Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fenomenologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fenomenologia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Pisany vlog numer któryś z kolei.

Znów podziało się wiele w moim życiu kilka rzeczy, które niby nic nie znaczy, a jednak czuję że wywarły na mnie wpływ. Pierwszą z nich jest pogawędka ze starszą Panią na przystanku, czekając na coś co zabierze do cywilizacji. Rozmowa absolutnie nie toczyła się na jakieś niezwykłe tematy. Ot, pogoda, staż mieszkania na wsi, Pani opowiadała na o swoich wnukach i synu. Mój środek lokomocji pojawił się pierwszy na przystanku, więc pożegnałem się z Panią, ona mi zaś odparła, że było jej niezmiernie miło i teraz rzadko spotyka się młodego człowiek, który ma siłę i chęć ot tak pogawędzić stojąc na przystanku. A przecież to nie było wiele.
Wokalistka zespołu "The Dresden Dolls", Amanda Palmer pracowała kiedyś jako mim i wyjątkową wartość mają dla niej od tamtego czasu losowe akty bliskości i miłego zachowania(aż chce się napisać miłości, tłumacząc angielskie "kindness") między nią i kiedyś przechodniami, a aktualnie fanami na koncertach. Zaczęło się to wręczeniem jej przez fana przed koncertem biletu dziesięciodolarowego z jednoczesnym wyznaniem, że wypalił jej płytę od kolegi, ale nie chciał się dokładać korporacji, a tylko jej. Jest to przytoczone przeze mnie w bardzo wielkim skrócie, pełna wersja jest jej przemówieniem na TEDzie pod tytułem: "The Art of asking", jest dostępny również z polskimi napisami.
Byłem na dniach na MeetYt4 w Krakowie. Niby jest to coś podobnego, a jednak zasadniczo odmiennego. Aż chce się przywołać teorię poznania Immanuela Kanta, który twierdził, iż człowiek poznaje przedmioty zmysłami, zaś w jego umyśle tkwią wyobrażenia o rzeczach, te zaś mogą być bardzo różne od poznawanego fenomenu. Ponieważ liczyłem na to, że uda mi się poznać ludzi, których oglądam, którym poświęcam czas, bo zdali mi się być fajnymi ludźmi i mając możliwość, chciałbym zobaczyć, czy ten ideał sięgnie bruku, czy jednak pozostanie w chmurach. Dakannowi udało się uchronić ten fortepian od roztrzaskania się o grunt. Ale on zawsze był wyjątkowo szczery w swoim byciu przed publicznością. Zawsze był dość mocno ironiczny i szczery, czy mówiąc ładniej sardoniczny więc nie wiele było do obrony, bo skoro dał się poznać w internecie jako taki ironista, gdzie o wiele dokładniej można pilnować wizerunku, to czemu w prawdziwym życiu miałby być inny? Chciałem napisać lepszy, ale tak właściwie co jest złego w jego jestestwie? Spotkałem również Macieja Dąbrowskiego, czyli popularnego "Człowieka Wargę", z kanału "Z Dupy", z nim niestety zamieniłem jedynie kilka słów na temat muzyki Iron Maiden, bo byłem w bluzie tegoż zespołu, jego stoisko było tak obstawione, że to był jedyny czas jaki mi poświęcił, po za kilkoma sekundami na wspólne zdjęcie, które gdzieś spoczywa w pamięci telefonu, jednak nie na tym mi zależało, a właśnie na poznaniu człowieka, na oglądaniu filmów którego spędzam czas. I tak mogę się czuć wyróżniony, ponieważ w ogóle zamienił ze mną kilka słów. Spotkałem jeszcze Kolegę Ignacego, od którego wziąłem autograf i liczyłem na choćby chwilę rozmowy, ale obsiadł go tłum i nie było jak. Tak właściwie to tyle. Może jeszcze trochę myśli o sławie, ale one już wszystkie są zawarte w notce o sławie, notka pod tytułem:"Problemy sławy w dobie cyfryzacji". Miało być pięknie-ładnie, a wyszło nic szczególnego. Mogło być gorzej, ale Dakann uratował dzień. Ostatnią małą sprawą o wielkim wpływie jest zwyczajne pudełko suchych pasteli, które dała mi moja dziewczyna. Zrobiłem tym jedynie kilka wyjątkowo małych i miernych rysunków, jednak mimo ich mierności wyglądają całkiem przyjemnie dla oka. Chciałbym więcej nimi rysować, ale trochę nie mam czasu. To znowu nie są jakieś niesamowite rzeczy, ale kiedy człowiek zacznie znajdować wartość w nawet takich drobiazgach jego życie mocno się odmienia. A przynajmniej moje się odmieniło.

https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/

niedziela, 25 października 2015

Stereotypy i o tym jak bardzo są potrzebne.

Problem ze stereotypami jest taki, że jak się nad tym głębiej zastanowić to wszystko jest stereotypem. Nawet jeśli skonkretyzujemy coś do poziomu bimbru z Żytniej 34 w Koziej Wólce, to nadal odwołujemy się do stereotypu, bo każdy z nas pił inną butelkę i inaczej mu smakował. Stereotyp w psychologii nazywa się heurystykiem. Jest skrótem myślowym, szufladką, do której wkładamy wszystkie myśli i skojarzenia związane z danym tematem. W filozofii ta szufladka nazywa się toposem. Ewentualnie David Hume nazywał to ideą zbudowaną z wrażeń. Ta idea, topos, czy heurystyk sobie jest i tylko od jego zawartości zależy, czy jest pożyteczny, czy nie. Bo z jednej strony mamy stereotyp pracowitego Szwajcara, a z drugiej strony mamy mnóstwo szkodliwych stereotypów, których żeby nie utrwalać nie będę przytaczał.

To nie stereotypy są złe. A treści poszczególnych. Ja sam ubieram się jak metal, co przywołuje negatywne stereotypy, nadal jednak nie uważam ich za coś złego. Staram się jednocześnie zadawać im jakiś kłam pomagając ludziom. I to nie tylko przez dorzucanie się do "browarka", ludziom nota bene podobnie ubranym do mnie, tylko na przykład zagubionym turystom. Zawsze podchodzę i pomagam im znaleźć to czego szukają. Stereotypy towarzyszą nam dopóki nasza wiedza na dany temat nie stanie dosięgnie stereotypów. Póki opieramy się na stereotypach i jeszcze zawierzamy im nie zdając sobie sprawy z tego, że to są stereotypy to uniemożliwiamy sobie dostęp do prawdziwej wiedzy na dany temat. Dopiero krytyka posiadanej przez siebie wiedzy, skonfrontowanie jej z innymi źródłami daje inspiracje to dalszego czytania i zwalczenia stereotypu. Faktem jest, że biorą się z niewiedzy, ale często jest to nieunikniona niewiedza. Bo jeśli spotykamy kogoś o kim tylko słyszeliśmy, że jest z "dobrej rodziny", że studiuje prawo i udziela się w stowarzyszeniach, to przed spotkaniem z nim tworzy nam się jakiś stereotyp takiego człowieka. Trochę to przypomina oczekiwania sytuacyjne opisywane przez Cooleya. Wnioskujemy na danych nam przesłankach, że dany człowiek będzie taki, a taki. A jeśli nie dostaniemy takowych, to wnioskujemy po pierwszym wrażeniu, które definiuje nasze przyszłe kontakty z danym człowiekiem. Choć jak twierdzą badacze może ono zostać zmienione. Tak jak stereotyp może zostać zmieniony w ciągu poznawania danego zjawiska. Blogerzy to też w stereotypie ludzie łasi na dary losu, albo ludzie z jakimś tam poczuciem obowiązku. Tutaj dochodzimy do problemu, który poruszyłem na początku. Do dwoistości stereotypów, do tego, że to nie one są złe, tylko treści w nich zawarte. Zawsze trzeba się przyjrzeć dokładniej danemu zjawisku, bo inaczej można przeoczyć jakiś ważny szczegół.

poniedziałek, 19 października 2015

Wstęp do formowania

Po przeczytaniu "Ferdydurki" doszedłem do wniosku, że forma jest najgorszą rzeczą na ziemi, i że należy ją ograniczać do minimum. Tylko co jest tym minimum? Nie śmianie się na pogrzebach? Nie złorzeczenie nowożeńcom? Zachowywanie się odpowiednio do sytuacji chyba najprościej mówiąc, ale wtedy to minimum daje nam bardzo nie wiele przestrzeni osobistej na bycie sobą. Z jednej strony nie wiele, ale aż nadmiar mamy tej wolności przy takim pojęciu minimum. Przecież większość czasu spędzamy na ulicach i możemy robić tam co nam się żywnie podoba, oczywiście dopóki nie wchodzimy w konflikt z prawem. Więc czemu ludzie dziwnie się na mnie patrzą kiedy idę i śpiewam co mi w słuchawkach leci, albo kiedy zimą idę i mam na głowie...czapkę! I dobra, przyznaję się bez bicia, wygląda ona jak skalp barana, ale historii noszono już na głowach dziwniejsze rzeczy. Nie chcę tu wyjść na onanistę, ale może mi trochę zazdroszczą tego, że przemogłem się i noszę czapkę, którą oni może by i chcieli, ale nie założą, bo wiąże ich forma. Przecież stateczny człowiek po nawet tej magicznej czterdziestce nie może już zrobić nic głupiego, bo jest stateczny i po czterdziestce i mu nie wypada. [tutaj kończy się pierwsza część notki]
Byłem dziś, kiedy to piszę, czy parę dni przed tym jak to czytacie na ślubie mojego bliskiego przyjaciela, ceremonia była piękna, wszystko było bardzo pięknie ładnie, ale jako, że z naukami kościoła Katolickiego, to stojąc w ławce miałem trochę czasu na przemyślenia i tak się złożyło, że były to przemyślenia na temat tej notki, ponieważ chciałem do niej wrócić jeszcze zanim poszedłem na ślub, stąd kiedy doświadczyłem czegoś bardzo wyrazistego w formie jak ślub nie mogłem nie zacząć się zastanawiać nad tym wszystkim. I kiedy jeszcze-narzeczeni siedzieli przed ołtarzem, a kapłan pytał ich o to, czy sami niepodlegle podjęli decyzję o ślubie odpowiadali "chcemy", to po pierwsze dziwnym mi się wydało, że odpowiadali każde za oboje, czyli i jeszcze-narzeczona odpowiadała "chcemy", za chwilę później jeszcze-narzeczony odpowiadał na po raz drugi postawione to samo pytanie "chcemy", zamiast oboje odpowiadać, albo tylko za siebie i wtedy uzasadnione są dwa pytania, albo niech oboje odpowiadają naraz, wtedy uzasadniona staje się forma liczby mnogiej. Ale wracając do poprzedniej myśli, to uznałem, że byłby to świetny moment za zabawę w pomidora, nie uważacie? Wyobraźcie sobie taki dialog:
Ksiądz: Czy dobrowolnie i bez żadnego przymusu chcecie zawrzeć związek małżeński?
Panna młoda:Chcemy
Pan młody:Pomidor
Pewno trochę zbiłoby, to wszystkich z tropu. A, jeszcze przed tymi pytaniami, ksiądz powiedział, że narzeczeni chcą nam coś powiedzieć. I byłem święcie przekonany, że wstaną, wezmą mikrofony do rąk i z pełną powagą powiedzą "lubię placki", a potem wyjdą z kościoła jak gdyby nigdy nic. Ale nic takiego się nie stało. Formie stało się za dość. Czym właściwie dla mnie jest forma? Bo to może być taka do ciasta, może być forma muzyczna, albo taneczna. Korzystając z dostępnej mi wiedzy socjologicznej mogę się pokusić o jakąś pełniejszą definicję niż z te oparte na gdzieś zasłyszanych nie zawsze nawet wyraźnie przeze mnie zaznaczanych myślach filozoficznych. Korzystając z teorii Charlesa Cooleya i stworzonego przez niego pojęcia "oczekiwań sytuacyjnych", czyli wyciągniętego w przyszłość stereotypu. Wiemy, że dane wydarzenia z reguły przebiegają w określony sposób, więc tego po nich oczekujemy i jesteśmy mocno zmieszani kiedy nagle coś się zmienia. Zaś Erving Goffman, twórca bardzo ciekawej teorii dramaturgicznej, której wycinkiem, czy uszczegółowieniem jest rytualizm interakcyjny właśnie w tym rytualizmie interakcyjnym definiuje rytuał, jako czynności mające dla wykonujących je, szczególne znaczenie, wykonywane są one często w specjalnym miejscu, czasie, czasem przy udziale ważnej osoby. Lub tłumacząc to dokładnie tak jak on to opisał w swojej książce "Rytuał interakcyjny", jest to czasowe wejście w bardzo specyficzną rolę społeczną. Czym jest rola społeczna? Każdym statusem, który można przypisać danej osobie, od mężczyzny, przez rodzica, brata, syna, aż po urzędnika, dyrektora, czy blogera. Łącząc te dwie definicje, można stworzyć ich syntezę. I tak też zrobię, czyli forma jest dla mnie krótkotrwałym przyjęciem określonej roli społecznej i postępowaniem zgodnie z nią dla nie wprowadzania niepokoju. Gombrowicz powiedziałby, że jest to przyjęcie określonej gęby.
Tyle już napisałem i żadnej konkluzji. Jako libertarianin mogę wygłosić swoje zdanie, że im mniej narzuconej z zewnątrz formy, tym lepiej. Ale jest to tylko i wyłącznie moje zdanie, którego będę bronił całym swoim jestestwem jednocześnie zdając sobie sprawę z możliwości tego, że bronię trudnej pozycji, oraz że każdy człowiek ma na każdy temat inne zdanie, ale tutaj wchodzimy już w fenomenologię. I te przemyślenia o formie mogą być trochę upolitycznione, by przekształcić je w rozmyślania o tym czy lepiej jest kiedy jednostka ma wolność niezdefiniowaną żadnymi prawami więc teoretycznie wolno jej również naruszać integralność innych osób, czy lepszym modelem jest wolność obwarowana prawami i przywilejami, gdzie wyraźnie wiadomo co komu wolno, a czego nie. Ale może nie uwnzioślajmy tak tej notki, to tylko blog. Wróćmy do poziomu międzyludzkiego, definiowania sytuacji na potrzeby chwili i tego co się wiąże z jej nie przestrzeganiem. Sytuację definiują wszystkie jednostki w niej udział biorące, dobrowolnie, choć nie zawsze są świadome tego jak wiele od każdej jednej pojedynczej zależy. W razie nagłego nie przestrzegania ustalonych zasad wobec wyłamującej się jednostki stosowane są różne wymiary ostracyzmu. Goffman pisał też, że kiedy jednostka sama zauważy "utratę twarzy" przez siebie, chce zapaść się pod ziemię, by po powrocie magicznie cofnąć się w świadomości ludzi do momentu przed popełnionym faux pas. Mimo, że sytuacje zbiorami są sobie podobne, czyli na przykład wszystkie śluby w danej wersji przebiegają podobnie, to w szczegółach są dopracowywane przez jednostki w trakcie trwania samego jednego konkretnego ślubu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Forma jest też zatem możliwe, że czymś co porządkuje fenomeny. Tworzy w tym natłoku indywidualnych wrażeń jakieś... stereotypy? Tym zajmę się w następnej notce.


https://www.facebook.com/pages/Lord-Tytus-Mandarynka/449225425101644

niedziela, 26 lipca 2015

Pisany vlog #5

Dawno nie pisałem nic lżejszego. Przyda mi się, bo błądzenie po takich metafizycznych tematach odrywa od rzeczywistości. I zauważyłem dwie rzeczy, które mi się wryły w pamięć. Otóż czas jakiś temu byłem w Raciborzu, szliśmy ze znajomymi ze sklepu, mija nas matka z dzieckiem. Niby nic szczególnego. Spacerowała w stronę sklepu, z którego wyszliśmy. Pchała wózek dość raźno, ale nie biegnąc. A jednak było to za szybko, bo oto mijając nas jej pociecha powiedziała: "Matko, nie pędź tak." Dziecko miało ze trzy lata maksymalnie, bo później to już raczej dziecko chodzi, a nie jeździ w wózku. Nie wiem, nie pamiętam kiedy przestałem jeździć w wózku. Mały wtedy byłem. Właściwie odkąd pamiętam chodzę na własnych nogach. Ale to nie o mnie tutaj mowa. Kto z was słyszał, żeby trzyletnie dziecko mówiło w taki sposób? Trzylatki fakt faktem, mówią sprawnie, ale żeby używać form, które przez dorosłych zostały zapomniane? A, przynajmniej na pewno nie są używane w mowie potocznej. Gdzie takie formy językowe się uchowały? Może ktoś mu to przeczytał w jakiejś książce? Albo sam przeczytał, bo jest nadzdolny? Może po prostu, któreś z jego rodziców w stosunku do swoich rodziców tak mówi i to podpatrzył? Nie ważne skąd przeniknęła do jego języka ta forma, dobrze to rokuje na przyszłość, jeśli tylko gimnazjum jej nie wyruguje. Bo gimnazja potrafią przenicować człowieka na drugą stronę. Sam chodziłem do takiego, które było do tego zdolne, ale o tym w osobnej notce. Drugim co mnie uderzyło jest znowu dziwny zwrot, choć w trochę mniej zaskakujących okolicznościach. Otóż stoję sobie w busie do Krakowa. Nie miałem wtedy przy sobie słuchawek, więc nie mogłem się odciąć od rzeczywistości muzyką. Pozostało mi więc stanie w upale, pocenie się i słuchanie tego co się dzieje wokół mnie. Słuchałem więc jedynego co było ciekawego. Rozmowy dwóch starszych panów. Najpierw upewniłem się, że nie rozmawiają o niczym czego słuchać nie powinienem, typu problemy zdrowotne, czy też pieniądze. Rozmawiali o dzieciństwie. Obaj panowie byli z rodzin uzdolnionych muzycznie i z muzyki żyjących. W pewnym momencie jeden z panów użył słowa "Tatulko". I to mnie zadziwiło. To jest zwrot, którego w odniesieniu do swojego ojca mógł używać Wokulski, albo dowolny prapradziadek. Ale tego słowa użył pan w wieku lat mniej więcej pięćdziesięciu. To niesamowicie ciekawe, że takie formy językowe wciąż żyją. To również bardzo fajne, bo ożywia to nasz język. Aktualnie wytwarzane formy językowe są nudne, są tak bardzo skupione na wyrażaniu silnych emocji, że już się zużyły i nie niosą w sobie żadnego ładunku emocjonalnego. Profesor Miodek w wywiadzie powiedział kiedyś: "W ogóle dzisiaj jeśli coś nie jest „mocne” lub „masakryczne” to przestaje być atrakcyjne. Żyjemy w czasach, w których wszystko trzeba podkreślić mocnym przymiotnikiem, inaczej jest bezwartościowe.". To już nie chodzi o to, że coś bez tego wzmocnienia jest słabsze, a o to, że w ogóle traci jakiekolwiek znaczenie i wartość. A jednocześnie wszystkie te wzmocnienia są wypowiadane bez jakiegokolwiek, choćby najbardziej ulotnego poczucia mocy tego wzmocnienia. Zdaje się być ten czas, w którym żyjemy przepełniony pustą egzaltacją. Przeżywający każdą najmniejszą rzecz, ale przeżywający powierzchownie. W natłoku informacji zatraciło się ich znaczenie.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

wtorek, 21 lipca 2015

O samodzielnym myśleniu.

Tyle się słyszy i myśleniu samodzielnym, o nie zawierzaniu swojego życia autorytetom. A z drugiej strony co chwila widzimy ludzie, którzy są nam stawiani za wzór.Problem jest dla mnie o tyle poważny logicznie, że jak dla mnie nie jest możliwym myśleć całkowicie autonomicznie. Bo zanim zdamy sobie sprawę z tego, że może fajnie byłoby tak robić to nasze myślenie i tak będzie skażone myśleniem naszych rodziców i każdego kogo uważamy za wzór do naśladowania. Bardziej możliwym wydaje mi się zdanie sobie sprawy z tego, że nasze myślenie jako jednostki jest fenomenalną, czy też fenomenologiczną syntezą wszystkiego co świadomie, lub nieświadomie uważamy za ważne. Z drugiej strony mamy myślenie oparte na schemacie: "Wszystko już było. Nikt nie wymyśli nic więcej. Po co się wysilać próbując." A no właśnie dlatego, że te syntezy są jedyne w swoim rodzaju. Są fenomenami. Często nie są one jakoś bardzo odkrywcze, ale mogą tej odkrywczości nabrać. Mogę również same w sobie nie być niczym niezwykłym, ale mogą kogoś natchnąć do bycia wielkim.
Cała filozofia wydaje nam się nie być niczym odkrywczym, a jednak o tym czego dokonał Kant publikując swoje prace mówi się jako o "przewrocie Kopernikańskim", czymś porównywalnym ze sformułowaniem teorii heliocentrycznej. A Kant dokonał tylko syntezy angielskiego empiryzmu i francuskiego racjonalizmu. A teraz dla nas jest oczywistym, że dla zrozumienia zjawiska i poznania go ważne jest za równo poznanie przez doświadczenie jak i tych doświadczeń racjonalna analiza. Niby nic wielkiego, ale niesamowicie rozszerzyło horyzonty myślowe i umożliwiło powstanie kolejnych bazujących już na jego odkryciach systemów, czy też opracowań filozoficznych. Samodzielne myślenie... Ostatnio moja mama wspominała przy rozmowie ze znajomą jak to było kiedy było pierwsze w gimnazjum organizacyjne zebranie. Trzeba było zadeklarować, czy dziecko-nie-dziecko będzie, czy też nie będzie chodzić na religię. I moja rodzicielka jako jedyna wróciła z tą kartką niepodpisaną na zebraniu, bo chciała ze mną przedyskutować, czy chcę chodzić na te lekcje.
Z tego widać, że bardzo ważnym wydaje się być pogranicze woli i myślenia. Szanowanie cudzych myśli, póki nie godzą one w nas bezpośrednio, albo nie są krzywdzące dla jakiejś konkretnej osoby. Jeśli nie uszanujemy cudzej woli myślenia, poniekąd ją ograniczamy. A już Immanuel Kant powiedział, że: "Zawsze działaj podług takiej maksymy, wobec której chciałbyś aby stała się powszechnie obowiązującym prawem". Powszechnie obowiązującym, czyli oddziałującym na wszystkich. Z Tobą włącznie. Według Kanta jest również niezmiernie ważnym to, że to co jest złym uczynkiem, jest nim zawsze, nie ważne jakie są okoliczności jego dokonania. Jest to trochę wbrew jego fenomenologii, ale jednocześnie jest bardzo słusznym moralnie i etycznie ponieważ zamyka to możliwość robienia absolutnie wszystkiego: "bo ja jestem jeden jedyny w takiej sytuacji". Jest tak jak mówisz, ale jednocześnie jest bardzo wielu ludzi w podobnych sytuacjach. Są w na tyle podobnych sytuacjach, że można postawić między nimi, a Tobą znak podobieństwa. I jednak bardzo często ludzie nie naginają prawa, ani własnej godności aby sobie z tą sytuacją poradzić.
Strasznie tu moralizuję i odbiegam od tematu. W ogóle to nie powinienem był pisać "bardzo często", bo to jest takie określenie - wytrych. Niby coś określa, ale właściwie to stanowi tylko podkładkę dla moralizatora. Choć samo moralizowanie wydaje mi się być w obecnych czasach ważnym. Tylko nie moralizowanie na zasadzie "bądź dobrym", a "bądź pełnym". Odnoszę od jakiegoś czasu wrażenie, że coś takiego się podziało w ostatnich latach co odebrało jakiejś części ludzi siłę i wolę działania. Tylko jeśli człowiek ma w sobie wolę działania to będzie myślał samodzielnie, albo raczej samodzielnie syntezował wcześniej poznane fenomeny.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

sobota, 11 lipca 2015

O woli słów kilka.

Od jakiegoś bardzo męczy mnie zagadnienie woli ludzkiej. Woli rozumianej jako motoru napędzającego życie człowieka od początku gdziekolwiek by nie był, aż do śmierci. I nie mam tutaj na myśli jej zmian wobec konkretnych jej przedmiotów, ale zmian jej natężenia i czynników, które te zmiany wywołują. Zastanawia mnie w tym wszystkim również fenomen mówców motywacyjnych. Nie mam zamiaru tutaj ich krytykować, raczej bardzo mi smutno, że w ludziach nie ma samoistnie tyle woli, że tacy ludzie są potrzebni. Ale najpierw wypadałoby, żebym opisał wolę. Jak ją rozumiem, czym dla mnie jest. Jest ona dla mnie motorem napędowym działań ludzkich mających inny cel niż utrzymanie czysto biologicznej egzystencji. I tak jak zacząłem o niej myśleć, to wyobraziłem ją sobie jako ognisko, które płonie gdzieś w człowieku. Akcje innych ludzi mogą je gasić lub rozniecać, te same akcje są również dostępne człowiekowi wewnętrznie.
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

środa, 13 maja 2015

O doświadczeniach z wykładowcami.

To kilka historyjek z mojego studiowania, a także ze studiowania mojego brata. Otóż możliwe, że o profesorze Tadeuszu Gadaczu już pisałem, ale po pierwsze nie pamiętam gdzie i kiedy, a po drugie to bardzo fajna i krótka historia, więc czemuż miałbym jej nie opowiedzieć po raz drugi. Otóż miałem z nim pewien filozofio-pochodny przedmiot, na którym w trakcie wykładu padło nazwisko Paula Ricoeura. Słuchamy więc wszyscy słuchacze wykładu na temat tegoż filozofa. Gdzieś w połowie swojego opowiadania wspomniał tak sobie o, jak wypad do sklepu po pomidory i cebulę, to jak spacerował z wyżej wymienionym filozofem po jednym z krakowskich parków i dyskutował z nim o filozofii i życiu. Pomyślałem wtedy, że mam wielkie szczęście siedząc na wykładzie kogoś takiego i słuchając jego opowieści o filozofii. A dokładniej Hermeneutyce współczesnej kultury, bo tak się ten przedmiot nazywał. Ale nie mam tak wielkiego szczęścia jak mój inny wykładowca. Doktor Jan Galarowicz. Nie wie co to radość z życia ten, kto nie rozmawiał z tym człowiekiem. Widać było, że ten człowiek nieustannie cieszy się życiem, że jego dusza jest pogodna. Tak, pogoda ducha to pierwsze określenie jakie wpada mi do głowy, gdy myślę o tym człowieku. Niesamowite były z nim zajęcia. Prowadził dla nas ćwiczenia z etyki. Zajęcia trwały dwie godziny i piętnaście minut, ale on był bardzo zorganizowany i zawsze dzielił to na trzy części, oddzielone pięciominutowym przerwami. I nigdy się nie zdarzyło, żebyśmy przerwali w połowie jakiegoś zagadnienia, z powodu końca czasu. Zawsze w garniturze, zawsze mówił spokojnie, miał bardzo piękny głos. Zaliczenia u nich też nie były problematyczne. I nie mam tutaj na myśli trudności, a to jak bardzo niestworzone problemy potrafią czasem stwarzać wykładowcy. Moich doświadczeń nie ma w tym żadnych zaś słyszałem historię wedle, których obliczenia z wyższej matematyki poprowadzone tak, że nawet ja, który z matematyką nigdy jakoś bardzo za pan brat nie byłem, rozumiałem co i z czego, zostały ocenione na 3.0 i nazwane niechlujnymi. Przyznacie mi chyba, że coś tu było nie tak. Mój brat, z wykształcenia inżynier, choć ja jako socjolog w trakcie kształcenia podpisuję się pod tym obiema rękami. Otóż stworzył on typologię wykładowców uczelnianych. Oparta jest na dwóch kategoriach dychotomicznych, czyli takich, że albo się takim jest, albo nie i nie ma półśrodków. Jedną z tych kategorii jest wewnętrzna wola wykładowcy do przekazywania wiedzy, zwana dalej chceniem się, oraz robienie problemów, czyli wypiętrzanie krecich kopców do rozmiarów Mount Everest, zwana dalej robieniem problemów. Jak widać najlepszym jest wykładowca nie robiący problemów, któremu się chce. Każdy zna przynajmniej jednego takiego. Najgorszym zaś jest taki, któremu się nie chce, i który w dodatku robi problemy. Takich pewno też znacie, ale miejmy nadzieję że możliwie mało. Ale ostatnio zdarzyło mi się znów pozować z racji mojego upodobania do ekstrawaganckiego stroju. I napadało mnie w związku z tym parę rzeczy. Pierwszą jest obserwacja poczyniona w trakcie samego pozowania.
Otóż jedna z malujących mnie dziewczyn, za każdym razem kiedy proszony przez prowadzącą zmieniałem pozycję, uśmiechała się. Ćwiczenie polegało na szybkich kilkuminutowych szkicach. Dynamizm tak statecznej rzeczy jak malowanie, zmiana, wewnętrzny kontrast. Coś co zdawało się rozsadzać ją od środka. Jakby nawet chciała, żebym czynił nieznaczne zmiany pozycji w trakcie jednego szkicu. Widać po niej było to samo co w opisywanym przeze mnie doktorze Galarowiczu. Pogodę ducha. Stan nieustającego spokoju, kiedy dusza(,bo nie duch, to jest duża różnica.) wie, że wszystko jest dobrze, albo będzie dobrze. A nawet jeśli coś ogólnie ją męczy to, w danym momencie izoluje się od męczących bodźców i jest szczęśliwa. I jest to stała właściwość duszy. Można ją nabyć wypracowując, można się z nią urodzić, ale wtedy trzeba się pilnować, żeby nic jej nie mąciło, bo możemy ją utracić na rzecz tylko chwilowego szczęścia.
Drugą rzeczą jest kilka moich przemyśleń poczynionych o pozowaniu. Jest to epatowanie swoim jestestwem. To jest manifestowanie siebie dla innych, ale jednocześnie dla samego siebie, ponieważ można wtedy po prostu być. Nie robić nic. Tylko być. W tej czy innej pozycji, ale tylko być. Nie egzystować, nie istnieć. Być. Na tym najoczywistszym, najbardziej empirycznym poziomie, można wtedy pogłębić swoje poznanie siebie. Zwłaszcza kiedy mamy swobodę doboru pozycji w jakiej pozujemy. Można się zastanowić, czemu właśnie tą, a nie inną pozycję wybrałem. Nie będę tu mówił o medytacji, ale o jakiejś podróży wgłąb swojej psychiki i jestestwa to już na pewno. Pozując poczułem, że oto jestem. Ciężko to opisać w jakiś bardziej zrozumiały sposób, ale poczułem się w sobie, jednocześnie epatując jestestwem na zewnątrz w pełnym ekshibicjonizmie... właściwie czego? Byłem ubrany od stóp do głów, nawet nie czułem się nagi przed rysującymi, czułem się po prostu sobą. Więc był to swego rodzaju ekshibicjonizm duszy, ale też nie taki jak panuje w internecie, gdzie się krzyczy co człowieka boli, że to złe, tamto niedobre, tylko taki na poziomie samego bytu. Ja tam byłem, a oni to uwieczniali.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

poniedziałek, 30 marca 2015

Pisany vlog #3

Ostatnio przy rozmowie ze znajomymi padła kwestia zejścia się jednego z nich z byłą dziewczyną. Rzuciłem wtedy cytatem z Heraklita(powinno się mnie zamknąć za bycie pretensjonalnym), który mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Inny powiedział, że rzeka zawsze jest ta sama tylko woda inna. Kolejny, że co w sytuacji gdy wejdzie się do miski z wodą, a później z niej wyjdzie i wejdzie ponownie. Odparłem na to, że ta woda będzie już inna, bo będzie zawierała choćby te takie śmieszne kulki z luźnych nitek skarpetek, które zawsze się robią między palcami(też tak macie?) i oczywiście luźny naskórek, pot i wszystko inne co do momentu wejścia do miski po raz pierwszy się na nich osadzi. Ogólnie nasza dyskusja stała się mocno oparta na przykładach, dość dosłownie rozumiejąca sens cytatu i to, a także inne podejmowane w jej trakcie aktywności uczyniły jej życie raczej krótkim, ale nie czczym. Ponieważ później rozmawiałem już o !!samej tej rozmowie!!(ważny fakt) z dziewczyną i była ta rozmowa trochę inna. Ponieważ była jakby bardziej na meta poziomie. Nie odnosiła się do samego cytatu, a do samej rozmowy, co uczyniło ją trochę bardziej wyabstrakcyjnioną, ponieważ nie potrzebowała przykładów dla stworzenia samej siebie, a operowała już na gotowych podanych. To co tutaj napisałem to po pierwsze jak teraz mi się pomyślało jest trochę opisaniem ścieżki jaką pokonała szeroko rozumiana humanistyka, a po drugie dało mi do myślenia.
Mocno mnie zastanowiło to jak bardzo różnie można rozumieć jedną i tą samą rzecz(#fenomenologia), a także jak można różnie definiować pojęcia. Teraz będzie lista dwóch rzeczy, na których chcę się skupić.
-różne rozumienie aforyzmu Heraklita
-różne definicje rzeki

Ponieważ moi znajomi bardzo mocno spłycili takie mocno wionące Kantem i Husserlem przeczucie, że wszystko i za każdym razem jest dla nas fenomenem, czyli tłumacząc z języka filozofii, a nawet i nie z niego trzeba, ponieważ w potocznym rozumie się ten termin dość podobnie(przynajmniej w moim odczuciu) jako właśnie jednostkowe poznanie subiektywne zewnętrznie, ale dla podmiotu poznającego obiektywne, do obserwacji geologicznej(kilku z nich studiuje coś podobnego więc zrozumiałym jest takie pojmowanie tego przez nich). Z drugiej strony wykazali się niezłym zmysłem filozoficznym, ponieważ te przykłady i polemiki z tym cytatem można odnieść do jego bardziej abstrakcyjnego znaczenia. Ponieważ przykład z miską myślę sobie, że można odnieść trochę do sytuacji przytoczonej przez mojego ulubionego wykładowcę, do którego uczęszczałem na wykłady z Hermeneutyki, a który się nazywa Tadeusz Gadacz(jeśli wpadnie wam w ręce jakaś jego publikacja-kupować w ciemno, czytanie jak się przyzwyczaić do dość specyficznej wykształconej w seminarium duchownym składni, staje się bardzo przyjemne i pogłębiające poznanie i świadomość życia). Przytoczył on przemyślenie, swoje bądź jednego z wielkich myślicieli, z którymi nota bene często miał osobisty kontakt, jakoby ocena słuszności jakiegoś wyboru życiowego mogła zostać przeprowadzona jedynie w następujących warunkach. Otóż:podmiot podejmujący decyzję w momencie podejmowania decyzji kopiujemy, fizycznie, psychicznie, intelektualnie, mentalnie i jak jeszcze tylko się da, z jednym tylko wyjątkiem. Kopia podejmie drugą z możliwości jako swój wybór. Oczywiście, jeśli tylko będziemy chcieli jakąkolwiek kolejną decyzję naszą, bądź naszej kopii zweryfikować, tym więcej będzie trzeba naszych kopii, bądź kopii naszej kopii. I tak samo może postąpić każdy człowiek, a to stwarza szansę interferencji między kopiami i być może na przykład wreszcie udałoby Ci się, Drogi Czytelniku poznać Twoją ulubioną gwiazdę, tyle że byś jej nie poznał, ponieważ zamiast zniewalającego makijażu i pięknego uśmiechu zaserwowałaby Ci zniewalającego burgera i piękne frytki. I tak ten przytoczony przez mojego szanownego kolegę przykład jest w podobnym duchu, ponieważ ja go rozumiem jako próbę eksperymentu odizolowującego człowieka od innych doświadczeń, a ów odizolowany człowiek jeszcze raz jest przepuszczony przez jakiś bodziec. Problem pojawia się w momencie gdy zdamy sobie sprawę z tego, że on już to zna więc jego poznanie owego fenomenu będzie innym poznaniem niż gdyby, mówiąc metaforycznie wylać wodę i nalać nowej nie mówiąc mu o tej podmianie, co jest metaforą przeprowadzenia we w miarę takich samych warunkach takiego samego doświadczenia, na tym samym podmiocie. Zaś przemyślenie drugiego, o tym, że rzeka będzie zawsze ta sama, przywiodło mnie do drugiego punktu, czyli do problemu leżącego u podstaw sporej części sporów, a mianowicie definiowania pojęć. Ponieważ czym jest rzeka? Wikipedia mówi, że jest to: naturalny, powierzchniowy ciek płynący w wyżłobionym przez erozję rzeczną korycie, okresowo zalewający dolinę rzeczną. W Polsce przyjmuje się, że rzekę stanowi ciek o powierzchni dorzecza powyżej 100 km. Ta część tekstu będzie się bardziej odnosić do mojej dysputy z dziewczyną. Otóż dla niej najważniejszą częścią rzeki jest woda. Ale co z tego, że mamy wodę. Jeśli zamkniemy ją w wystarczająco dużej niecce będziemy mieli jezioro. Jeśli zaś rozlejemy ją nad gliniastą glebą uzyskamy bagno. Woda nie tworzy więc rzeki. Zaś samo koryto bez wody jest wąwozem. Czyli definicja z wikipedii jest bardzo trafna, ale to nie jest ważne dla mojego wywodu. Ważne jest to, że jedno i drugie jest ważne, że woda konstytuuje wąwóz jako rzekę... W tym ujęciu nagle woda wychodzi na plan pierwszy? Ale, czy na pewno? Niby ona konstytuuje, ale sama nie ma czego konstytuować. Może siebie samą konstytuować jako ciecz. Bardzo ważne jest jak widać indywidualne podejście do tematu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Tak ja to wszystko fenomenologicznie pojmuję, ale to tylko mój osobisty jednostkowy sposób poznania.