Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 września 2016

Wrażenia z otwartej bety Battlefield 1

Nie będzie tu nic o technikaliach, ani o samej rozgrywce. Więc o czym w takim razie? O grze jako takiej. Rozróżnienie między grą, a rozgrywką, jest jak między stojącym człowiekiem, a jego życiem rozumianym jako ciąg zdarzeń. Człowiek jest bytem, jego życie procesem, stąd można się odnieść, że będę mówił o bycie. W filozofii nauka o bycie to ontologia, trudne słowo.

Od czego by tu zacząć? Może od tego, że gra tej klasy osadzona w realiach Wielkiej Wojny, jest jak źdźbło siana w stogu igieł. Niezwykle rzadka. I gra jest naprawdę dobrze zrobiona. Przyjemny jest system biletów wojennych, za które wykupujemy jedną z kilku dostępnych wraz z przechodzeniem na kolejne poziomy, broni. Nawet fajnie działa to na immersję. To co jest według mnie złe, to pierwsza mapa i jak na razie jedyna dostępna mapa. Otóż jest to fragment pustyni Synaj, gdzie wcielamy się w rolę żołnierza albo brytyjskiego, albo jeszcze wtedy istniejącego Imperium Osmańskiego, które później stało się Turcją. Ta mapa bardzo służy dynamicznej rozgrywce, walce małych grup żołnierzy. Miałem po cichu nadzieję, że pierwszą mapą będzie Verdun, albo Somma, coś prostszego w designie, bardziej znanego. Oczywiście nie ma nic złego w rzucaniu światła na mniej znane fragmenty wojny, ale może lepiej wziąć się bezpieczniej, a lepiej do roboty. Ja przy mojej dość znikomej wiedzy historycznej widzę kilka wyjątkowo kłujących w oczy niedociągnięć. Nie chcę tutaj pluć jadem, ale chyba tego nie uniknę, bo liczyłem, że ta gra będzie fajnym nośnikiem sprawdzonej, merytorycznej wiedzy. I trochę tak jest, jak choćby w przypadku kawalerii. Karabinek kawaleryjski jest absolutnie poprawny, słyszałem gdzieś jakieś przekazy, że dało się go przeładować jedną ręką, jednak druga broń jaką jazda konno daje nam do dyspozycji czyli szabla jest niedociągnięta. Ponieważ w grze jest nam dawana do dyspozycji lekka szabla kawaleryjska wz. 1796, a podczas Wojny-która-miała-skończyć-wojny używany był miecz kawaleryjski(czasem nazywany ze względu na rękojeść i jednosieczność głowni szablą) wz. 1912, albo trochę wcześniejszy, bliźniaczo podobny, wz.1908. Nawet pod koniec wojny, kiedy istniały już pistolety maszynowe Bergmann MP18, jednak do końca wojny wyprodukowano ich jedynie 10 000, zamówionych 50 000. I używały go jedynie Państwa Centralne, czyli Osmanie, czy Niemcy, ale nie Brytyjczycy. Oczywiście jest szansa na zdobycie broni wroga, jednak ze względu na specyfikę amunicji, jaką było 9mm Parabellum, ciężko było używać zamiennie swojej, ponieważ brytyjska amunicja pistoletowa była o ponad 2mm szersza. Broń samopowtarzalna również jest zbyt hojnie jak na tamte czasy rozdawana. W armii brytyjskiej panowała doktryna celnego strzelania, zaś inne armie nie używały tej broni na szeroką skalę, gdyż była to po prostu stosunkowo nowa technologia. Więc armie nie zdążyłyby przestawić swoich żołnierzy na to uzbrojenie.

Chyba wolałbym stać po kolana w błocie w okopie pod Sommą, ale czuć znój i trud tamtych czasów zamiast bohaterskich czynów jakich dokonywałem w pojedynkę, albo małą grupą, jednocześnie wiedząc, że wszystko jest takie jak wtedy. Immersja byłaby pełniejsza, przynajmniej dla mnie. Z resztą Somma również mogłaby być spektakularna. Albo chociaż spektakularnie brutalna przez ogrom potyczek wręcz na łopatki o zaostrzonych krawędziach, pałki okopowe, noże, karabiny z bagnetami i pistolety. Może kampania będzie bardziej obfitować w tego typu scenariusze. Wtedy też bardziej skłaniałbym się zakupieniu tej gry, teraz mocno się waham.

https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka

niedziela, 5 czerwca 2016

Długość ma znaczenie?

Jak się okazuje, jednak tak. Ale nie w kwestii z jaką najczęściej się wiąże ten zwrot. Otóż spotkałem się z opinią, że notka na blogu powyżej czterech tysięcy znaków, jest już za długa i przestaje być w związku z tym ciekawa. Dla mnie to trochę dziwne, ale jak wszystko, tak i to spróbuję zrozumieć. Co powoduje człowiekiem, że nagle w pewnym momencie wykonywania danej czynności nagle traci nią zainteresowanie. "To jest dokładnie tak jak dlaczego miłość się wypala." - pewno powie część z was. Ale przecież związek jest pewnym stanem. Jest czymś trwającym o wiele więcej czasu niż przeczytanie nawet i dziesięciu tysięcy znaków. Jeśli też jestem na tyle uprzejmy, że zacząłem czytać czyjeś słowa, to też powinienem mu pozwolić dokończyć wygłaszać swoją opinię. Tak z czystej ludzkiej uprzejmości powinienem, czyż nie?

Co może powodować to, że czynność jaką jest czytanie została zrównana z procesem, którym jest. Wiem, że obie te rzeczy są do siebie dość podobne, a jedyne co je różni to czas w jakim trwają. Z jednej strony jedyne, ale też różni je aż czas w jakim trwają. Chyba o to się rozbija cała sprawa. Coś takiego się stało, że człowiek przestał być w stanie skupiać na dłużej swoją uwagę. To jak taki człowiek czyta książkę? Czyta pół strony na raz? Czyta wydania kieszonkowe? Czy może nie czytają?

Problem długości nie dotyka jedynie długości całych tekstów, ale również pojedynczych zdań. Ponoć moje są za długie. Może źle je składam? Zawsze wydawało mi się, że zdania wielokrotnie złożone nie są niczym złym, bo przecież każdy je przerabiał w szkole, więc nie powinny stanowić dla nas, Polaków wielkich problemów. Staram się też tymi zdaniami oddać mój tok wypowiedzi słownych Wydaje mi się to właściwym, żeby jeśli mnie ktoś spotka, nie zdziwił się, że nagle używam zdań wielokrotnie złożonych.

Używam ich z kilku powodów. Po pierwsze, bo mogę i nikt mi tego nie zabroni. Po drugie, bo są dla mnie jedną z części mniej lub bardziej jasnego i wyraźnego konstruktu jakim jest "czysta i ładna polszczyzna". Poprawnej polszczyzny również chciałbym zostać orędownikiem, ale nie czuję się w tej materii kompetentny. A po trzecie są dla mnie też pewnym wyzwaniem, i to jeszcze takiego typu, który sprawia mi przyjemność.

Wracając do przyczyn rozmycia uwagi. Wydaje mi się, że rewolucja teleinformacyjna jaka nastąpiła na początku XXIw. jest tutaj również winowajcą. Ponieważ nagle pojawiło się bardzo wiele źródeł informacji, gdzie ze wszystkich chcemy czerpać, ale nie mamy możliwości, więc tak tylko zanurzamy dłoń tuż pod powierzchnią i już moczymy ją w kolejnym z dostępnych nam źródeł informacji. Ale jaki to ma sens, że przeczyta się na dwóch, przypuśćmy, że nawet i przeciwstawnych portalach o tym samym wydarzeniu, jeśli oba źródła podają też nie pełne artykuły, a okrojone do nawet i kilkuset znaków notki. Niewiele się z czegoś takiego dowiem. Zdaję sobie również sprawę z tego, że żyjemy aktualnie w globalnej wiosce, że mogę z równą łatwością porozmawiać z sąsiadem zza płotu, jak i z legendarną "ciotką z USA" i pewno z obiema tymi osobami będę rozmawiał o sprawach absolutnie bez znaczenia. Bo na nic głębszego nie ma czasu, bo to za długie.

wtorek, 15 września 2015

O szczerości.

Ciągnę myśl z poprzedniej notki...

I tutaj niby mogę, czy też powinienem podać link, ale na ile to będzie kierowane wolą zapoznania Was, moi drodzy Czytelnicy, z moją poprzednią notką i ciągiem myślowym, a na ile zdobyciem kolejnych wyświetleń? Zależy mi na jednym, a przez to na drugim.
Chciałbym, żebyście możliwie w pełni podążali za moim tokiem myślenia, a z drugiej strony wiem, że robi mi to wyświetlenia. Trochę takie niedźwiedzie zamiary.
Czytanie tej notki bez zapoznania się z poprzednią będzie trochę jak czytanie drugiej części dowolnej zwartej serii, czyli takiej gdzie wydarzenia w kolejnych książkach bezpośrednio wypływają z poprzednich.
Zostawię waszej woli i osądowi czy chce wam się wejść na bloga jako takiego i przeczytać całą poprzednią notkę. Ale szukając kolejnych przykładów. Choćby i makijaż można poddać analizie pod tym względem. Tylko pod jakim? Pod względem szczerości rozumianej jako otwartość motywów. Makijaż według mnie może być albo korekcyjny, albo imprezowy, gdzie korekcyjny ma za zadanie kryć niedoskonałości skóry, zaś imprezowy jest ostrym makijażem mającym przykuć uwagę do naszej osoby i jakiegoś konkretnego waloru twarzy z reguły oczu. Tylko, czy któreś jest choćby relatywnie lepsze od drugiego? Niby jak człowiek jest na imprezie to wie, że to makijaż, że pod tym są skazy. Z drugiej strony czy naprawdę na imprezie człowiek przywiązuje wagę do tego, że ktoś ma makijaż na twarzy?
Gombrowicz pisał w swoich Dziennikach o makijażu i czającej się za nim obłudzie. Dostrzegał ją z resztą nie tylko w makijażu, ale i choćby w butach na obcasie.
Ale żeby nie przedłużać rzucę jeszcze jednym tylko przykładem. Otóż:Wegetarianie. Czemu jest tak, że można kupić kotlety sojowe o smaku schabowego? Rozumiem wegetariańską chęć nie przyczyniania się do czyjegoś cierpienia, ale czemu ta chęć musi smakować jak to cierpienie? Może nie jest to złe, ale na pewno niezrozumiałe i dziwne dla mnie. Przeanalizujmy to pod względem tego, czy te motywy są otwarte. Z tego co mówią wegetarianie w przestrzeni publicznej, to tak, są otwarte. Bo albo powołują się na chęć ograniczenia zwierzęcego cierpienia, albo niechęć do jedzenia czegokolwiek z twarzą, albo z jakichś dziwnych przyczyn mięso im po prostu nie smakuje. Tu wróćmy do tych, którzy chcą ograniczyć cierpienie zwierząt. Nie chcę się spierać czy one faktycznie cierpią, ale na pewno i tak umierają i umrą, bo rzeźnie produkują "ile wlezie", a nie " tyle ile się sprzedało w ostatnim miesiącu", więc można by nawet powiedzieć, że jest to marnowanie ofiary tych zwierząt. Uzasadnienie o nie dokładaniu się do tego cierpienia jest właściwsze, bo wygląda jakby ktoś go używający zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko aktualnie jest produkowane w trybie "ile wlezie".
Wracając do tematu szczerości, jako jawności motywów, to czy nie byłby piękniejszym Świat, w którym wszyscy są wobec siebie absolutnie szczerzy? Nie ma marketingu, reklam. Jest tylko szczera współpraca PRowa, o której i tak wszyscy wiedzą, że jest opłacona. ALE! Opłacany ręczy swoją reputacją i nie może się zasłonić tym, że to "tylko reklama". Czyli wracamy do odpowiedzialności i konsekwencji pojmowanej tak jak w innej mojej notce, tym razem tej o samodzielnym myśleniu. Czyli jako konsekwencji pojmowanej w sensie cechy i następstw naszych czynów. Czy jesteśmy gotowi jako ludzie z godnością wypić to piwo, które ważymy.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

sobota, 1 sierpnia 2015

Pisany vlog #6

Spacerowałem sobie wczoraj po Krakowie, a jeśli o tym piszę to znaczy, że coś ciekawego się podczas tego wydarzyło. Po pierwsze zawędrowałem do okolicy gdzie się wychowałem, zobaczyłem, że okno mieszkania na parterze gdzie mieszka mój przyjaciel z dzieciństwa jest otwarte. Postanowiłem sprawdzić, czy jest w domu i ostatkiem woli powstrzymałem się od krzyknięcia jego imienia jak to zwykłem robić dziecięciem będąc. Podszedłem do domofonu, nacisnąłem guzik odpowiadający za zadzwonienie do jego mieszkania i jak kiedyś powiedziałem "Dzień dobry, czy jest XXX?". Okazało się, że jest. Wszedłem na klatkę, otworzył mi. I po początkowym zdziwieniu, że się pojawiłem powiedział, że ma czas na pięć minut pogadać przed kamienicą. Stoimy, rozmawiamy. Nic się nie dzieje. Woła przez okno brata i mówi mu, że skoro trzeba pójść zrobić zakupy to on pójdzie. Ich ojciec wyszedł do okna dać mu kasę. Kiedy się przywitałem najpierw mnie nie rozpoznał, potem z racji noszonego zarostu nazwał Rumcajsem. I jak za młodu poszliśmy na pobliski plac targowy po zakupy. Włóczymy się, gadamy. Nic się nie dzieje. Wracamy. Potem wygospodarował jeszcze kolejne dwadzieścia minut czasu. Idziemy na pobliskie błonia, siadamy na ławce. Gadamy. Czas się kończy. Rozchodzimy się. Ja dalej włóczyć się po mieście, on do swoich spraw. Niby nic wielkiego. Gadanie, chodzenie. A dla mnie to wszystko miało niesamowite znaczenie. Poczułem się znów jakbym miał 15 lat. Czasem fajnie jest poczuć się poniżej swoich kompetencji. Można wtedy bardziej docenić to kim się jest i co się osiągnęło.
Ale to nie jedyne ciekawe co się u mnie podziało. Spacerowałem dalej, doszedłem do plant i widzę kobietę na ławce. Nic niezwykłego, jednak książka, którą czytała była już bardzo niecodzienna, ponieważ czytała Prousta. Pierwszy raz widziałem kogoś kto trzymał książkę tego autora w ręce. Ostatnią ciekawą rzeczą jaka mi się wczoraj było to jak cały czas dreptam sobie plantami ze słuchawkami w uszach. Czuję tapnięcie na ramieniu i zaczepia mnie facet. Łysy, koszulka z husarze, krótkie spodnie i takie adidaso-trampki. Czarne z białymi sznurówkami. Ja, koszulka Iron Maiden, spodnie-bojówki wpuszczone w cholewy butów. I właśnie o te buty, a nie o zawartość portfela, czy też poglądy zostałem zapytany. I to zostałem zapytany w bardzo uprzejmy i miły sposób. A przez temat narodowca przechodzimy do dwóch kolejnych, do wyglądu i pierwszego wrażenia, a także do tego co jest dzisiaj. Do rocznicy powstania warszawskiego. Zacznijmy jednak od wyglądu i pierwszego wrażenia. Spacerując wczoraj widziałem dużo turystów, którym chciałem pomóc kiedy widziałem, że stoją z mapą w ręce i nie wiedzą do końca gdzie są. Ich reakcją był, można to nazwać strachem. Faktycznie bali się mnie w takim stroju. Kiedy parę dni wcześniej, co prawda do innych ludzi, ale podchodziłem ubrany w jeansy prosili o pomoc, albo odmawiali, ale żaden z nich nigdy nie podskoczył ze strachu. A ja mówiłem zawsze w ten sam uprzejmy i spokojny sposób, czy potrzebują pomocy. A teraz przejdźmy do rocznicy powstania. Zauważyliście, że dzisiejszy dzień jest taki trochę pusty. Zaczyna się po godzinie siedemnastej? Wcześniej nie wypada nic robić, bo przecież to święto. A jednocześnie jest to święto puste. Smutnym jest to, że nie świętujemy żadnego z naszych zwycięstw, a jedynie taplamy się w bagnie porażki. Oni walczą już od godziny.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

sobota, 11 lipca 2015

O woli słów kilka.

Od jakiegoś bardzo męczy mnie zagadnienie woli ludzkiej. Woli rozumianej jako motoru napędzającego życie człowieka od początku gdziekolwiek by nie był, aż do śmierci. I nie mam tutaj na myśli jej zmian wobec konkretnych jej przedmiotów, ale zmian jej natężenia i czynników, które te zmiany wywołują. Zastanawia mnie w tym wszystkim również fenomen mówców motywacyjnych. Nie mam zamiaru tutaj ich krytykować, raczej bardzo mi smutno, że w ludziach nie ma samoistnie tyle woli, że tacy ludzie są potrzebni. Ale najpierw wypadałoby, żebym opisał wolę. Jak ją rozumiem, czym dla mnie jest. Jest ona dla mnie motorem napędowym działań ludzkich mających inny cel niż utrzymanie czysto biologicznej egzystencji. I tak jak zacząłem o niej myśleć, to wyobraziłem ją sobie jako ognisko, które płonie gdzieś w człowieku. Akcje innych ludzi mogą je gasić lub rozniecać, te same akcje są również dostępne człowiekowi wewnętrznie.
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

środa, 17 czerwca 2015

Dwóch stron kija opisanie.

Zauważyliście, że rzadko się zdarza, żeby człowiek polemizował sam ze sobą? Żeby po przedstawieniu jednego punktu widzenia, zreflektował się i powiedział: "ale z drugiej strony...". Ludzie jakoś przestali polemizować sami ze sobą. Nie próbują też zrozumieć drugiego człowieka, podczas rozmowy z nim, a jedynie wpoić mu swój punkt widzenia, lub w przypadku jego oporu wobec prób konwersji, ośmieszyć i zwyzywać od głupich. Ludzie przestali chcieć się domyślać, a chcą tylko wiedzieć. A zdobytej wiedzy nie wykorzystują, ponieważ pokrywa ona trywialne tematy, jak na przykład co działo się na ostatniej imprezie, lub kto co zrobił. Spotkałem się z opinią jakoby było to spowodowane przez chęć bycia w grupie. Spotkałem się z tą opinią na facebooku, na stronie "Jasmine ToValli".
Możliwe, ale jednak bardziej skłaniałbym się ku jednostkowej woli wiedzy jako przyczynie takiego stanu rzeczy. Jednocześnie przy woli wiedzy ludzie boją się kontrargumentów, nawet podawanych w kontrolowanych przez siebie porcjach. Wiedza nie konfrontowana z niczym jest płytka i jednostronna. Wspomniana przeze mnie wcześniej postawa braku woli umacniania i swojej wiedzy powoduje z kolei nie chęć do polemiki, co z efektem spirali wzmacnia strach przed kontrargumentami. Dzieje się tak, ponieważ polemika wymaga od polemizujących szerokiego spojrzenia i tolerancji, czy też szacunku dla poglądów drugiej osoby i rozmówcy jako takiego. Następstwem opisanego przeze mnie stanu rzeczy jest to, że ludzie się kłócą, próbując jeden drugiemu narzucić swój punkt widzenia przy użyciu argumentów bez żadnej wartości merytorycznej, będącymi jedynie chwytami erystycznymi, jedynie pozornie ad rem, czyli odnoszącymi się do rzeczy, a tak naprawdę jedynie liżącymi zagadnienie przez szybkę. Zdaje mi się również, że ludzie nie potrafią, lub po prostu nie chcą widzieć, że nie tylko oni mają rację, nie chcą widzieć szarości, świat jawi im się jako monochromatyczny, rysowany mocną, wyraźną linią jak z jakiegoś komiksu noir, gdzie wszystkie kontury i granice są nawet zbyt wyraźne. Jedynie granice mentalne między głównym bohaterem i antybohaterem nie są tak wyraźne. Ale tego nie chce się widzieć. Potrzebujemy świata Smoka i Świętego Jerzego, czy Zygfryda. Wyraźnego zła i wyraźnego dobra. Materii i antymaterii, która w wielkim zderzeniu powoła do życia nowy świat. Tylko kiedy nastąpi to zderzenie? Bo obijają się o siebie te światy już od jakiegoś czasu. Ja nie mam pomysłu.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

sobota, 6 czerwca 2015

Cebuloszynista #3

I tak mijają im dnie. Albo na skakaniu, albo na narzekaniu, że są po niewłaściwej stronie.


https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

czwartek, 4 czerwca 2015

Próba zrobienia lepiej

Jak takiś mądry to zrób lepsze. Pokaż lepsze jak potrafisz!
Taki zwrot zasługuje według mnie na to, żeby mu się dokładniej przyjrzeć.
To wyzwanie i kpina zarazem. Kpimy ironicznie:"Jak takiś mądry". Zakładamy jednocześnie, że rozmówca nie jest taki mądry i się speszy, że nie jest w stanie wykonać danej czynności lepiej. A co by było gdyby ktoś ten jeden raz był kamieniem dla przysłowiowej kosy, albo kreską dla równie przysłowiowego matyska i zrobił daną rzecz faktycznie lepiej. To dopiero byłoby kpiarstwo i ironia. Ale to się chyba nigdy nie wydarzy. Ten tekst jest zawsze wygłaszany w stosunku do osób, o których wygłaszający jest pewien, że nie są w stanie być lepszymi. Tylko raz w moim życiu zdarzyła się podobna sytuacja i to ja byłem tym, który zrobił lepiej. Rzecz się stała w gimnazjum. Otóż raz coś mnie tknęło i postanowiłem się pouczyć do sprawdzianu z języka angielskiego. Czas jakiś po sprawdzianie, anglistka oddaje nam sprawdziany i zadaje klasyczne pytanie czy był łatwy. Odpowiedziałem, że tak... A jedna z koleżanek jak się nie obruszy, i nie wrzaśnie:(pamiętam dokładnie słowa jakby to było wczoraj)"Ty zawsze mówisz, że był łatwy, a i tak masz słabe oceny, co teraz dostałeś?", odparłem jej-"czwórę".
Odpowiedziało mi milczenie. Miała niższą ocenę. Czyli ja nie ucząc się miałem takie oceny, jak ona ucząc się. I fakt faktem, nawet mając tak "słabe oceny", czyli na poziomie trójki mówiłem, że sprawdzian był łatwy. Bo on był łatwy, tylko my się nie nauczyliśmy wystarczająco. Teraz jak definiuję łatwość sprawdzianu spytacie? Jako pokrywanie się materiału na sprawdzianie, z tym robionym na lekcjach. Jako brak zadań wymagających jakichś specjalnych zdolności, czyli na przykład napisanie wiersza z rymami w układzie AB AB, stroficznego, z akcentami na trzecią sylabę, trzynastozgłoskowego. Wracając zaś do poprzedniej myśli, mi, aby wzejść o stopień w górę wystarczyło piętnaście minut. O ile lepiej napisałbym ten sprawdzian, gdybym na naukę poświęcił pół godziny? Ale po co jeśli sprawdziany nie są obiektywnym odzwierciedleniem wiedzy i umiejętności. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. I to nie ten klasyczny, gdzie ja nie ściągałem i dostałem 3, a ktoś ściągał i dostał 5. Zupełnie inny, jeszcze ze szkoły podstawowej. Otóż mieliśmy do przeczytania jako lekturę szkolną "Przygody Odyseusza", autorstwa Jana Parandowskiego. Książeczka miała może 40 stron, co nie przeszkadzało mi jej czytać każdego wieczora od deski do deski przez bite dwa tygodnie, bo na tyle przed zaczęciem przerabiania ją wypożyczyłem. Przyszedł czas sprawdzianu ze znajomości lektury. W pierwszym pytaniu rozpisałem się tak bardzo jak tylko mogłem, nawet aż za bardzo. Ponieważ mimo tego, że napisałem w nim również odpowiedź na drugie pytanie(w odpowiedzi na pierwsze trzeba było streścić fragment na wyspie Polifema, a na drugie opowiedzieć o konsekwencjach tego pobytu, to nauczycielka zarzuciła mi nieznajomość lektury i wlepiła dwóję. Widzicie tu logikę? Bo ja nie. Jeszcze lepszym w "robieniu lepiej" jest kiedy za to zabiera się osoba o ewidentnych brakach w kompetencjach. Takich brakach, że po za jej zasięgiem jest nawet zrobienie dobrze. A jednak taka osoba chce pomagać innym. Chce już bez wyzwania, ale jednak robić lepiej. Mam tu na myśli administratorkę pewnej samopomocowej grupy dla blogerów. I pomyliła zamiast napisać "przynajmniej", użyła słowa "bynajmniej". Znacie ten ból? Jeśli nie to, się cieszcie, ale też was to czeka, zaś Ci którzy jak ja wiedzą o co chodzi to mogą się również cieszyć, że to rozczarowanie już za nimi. Jak bardzo trzeba się idealizować, żeby w ogóle czuć się w kompetencji poprawiania innych, a jednocześnie robić takie błędy? Sam idealny nie jestem, ale jednocześnie zawsze podchodzę do siebie bardzo samokrytycznie, a ludziom w obecnych czasach chyba bardzo tego brak. A i tak nie jestem lepszy od nich. To wszystko co tutaj napisałem, może być brane za tak bardzo obłudne. Mam nadzieję, że jednak nie sądzicie, że byłbym do czegoś takiego zdolny.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

środa, 13 maja 2015

O doświadczeniach z wykładowcami.

To kilka historyjek z mojego studiowania, a także ze studiowania mojego brata. Otóż możliwe, że o profesorze Tadeuszu Gadaczu już pisałem, ale po pierwsze nie pamiętam gdzie i kiedy, a po drugie to bardzo fajna i krótka historia, więc czemuż miałbym jej nie opowiedzieć po raz drugi. Otóż miałem z nim pewien filozofio-pochodny przedmiot, na którym w trakcie wykładu padło nazwisko Paula Ricoeura. Słuchamy więc wszyscy słuchacze wykładu na temat tegoż filozofa. Gdzieś w połowie swojego opowiadania wspomniał tak sobie o, jak wypad do sklepu po pomidory i cebulę, to jak spacerował z wyżej wymienionym filozofem po jednym z krakowskich parków i dyskutował z nim o filozofii i życiu. Pomyślałem wtedy, że mam wielkie szczęście siedząc na wykładzie kogoś takiego i słuchając jego opowieści o filozofii. A dokładniej Hermeneutyce współczesnej kultury, bo tak się ten przedmiot nazywał. Ale nie mam tak wielkiego szczęścia jak mój inny wykładowca. Doktor Jan Galarowicz. Nie wie co to radość z życia ten, kto nie rozmawiał z tym człowiekiem. Widać było, że ten człowiek nieustannie cieszy się życiem, że jego dusza jest pogodna. Tak, pogoda ducha to pierwsze określenie jakie wpada mi do głowy, gdy myślę o tym człowieku. Niesamowite były z nim zajęcia. Prowadził dla nas ćwiczenia z etyki. Zajęcia trwały dwie godziny i piętnaście minut, ale on był bardzo zorganizowany i zawsze dzielił to na trzy części, oddzielone pięciominutowym przerwami. I nigdy się nie zdarzyło, żebyśmy przerwali w połowie jakiegoś zagadnienia, z powodu końca czasu. Zawsze w garniturze, zawsze mówił spokojnie, miał bardzo piękny głos. Zaliczenia u nich też nie były problematyczne. I nie mam tutaj na myśli trudności, a to jak bardzo niestworzone problemy potrafią czasem stwarzać wykładowcy. Moich doświadczeń nie ma w tym żadnych zaś słyszałem historię wedle, których obliczenia z wyższej matematyki poprowadzone tak, że nawet ja, który z matematyką nigdy jakoś bardzo za pan brat nie byłem, rozumiałem co i z czego, zostały ocenione na 3.0 i nazwane niechlujnymi. Przyznacie mi chyba, że coś tu było nie tak. Mój brat, z wykształcenia inżynier, choć ja jako socjolog w trakcie kształcenia podpisuję się pod tym obiema rękami. Otóż stworzył on typologię wykładowców uczelnianych. Oparta jest na dwóch kategoriach dychotomicznych, czyli takich, że albo się takim jest, albo nie i nie ma półśrodków. Jedną z tych kategorii jest wewnętrzna wola wykładowcy do przekazywania wiedzy, zwana dalej chceniem się, oraz robienie problemów, czyli wypiętrzanie krecich kopców do rozmiarów Mount Everest, zwana dalej robieniem problemów. Jak widać najlepszym jest wykładowca nie robiący problemów, któremu się chce. Każdy zna przynajmniej jednego takiego. Najgorszym zaś jest taki, któremu się nie chce, i który w dodatku robi problemy. Takich pewno też znacie, ale miejmy nadzieję że możliwie mało. Ale ostatnio zdarzyło mi się znów pozować z racji mojego upodobania do ekstrawaganckiego stroju. I napadało mnie w związku z tym parę rzeczy. Pierwszą jest obserwacja poczyniona w trakcie samego pozowania.
Otóż jedna z malujących mnie dziewczyn, za każdym razem kiedy proszony przez prowadzącą zmieniałem pozycję, uśmiechała się. Ćwiczenie polegało na szybkich kilkuminutowych szkicach. Dynamizm tak statecznej rzeczy jak malowanie, zmiana, wewnętrzny kontrast. Coś co zdawało się rozsadzać ją od środka. Jakby nawet chciała, żebym czynił nieznaczne zmiany pozycji w trakcie jednego szkicu. Widać po niej było to samo co w opisywanym przeze mnie doktorze Galarowiczu. Pogodę ducha. Stan nieustającego spokoju, kiedy dusza(,bo nie duch, to jest duża różnica.) wie, że wszystko jest dobrze, albo będzie dobrze. A nawet jeśli coś ogólnie ją męczy to, w danym momencie izoluje się od męczących bodźców i jest szczęśliwa. I jest to stała właściwość duszy. Można ją nabyć wypracowując, można się z nią urodzić, ale wtedy trzeba się pilnować, żeby nic jej nie mąciło, bo możemy ją utracić na rzecz tylko chwilowego szczęścia.
Drugą rzeczą jest kilka moich przemyśleń poczynionych o pozowaniu. Jest to epatowanie swoim jestestwem. To jest manifestowanie siebie dla innych, ale jednocześnie dla samego siebie, ponieważ można wtedy po prostu być. Nie robić nic. Tylko być. W tej czy innej pozycji, ale tylko być. Nie egzystować, nie istnieć. Być. Na tym najoczywistszym, najbardziej empirycznym poziomie, można wtedy pogłębić swoje poznanie siebie. Zwłaszcza kiedy mamy swobodę doboru pozycji w jakiej pozujemy. Można się zastanowić, czemu właśnie tą, a nie inną pozycję wybrałem. Nie będę tu mówił o medytacji, ale o jakiejś podróży wgłąb swojej psychiki i jestestwa to już na pewno. Pozując poczułem, że oto jestem. Ciężko to opisać w jakiś bardziej zrozumiały sposób, ale poczułem się w sobie, jednocześnie epatując jestestwem na zewnątrz w pełnym ekshibicjonizmie... właściwie czego? Byłem ubrany od stóp do głów, nawet nie czułem się nagi przed rysującymi, czułem się po prostu sobą. Więc był to swego rodzaju ekshibicjonizm duszy, ale też nie taki jak panuje w internecie, gdzie się krzyczy co człowieka boli, że to złe, tamto niedobre, tylko taki na poziomie samego bytu. Ja tam byłem, a oni to uwieczniali.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

sobota, 4 kwietnia 2015

O krytyce rzecz krótka.

Zdarzyło mi się ostatnio pozować w szkole rysunku ze względu na moje zamiłowanie do ciekawych strojów. Dwa razy stałem, dwa razy siedziałem. Ogólnie bardzo miła robota, i tak stojąc widziałem jeden z powstających rysunków. Żeby mi się nie dłużyło patrzyłem na powstający wcale ładny obraz olejny. Kiedy malowany był mój korpus zacząłem mu się coraz baczniej i baczniej przyglądać, aż doszedłem do wniosku, że coś jest z nim nie tak. Tylko, że co powiedzieć? "Coś jest nie tak z moim korpusem na Twoim obrazie?" Gdzie dokładnie znajduje się mankament? W okolicach trzymanej za pasem dłoni. I co powiedzieć: "coś jest nie tak z moją dłonią na Twoim obrazie?" To wciąż było za mało. Zacząłem się z jeszcze większą uwagą przyglądać swojej dłoni na obrazie. Kiedy już udało mi się zlokalizować cały problem jakim był światłocień w okolicy kciuka, malarka zrobiła odejście od obrazu i sama dostrzegła coś, czego zlokalizowanie zajęło mi jakieś pięć minut pozowania. Błąd oczywiście skorygowała i obraz stwarzał w oglądającym niczym nie zmącony obraz niezłego malarstwa. Mnie jednak zaczęło to coraz bardziej zajmować i pozując zacząłem z tą dziewczyną rozmawiać o moich przemyśleniach. Odpowiedziała, że już na drugim stopniu moich doprecyzowań mogłem jej zwrócić uwagę, że resztę zobaczyłaby sama. Ja jednak bałem się posądzenia o niekonstruktywną krytykę. Zacząłem się w tym miejscu zastanawiać kiedy krytyka przestaje być niekonstruktywna.

Poszedłem w tych przemyśleniach za wiedzą o polityce i wotach nieufności. Niekonstruktywne mówi"Nie chcemy tego premiera", konstruktywne mówi "Nie chcemy tego premiera, chcemy tego, którego zaraz wam przedstawimy". Więc to nie ilość uszczegółowień krytyki czyni zeń niekonstruktywną, a to czy przedstawimy jakieś rady prowadzące do rozwiązania problemu. Czy na pewno? Niekonstruktywna krytyka często potrafi coś stworzyć. Często jest tak, że jak ktoś sformułuje swoją krytykę na tych trzech wymienionych przeze mnie poziomach, to ktoś kto ma w danej sprawie większe doświadczenie znajdzie ku temu rozwiązanie. A czemu sam nie zauważył niedoróbki? Mógł nie zdążyć wypowiedzieć swojej (w jego przypadku) konstruktywnej krytyki, albo mogła ona siedzieć w jego podświadomości i dopiero zostać wydobyta przez niekonstruktywnego krytyka.

Może należy spojrzeć na nie/konstruktywną* krytykę nie w kategoriach niej samej, ale przydatności. Ciężko mi stwierdzić, czy w ogóle można postawić między tymi dwoma typami krytyki można postawić jakiś znak nierównoważności na korzyść, któregokolwiek z typów. Bo konstruktywna podaje rozwiązanie, ale może gdyby postronni słuchający tej krytyki nie usłyszeli, że należy zrobić to to i to, to może znaleźli by inny sposób, a tak górę bierze syndrom myślenia grupowego, czyli coś co socjologia definiuje jako autocenzurę, umniejszanie problemów, wzajemne wspieranie się w utrzymywaniu narzuconego przez grupę sposobu myślenia. Niekonstruktywna z kolei napotka problem w sytuacji gdy nikt z grupy nie ma żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Albo znowu pomoże im myślenie grupowe i skarcą krytykanta, że się niekonstruktywnie czepia i problemu wcale nie ma, albo się grupowo zawezmą i znajdą rozwiązanie. Jako pointę pozwolę sobie zacytować Schopenhauera, który powiedział" Postawcie szare, koło czarnego będzie białe, postawcie je koło białego, a zda się czarne".

*niepotrzebne skreślić