z deontologią, czyli nurtem rozważającym nie konsekwencje działania, ale je jako takie. Innymi słowy deontologia patrzy, czy ktokolwiek cierpi na dokonanym przez nas czynie, jeśli tak, to nie jest on wart dokonania. Problem z deontologią jest taki według mnie, że wymaga wyraźniejszego, ostrzejszego spojrzenia na świat, a także empatii. Empatia wydaje się być kluczową jeśli chodzi o tę sprawę. Pozwolę sobie na delikatną dygresję, Ci z was, którzy mnie regularnie czytają mogą zauważyć pewną sprzeczność, czy niezgodność mojego podejścia do konsekwencji i tego, że człowiek powinien być w stanie przyjąć konsekwencje swoich czynów, co niby umożliwia jako konsekwencję branie na siebie w ostateczności nawet, życia czy zdrowia innych ludzi, ale nie. Ponieważ człowiek jest pojedynczy i nie ma prawa wpływać na innego bez jego zgody i woli.
Teraz przejdźmy do ostatniej już części. Próby odpowiedzi na pytanie jak się przed tym bronić? Zdaję sobie sprawę, że łatwo jest powiedzieć "nie przejmuj się tym, nie ma czym się zajmować", czy mówić o tym na setki innych sposobów, ale wywrze to jedynie częściowy efekt. Bo to od czego właściwie powinniśmy zacząć, to albo dokonać niemożliwego i nie tyle odgórnie narzucić, co każdy sam w sobie powinien wykształcić nie odpowiadanie na takie komentarze. Bo bodziec nie wywołujący reakcji nie jest właściwym do powtarzania, a to zakończyłoby łańcuszek hejtu. Myślę, że musimy pójść trudną drogą i zacząć pokazywać sposoby jak sobie z takimi komentarzami radzić. Jak radzić sobie z mową nienawiści i hejtem. Nie jest to łatwe, ale jest to jedyne co możemy zrobić. Zanikają pozytywne wzorce moralne. Wszystkie wzorce są czysto intelektualne, ironiczne, sarkastyczne. Jeśli wprowadzamy do dyskusji takie figury musimy się liczyć z tym, że przenikną one do sfery moralności. Czemu w drugą stronę tak nie jest i Sokrates nie ma racji? Nie wiem. Po takim wstępie rzucę na koniec czymś co wpadło mi do głowy oglądając film na ten temat autorstwa Włodka Markowicza. Ma rację mówiąc w nim, że internet daje nienawistnikowi anonimowość, ale z drugiej strony osoba nienawidzona również jest absolutnie anonimowa. Czym się więc przejmować? Może to komuś pomoże. Mam taką nadzieję.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
a) czym jest hejt i mowa nienawiści
b) co się o tych zjawiskach mówi
c) jak się przed nią bronić
Hejt i mowa nienawiści są dwoma różnymi zjawiskami. Ponieważ hejt jest niekonstruktywną, opartą na niepełnych przesłankach krytyką. Muszę was tutaj, moi drodzy Czytelnicy odesłać do mojej notki o krytyce. Mowa nienawiści jest częścią hejtu jak dla mnie, ponieważ bez jej wkładu hejt nie będzie w pełni mocy. Innymi słowy mowa nienawiści jest tym co konstytuuje hejt jako hejt. Bez niej będzie tylko nie trafioną próbą wytknięcia błędu. Zaś mowa nienawiści jest w moim rozumieniu po prostu używaniem wulgaryzmów i inwektyw wobec rozmówcy w celu obniżenia jego poczucia własnej wartości i wykazania swojej nad nim wyższości przez zepchnięcie go do obrony już nawet nie w debacie, a w obrzucaniu się błotem. Artur Schopenhauer napisał książkę pod tytułem "Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów", w niej zawarł po pierwsze trochę sposobów obrony przed podchodami w rozmowie, a po drugie wyróżnił trzy typy argumentów. Pierwszą grupą są ad rem, czyli odnoszące się bezpośrednio do przedmiotu dyskusji. Za przykład mogą tu posłużyć inżynierowie spierający się, o to jakich śrub lepiej użyć w projekcie urządzenia. Drugą są argumenty ad hominem, one tyczą się cech ludzkich i ludzi ogólnie. Nie są to według gdańskiego filozofa argumenty najwyższych lotów, ale nadal złe nie są. Najgorszą grupą według niego są argumenty ad personam, czyli własnoustne zmieszanie przeciwnika w błotem. Są to argumenty używane tylko wtedy, kiedy rozmówca nie ma innych argumentów. Mowa nienawiści to właśnie są argumenty ad personam, bez żadnej wartości merytorycznej.
Przejdźmy teraz do tego co się o tym mówi. Ta część sprowokowała mnie do napisania tej notki. Otóż mówi się o tym bez jasnego zdefiniowanie co jest czym, czym różni się jedno od drugiego. Stąd przekaz jest niepełny, widzimy coś, ale nie przemyśleliśmy co chcemy z tym zrobić. Dobrze jest sygnalizować istnienie złych rzeczy, ale etyka odeszła już od Sokratejskiego wywodzenia zła z niewiedzy, czyli twierdzenia, że ludzie jeśli będą wiedzieć, że robienie czegoś jest złe, to nie będą tego robić. To niestety nie jest takie proste. Ludzie postępują bardzo różnie w zależności od własnych upodobań. Dominuje myśl konsekwencjalistyczna. A myślenie Sokratesa było związane z deontologią, czyli nurtem rozważającym nie konsekwencje działania, ale je jako takie. Innymi słowy deontologia patrzy, czy ktokolwiek cierpi na dokonanym przez nas czynie, jeśli tak, to nie jest on wart dokonania. Problem z deontologią jest taki według mnie, że wymaga wyraźniejszego, ostrzejszego spojrzenia na świat, a także empatii. Empatia wydaje się być kluczową jeśli chodzi o tę sprawę. Pozwolę sobie na delikatną dygresję, Ci z was, którzy mnie regularnie czytają mogą zauważyć pewną sprzeczność, czy niezgodność mojego podejścia do konsekwencji i tego, że człowiek powinien być w stanie przyjąć konsekwencje swoich czynów, co niby umożliwia jako konsekwencję branie na siebie w ostateczności nawet, życia czy zdrowia innych ludzi, ale nie. Ponieważ człowiek jest pojedynczy i nie ma prawa wpływać na innego bez jego zgody i woli.
Teraz przejdźmy do ostatniej już części. Próby odpowiedzi na pytanie jak się przed tym bronić? Zdaję sobie sprawę, że łatwo jest powiedzieć "nie przejmuj się tym, nie ma czym się zajmować", czy mówić o tym na setki innych sposobów, ale wywrze to jedynie częściowy efekt. Bo to od czego właściwie powinniśmy zacząć, to albo dokonać niemożliwego i nie tyle odgórnie narzucić, co każdy sam w sobie powinien wykształcić nie odpowiadanie na takie komentarze. Bo bodziec nie wywołujący reakcji nie jest właściwym do powtarzania, a to zakończyłoby łańcuszek hejtu. Myślę, że musimy pójść trudną drogą i zacząć pokazywać sposoby jak sobie z takimi komentarzami radzić. Jak radzić sobie z mową nienawiści i hejtem. Nie jest to łatwe, ale jest to jedyne co możemy zrobić. Zanikają pozytywne wzorce moralne. Wszystkie wzorce są czysto intelektualne, ironiczne, sarkastyczne. Jeśli wprowadzamy do dyskusji takie figury musimy się liczyć z tym, że przenikną one do sfery moralności. Czemu w drugą stronę tak nie jest i Sokrates nie ma racji? Nie wiem. Po takim wstępie rzucę na koniec czymś co wpadło mi do głowy oglądając film na ten temat autorstwa Włodka Markowicza. Ma rację mówiąc w nim, że internet daje nienawistnikowi anonimowość, ale z drugiej strony osoba nienawidzona również jest absolutnie anonimowa. Czym się więc przejmować? Może to komuś pomoże. Mam taką nadzieję.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
#stopmowienienawisci,
Artur,
erystyka,
etyka,
hejt,
konstruktywizm,
Markowicz,
nienawiść,
samodoskonalenie,
Schopenhauer,
treści,
wady,
Włodek
sobota, 29 sierpnia 2015
Trochę zdań o uprzejmości w formie pisanego vloga, ale nim nie będące.
Trochę się ostatnio podziało ciekawych rzeczy, które skłoniły mnie do pewnych przemyśleń.
Wstęp będzie trochę jak do pisanego vloga, ale jak widać po tytule jest to normalna notka.
Otóż wracając z wieczoru kawalerskiego mojego przyjaciela zobaczyłem, że zatrzymał się samochód. Zanim zdążyłem się przestraszyć, zobaczyłem, że wysiadł z niego mój znajomy i spytał, czy mnie gdzieś nie podwieźć, bo wyglądam na wstawionego(Nie tylko wyglądałem. Byłem i dlatego się nie przestraszyłem do momentu, w którym go rozpoznałem, a wtedy już nie miałem się czego bać). Odparłem, że nie, bo mam już niedaleko. Mówiąc szczerze to nie znamy się jakoś bardzo dobrze, łączy nas wspólne hobby, które wymaga sporego zaufania dla drugiej osoby. Wiem, że mogę mu ufać, że jest bardzo spoko człowiekiem, ale nie spodziewałbym się, że zrobi coś takiego.
Druga sytuacja to stary odgrzewany kotlet. Otóż chodzi o sprawę pomiędzy właścicielem browaru Ciechan. Panem Markiem Jakubiakiem, a bokserem - Dariuszem Michalczewskim. Sprawa rozeszła się o to, że "Tiger" przyznał się do wspierania środowisk najprościej mówiąc "nieheteronormatywnych", na co pan Jakóbiak odparł, że życzy mu dwóch ojców, to przynajmniej będzie miał co possać(jakby w normalnych rodzinach nie było pedofilii i kazirodztwa). Ostatnio co ważne dla notki, pan Jakóbiak powiedział w wywiadzie, że sobie to nieporozumienie wyjaśnili. Trzecia rzecz to sytuacja, która spotkała mnie na poczcie. Otóż idę sobie wysłać list, jestem pierwszy w kolejce, a w okienku stoi starszy mężczyzna, który bardzo żywo z panią na poczcie rozprawia. W pewnym momencie, starsza koleżanka Pani-do-której-czekałem odezwała się: "Więc składa Pan zażalenie?" Na co Pan odpowiedział: "Tak", chwilę jeszcze stał, zażalając się pisemnie po czym odszedł. Podszedłem do okienka, uprzejmie podałem Pani-do-której-czekałem list i jakiś tak po za zwyczajowym "dzień dobry", powiedziałem jeszcze, że zawsze najłatwiej obwiniać posłańca. Panie w okienku się uśmiechnęła i wyjaśniłam że ten Pan zażalił się na to, iż pomimo dwukrotnego awizowania nadana przez niego przesyłka nie została doręczona. Czekała na poczcie w miejscu docelowym przez trzy tygodnie, a mimo tego nikt jej nie odebrał. Ale to nie jest ważne.
Ważne jest sedno sprawy. A nim jest uprzejmość i, aż się ciśnie na usta "właściwe" podejście, ale to jest po prostu ludzkie podejście. Takie, które ponoć jest przyrodzone i niezbywalne wraz z godnością.
Choć tutaj dam taki kijek. Mówi się, że żadna praca nie hańbi, a z drugiej strony ponoć można się zhańbić na przykład się prostytuując. Te wszystkie trzy sytuacje mogły się potoczyć zupełnie inaczej gdyby Ci ludzie uszanowali nawzajem swoją godność.
Po pierwsze znajomy mógł się nie zatrzymać, a ja nigdy bym się nie dowiedział, że mnie mijał. Może nie było by to nieuprzejme, ale nie byłoby uprzejme, jeśli podążacie za moim tokiem rozumowania. Jego zachowanie nie wywarłoby na mnie negatywnego efektu, ale też nie wywarłoby pozytywnego.
Oddałem dziś krew i zastanawiam się czy to również jest uprzejme. Jak właściwie rozumiem uprzejmość? Jest to dla mnie zbiór wszelkich zachowań, które mają niewielki pozytywny wpływ na drugą osobę. Zaś zachowania, które poważnie oddziałują w sposób pozytywny są dla mnie życzliwymi.
I teraz jak się nad tym zastanawiam to zatrzymanie się przez znajomego jest zachowaniem życzliwym, a nie uprzejmym. Nie jest ważnym, że przez nie wielką odległość od mojego celu mu podziękowałem. Ważnym jest, że w możliwości był gotów zabrać mnie kawałek nawet i pod prąd w stosunku do kierunku, w którym się przemieszczał. Nie mówię, że byłby skłonny pojechać na drugi koniec miasta, a na pewno jakiś kawałek w jego stronę byłby gotów pojechać. Teraz, czy oddanie przeze mnie krwi jest życzliwe, czy tylko uprzejme?
Potencjalnie może moja krew służyć do transfuzji w trakcie operacji, do badań nad lekami, albo do produkcji leku. Moja znajomość farmacji jest znikoma, ale wydaje mi się, że każde z tych zastosowań jest ważne i wywiera duży efekt na drugiej osobie. Jest to też spory wysiłek, czy też dar ze strony oddającego krew, ponieważ to na resztę dnia wyłącza człowieka z życia, a po za tym gdyby dało się takie leki syntetyzować z krwi zwierzęcej to pewno by tak robiono.
Ostatnio byłem ze znajomymi pod namiotem. Składaliśmy już obozowisko i bardzo zależało nam na czasie. I przyznaję się, że zachowałem się bardzo nieuprzejmie. Najpierw odepchnąłem kolegę, który blokował dojście do namiotu, a potem dopiero go przeprosiłem. Byłem zmęczony i chciałem możliwie szybko zwinąć obóz, co nie zmienia faktu, co nie usprawiedliwia mnie w żaden sposób. On niby się nie obraził, ani tym specjalnie nie przejął, ale ja jednak powinienem był ugryźć się w język.
Kolejne co jest bardzo ciekawe, to historyjka, która krąży gdzieś po internecie. Otóż któryś z naszych urzędów skarbowych wysłał do jednego z dłużników kolejne upomnienie, jednak w formie różni się ono potężnie ponieważ nie jest napisane urzędowym dialektem Polskiego, a takim zwykłym, ludzkim Polskim. I efekt był piorunujący. O wiele szybszy zwrot należności. Czyli kapitan Państwo może być uprzejmy i normalny, co więcej lepiej to działa niż jego normalne modus operandi.
Tutaj powinienem podsumować. Ale ciężko mi. Po pierwsze dlatego, że nie chcę pójść w moralizatorstwo, a w takim temacie bardzo o to łatwo, zwłaszcza, że wszyscy wiemy o tym, że należy być uprzejmym. Więc co? Silić się na jakieś mądrości o uprzejmości? To wionie truizmami, a po za tym jest zawoalowanym moralizatorstwem. Swoją drogą szczerość i nie szczerość w kontekście widoczności faktycznych motywów jest bardzo ciekawa, ale o tym kiedy indziej.
Wstęp będzie trochę jak do pisanego vloga, ale jak widać po tytule jest to normalna notka.
Otóż wracając z wieczoru kawalerskiego mojego przyjaciela zobaczyłem, że zatrzymał się samochód. Zanim zdążyłem się przestraszyć, zobaczyłem, że wysiadł z niego mój znajomy i spytał, czy mnie gdzieś nie podwieźć, bo wyglądam na wstawionego(Nie tylko wyglądałem. Byłem i dlatego się nie przestraszyłem do momentu, w którym go rozpoznałem, a wtedy już nie miałem się czego bać). Odparłem, że nie, bo mam już niedaleko. Mówiąc szczerze to nie znamy się jakoś bardzo dobrze, łączy nas wspólne hobby, które wymaga sporego zaufania dla drugiej osoby. Wiem, że mogę mu ufać, że jest bardzo spoko człowiekiem, ale nie spodziewałbym się, że zrobi coś takiego.
Druga sytuacja to stary odgrzewany kotlet. Otóż chodzi o sprawę pomiędzy właścicielem browaru Ciechan. Panem Markiem Jakubiakiem, a bokserem - Dariuszem Michalczewskim. Sprawa rozeszła się o to, że "Tiger" przyznał się do wspierania środowisk najprościej mówiąc "nieheteronormatywnych", na co pan Jakóbiak odparł, że życzy mu dwóch ojców, to przynajmniej będzie miał co possać(jakby w normalnych rodzinach nie było pedofilii i kazirodztwa). Ostatnio co ważne dla notki, pan Jakóbiak powiedział w wywiadzie, że sobie to nieporozumienie wyjaśnili. Trzecia rzecz to sytuacja, która spotkała mnie na poczcie. Otóż idę sobie wysłać list, jestem pierwszy w kolejce, a w okienku stoi starszy mężczyzna, który bardzo żywo z panią na poczcie rozprawia. W pewnym momencie, starsza koleżanka Pani-do-której-czekałem odezwała się: "Więc składa Pan zażalenie?" Na co Pan odpowiedział: "Tak", chwilę jeszcze stał, zażalając się pisemnie po czym odszedł. Podszedłem do okienka, uprzejmie podałem Pani-do-której-czekałem list i jakiś tak po za zwyczajowym "dzień dobry", powiedziałem jeszcze, że zawsze najłatwiej obwiniać posłańca. Panie w okienku się uśmiechnęła i wyjaśniłam że ten Pan zażalił się na to, iż pomimo dwukrotnego awizowania nadana przez niego przesyłka nie została doręczona. Czekała na poczcie w miejscu docelowym przez trzy tygodnie, a mimo tego nikt jej nie odebrał. Ale to nie jest ważne.
Ważne jest sedno sprawy. A nim jest uprzejmość i, aż się ciśnie na usta "właściwe" podejście, ale to jest po prostu ludzkie podejście. Takie, które ponoć jest przyrodzone i niezbywalne wraz z godnością.
Choć tutaj dam taki kijek. Mówi się, że żadna praca nie hańbi, a z drugiej strony ponoć można się zhańbić na przykład się prostytuując. Te wszystkie trzy sytuacje mogły się potoczyć zupełnie inaczej gdyby Ci ludzie uszanowali nawzajem swoją godność.
Po pierwsze znajomy mógł się nie zatrzymać, a ja nigdy bym się nie dowiedział, że mnie mijał. Może nie było by to nieuprzejme, ale nie byłoby uprzejme, jeśli podążacie za moim tokiem rozumowania. Jego zachowanie nie wywarłoby na mnie negatywnego efektu, ale też nie wywarłoby pozytywnego.
Oddałem dziś krew i zastanawiam się czy to również jest uprzejme. Jak właściwie rozumiem uprzejmość? Jest to dla mnie zbiór wszelkich zachowań, które mają niewielki pozytywny wpływ na drugą osobę. Zaś zachowania, które poważnie oddziałują w sposób pozytywny są dla mnie życzliwymi.
I teraz jak się nad tym zastanawiam to zatrzymanie się przez znajomego jest zachowaniem życzliwym, a nie uprzejmym. Nie jest ważnym, że przez nie wielką odległość od mojego celu mu podziękowałem. Ważnym jest, że w możliwości był gotów zabrać mnie kawałek nawet i pod prąd w stosunku do kierunku, w którym się przemieszczał. Nie mówię, że byłby skłonny pojechać na drugi koniec miasta, a na pewno jakiś kawałek w jego stronę byłby gotów pojechać. Teraz, czy oddanie przeze mnie krwi jest życzliwe, czy tylko uprzejme?
Potencjalnie może moja krew służyć do transfuzji w trakcie operacji, do badań nad lekami, albo do produkcji leku. Moja znajomość farmacji jest znikoma, ale wydaje mi się, że każde z tych zastosowań jest ważne i wywiera duży efekt na drugiej osobie. Jest to też spory wysiłek, czy też dar ze strony oddającego krew, ponieważ to na resztę dnia wyłącza człowieka z życia, a po za tym gdyby dało się takie leki syntetyzować z krwi zwierzęcej to pewno by tak robiono.
Ostatnio byłem ze znajomymi pod namiotem. Składaliśmy już obozowisko i bardzo zależało nam na czasie. I przyznaję się, że zachowałem się bardzo nieuprzejmie. Najpierw odepchnąłem kolegę, który blokował dojście do namiotu, a potem dopiero go przeprosiłem. Byłem zmęczony i chciałem możliwie szybko zwinąć obóz, co nie zmienia faktu, co nie usprawiedliwia mnie w żaden sposób. On niby się nie obraził, ani tym specjalnie nie przejął, ale ja jednak powinienem był ugryźć się w język.
Kolejne co jest bardzo ciekawe, to historyjka, która krąży gdzieś po internecie. Otóż któryś z naszych urzędów skarbowych wysłał do jednego z dłużników kolejne upomnienie, jednak w formie różni się ono potężnie ponieważ nie jest napisane urzędowym dialektem Polskiego, a takim zwykłym, ludzkim Polskim. I efekt był piorunujący. O wiele szybszy zwrot należności. Czyli kapitan Państwo może być uprzejmy i normalny, co więcej lepiej to działa niż jego normalne modus operandi.
Tutaj powinienem podsumować. Ale ciężko mi. Po pierwsze dlatego, że nie chcę pójść w moralizatorstwo, a w takim temacie bardzo o to łatwo, zwłaszcza, że wszyscy wiemy o tym, że należy być uprzejmym. Więc co? Silić się na jakieś mądrości o uprzejmości? To wionie truizmami, a po za tym jest zawoalowanym moralizatorstwem. Swoją drogą szczerość i nie szczerość w kontekście widoczności faktycznych motywów jest bardzo ciekawa, ale o tym kiedy indziej.
Etykiety:
Ciechan,
Dariusz,
etyka,
filozofia,
Jakubiak,
Marek,
Michalczewski,
samodoskonalenie,
samokrytyka,
Tiger,
treści,
uprzejmość,
urząd skarbowy
sobota, 11 lipca 2015
O woli słów kilka.
Od jakiegoś bardzo męczy mnie zagadnienie woli ludzkiej. Woli rozumianej jako motoru napędzającego życie człowieka od początku gdziekolwiek by nie był, aż do śmierci. I nie mam tutaj na myśli jej zmian wobec konkretnych jej przedmiotów, ale zmian jej natężenia i czynników, które te zmiany wywołują. Zastanawia mnie w tym wszystkim również fenomen mówców motywacyjnych. Nie mam zamiaru tutaj ich krytykować, raczej bardzo mi smutno, że w ludziach nie ma samoistnie tyle woli, że tacy ludzie są potrzebni. Ale najpierw wypadałoby, żebym opisał wolę. Jak ją rozumiem, czym dla mnie jest. Jest ona dla mnie motorem napędowym działań ludzkich mających inny cel niż utrzymanie czysto biologicznej egzystencji. I tak jak zacząłem o niej myśleć, to wyobraziłem ją sobie jako ognisko, które płonie gdzieś w człowieku. Akcje innych ludzi mogą je gasić lub rozniecać, te same akcje są również dostępne człowiekowi wewnętrznie.
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
fenomenologia,
filozofia,
konstruktywizm,
krytyka,
media,
pisanie,
samodoskonalenie,
samokrytyka,
Schopenhauer,
socjologia,
treści
czwartek, 4 czerwca 2015
Próba zrobienia lepiej
Jak takiś mądry to zrób lepsze. Pokaż lepsze jak potrafisz!
Taki zwrot zasługuje według mnie na to, żeby mu się dokładniej przyjrzeć.
To wyzwanie i kpina zarazem. Kpimy ironicznie:"Jak takiś mądry". Zakładamy jednocześnie, że rozmówca nie jest taki mądry i się speszy, że nie jest w stanie wykonać danej czynności lepiej. A co by było gdyby ktoś ten jeden raz był kamieniem dla przysłowiowej kosy, albo kreską dla równie przysłowiowego matyska i zrobił daną rzecz faktycznie lepiej. To dopiero byłoby kpiarstwo i ironia. Ale to się chyba nigdy nie wydarzy. Ten tekst jest zawsze wygłaszany w stosunku do osób, o których wygłaszający jest pewien, że nie są w stanie być lepszymi. Tylko raz w moim życiu zdarzyła się podobna sytuacja i to ja byłem tym, który zrobił lepiej. Rzecz się stała w gimnazjum. Otóż raz coś mnie tknęło i postanowiłem się pouczyć do sprawdzianu z języka angielskiego. Czas jakiś po sprawdzianie, anglistka oddaje nam sprawdziany i zadaje klasyczne pytanie czy był łatwy. Odpowiedziałem, że tak... A jedna z koleżanek jak się nie obruszy, i nie wrzaśnie:(pamiętam dokładnie słowa jakby to było wczoraj)"Ty zawsze mówisz, że był łatwy, a i tak masz słabe oceny, co teraz dostałeś?", odparłem jej-"czwórę".
Odpowiedziało mi milczenie. Miała niższą ocenę. Czyli ja nie ucząc się miałem takie oceny, jak ona ucząc się. I fakt faktem, nawet mając tak "słabe oceny", czyli na poziomie trójki mówiłem, że sprawdzian był łatwy. Bo on był łatwy, tylko my się nie nauczyliśmy wystarczająco. Teraz jak definiuję łatwość sprawdzianu spytacie? Jako pokrywanie się materiału na sprawdzianie, z tym robionym na lekcjach. Jako brak zadań wymagających jakichś specjalnych zdolności, czyli na przykład napisanie wiersza z rymami w układzie AB AB, stroficznego, z akcentami na trzecią sylabę, trzynastozgłoskowego. Wracając zaś do poprzedniej myśli, mi, aby wzejść o stopień w górę wystarczyło piętnaście minut. O ile lepiej napisałbym ten sprawdzian, gdybym na naukę poświęcił pół godziny? Ale po co jeśli sprawdziany nie są obiektywnym odzwierciedleniem wiedzy i umiejętności. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. I to nie ten klasyczny, gdzie ja nie ściągałem i dostałem 3, a ktoś ściągał i dostał 5. Zupełnie inny, jeszcze ze szkoły podstawowej. Otóż mieliśmy do przeczytania jako lekturę szkolną "Przygody Odyseusza", autorstwa Jana Parandowskiego. Książeczka miała może 40 stron, co nie przeszkadzało mi jej czytać każdego wieczora od deski do deski przez bite dwa tygodnie, bo na tyle przed zaczęciem przerabiania ją wypożyczyłem. Przyszedł czas sprawdzianu ze znajomości lektury. W pierwszym pytaniu rozpisałem się tak bardzo jak tylko mogłem, nawet aż za bardzo. Ponieważ mimo tego, że napisałem w nim również odpowiedź na drugie pytanie(w odpowiedzi na pierwsze trzeba było streścić fragment na wyspie Polifema, a na drugie opowiedzieć o konsekwencjach tego pobytu, to nauczycielka zarzuciła mi nieznajomość lektury i wlepiła dwóję. Widzicie tu logikę? Bo ja nie. Jeszcze lepszym w "robieniu lepiej" jest kiedy za to zabiera się osoba o ewidentnych brakach w kompetencjach. Takich brakach, że po za jej zasięgiem jest nawet zrobienie dobrze. A jednak taka osoba chce pomagać innym. Chce już bez wyzwania, ale jednak robić lepiej. Mam tu na myśli administratorkę pewnej samopomocowej grupy dla blogerów. I pomyliła zamiast napisać "przynajmniej", użyła słowa "bynajmniej". Znacie ten ból? Jeśli nie to, się cieszcie, ale też was to czeka, zaś Ci którzy jak ja wiedzą o co chodzi to mogą się również cieszyć, że to rozczarowanie już za nimi. Jak bardzo trzeba się idealizować, żeby w ogóle czuć się w kompetencji poprawiania innych, a jednocześnie robić takie błędy? Sam idealny nie jestem, ale jednocześnie zawsze podchodzę do siebie bardzo samokrytycznie, a ludziom w obecnych czasach chyba bardzo tego brak. A i tak nie jestem lepszy od nich. To wszystko co tutaj napisałem, może być brane za tak bardzo obłudne. Mam nadzieję, że jednak nie sądzicie, że byłbym do czegoś takiego zdolny.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Taki zwrot zasługuje według mnie na to, żeby mu się dokładniej przyjrzeć.
To wyzwanie i kpina zarazem. Kpimy ironicznie:"Jak takiś mądry". Zakładamy jednocześnie, że rozmówca nie jest taki mądry i się speszy, że nie jest w stanie wykonać danej czynności lepiej. A co by było gdyby ktoś ten jeden raz był kamieniem dla przysłowiowej kosy, albo kreską dla równie przysłowiowego matyska i zrobił daną rzecz faktycznie lepiej. To dopiero byłoby kpiarstwo i ironia. Ale to się chyba nigdy nie wydarzy. Ten tekst jest zawsze wygłaszany w stosunku do osób, o których wygłaszający jest pewien, że nie są w stanie być lepszymi. Tylko raz w moim życiu zdarzyła się podobna sytuacja i to ja byłem tym, który zrobił lepiej. Rzecz się stała w gimnazjum. Otóż raz coś mnie tknęło i postanowiłem się pouczyć do sprawdzianu z języka angielskiego. Czas jakiś po sprawdzianie, anglistka oddaje nam sprawdziany i zadaje klasyczne pytanie czy był łatwy. Odpowiedziałem, że tak... A jedna z koleżanek jak się nie obruszy, i nie wrzaśnie:(pamiętam dokładnie słowa jakby to było wczoraj)"Ty zawsze mówisz, że był łatwy, a i tak masz słabe oceny, co teraz dostałeś?", odparłem jej-"czwórę".
Odpowiedziało mi milczenie. Miała niższą ocenę. Czyli ja nie ucząc się miałem takie oceny, jak ona ucząc się. I fakt faktem, nawet mając tak "słabe oceny", czyli na poziomie trójki mówiłem, że sprawdzian był łatwy. Bo on był łatwy, tylko my się nie nauczyliśmy wystarczająco. Teraz jak definiuję łatwość sprawdzianu spytacie? Jako pokrywanie się materiału na sprawdzianie, z tym robionym na lekcjach. Jako brak zadań wymagających jakichś specjalnych zdolności, czyli na przykład napisanie wiersza z rymami w układzie AB AB, stroficznego, z akcentami na trzecią sylabę, trzynastozgłoskowego. Wracając zaś do poprzedniej myśli, mi, aby wzejść o stopień w górę wystarczyło piętnaście minut. O ile lepiej napisałbym ten sprawdzian, gdybym na naukę poświęcił pół godziny? Ale po co jeśli sprawdziany nie są obiektywnym odzwierciedleniem wiedzy i umiejętności. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. I to nie ten klasyczny, gdzie ja nie ściągałem i dostałem 3, a ktoś ściągał i dostał 5. Zupełnie inny, jeszcze ze szkoły podstawowej. Otóż mieliśmy do przeczytania jako lekturę szkolną "Przygody Odyseusza", autorstwa Jana Parandowskiego. Książeczka miała może 40 stron, co nie przeszkadzało mi jej czytać każdego wieczora od deski do deski przez bite dwa tygodnie, bo na tyle przed zaczęciem przerabiania ją wypożyczyłem. Przyszedł czas sprawdzianu ze znajomości lektury. W pierwszym pytaniu rozpisałem się tak bardzo jak tylko mogłem, nawet aż za bardzo. Ponieważ mimo tego, że napisałem w nim również odpowiedź na drugie pytanie(w odpowiedzi na pierwsze trzeba było streścić fragment na wyspie Polifema, a na drugie opowiedzieć o konsekwencjach tego pobytu, to nauczycielka zarzuciła mi nieznajomość lektury i wlepiła dwóję. Widzicie tu logikę? Bo ja nie. Jeszcze lepszym w "robieniu lepiej" jest kiedy za to zabiera się osoba o ewidentnych brakach w kompetencjach. Takich brakach, że po za jej zasięgiem jest nawet zrobienie dobrze. A jednak taka osoba chce pomagać innym. Chce już bez wyzwania, ale jednak robić lepiej. Mam tu na myśli administratorkę pewnej samopomocowej grupy dla blogerów. I pomyliła zamiast napisać "przynajmniej", użyła słowa "bynajmniej". Znacie ten ból? Jeśli nie to, się cieszcie, ale też was to czeka, zaś Ci którzy jak ja wiedzą o co chodzi to mogą się również cieszyć, że to rozczarowanie już za nimi. Jak bardzo trzeba się idealizować, żeby w ogóle czuć się w kompetencji poprawiania innych, a jednocześnie robić takie błędy? Sam idealny nie jestem, ale jednocześnie zawsze podchodzę do siebie bardzo samokrytycznie, a ludziom w obecnych czasach chyba bardzo tego brak. A i tak nie jestem lepszy od nich. To wszystko co tutaj napisałem, może być brane za tak bardzo obłudne. Mam nadzieję, że jednak nie sądzicie, że byłbym do czegoś takiego zdolny.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Subskrybuj:
Posty (Atom)