Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 3 maja 2018
O usposobieniu podróżników.
Naszła mnie następująca myśl w związku z tym, że moja dziewczyna pojechała na krótki wywczas na Chorwację. Mnie nie ciągnie, aż tak bardzo w świat jak ją. I wczoraj pod prysznicem, naszło mnie olśnienie, dlaczego, albo co powoduje, że kogoś bardziej, a kogoś mniej ciągnie poza granice miasta. I to na co wpadłem, to coś, co pozwoliłem sobie nazwać "granicą innego". Mam tu w tym momencie na myśli, jaki dystans fizyczny uznajemy za bliski dla naszych myśli. Można to określić jako coś co wyznacza nasz, jednostkowy świat, czy ojczyznę. Albo jak daleko od naszego miejsca zamieszkania, podstawy kulturowe zmieniają się na tyle mocno, że warto je poznać. I tu można by rozrysować oś, gdzie jednostka jest układem odniesienia i im dalej od niej, tym dalej musi pojechać, żeby we własnym odczuciu "doświadczyć czegoś nowego". I tu każde z nas, ludzi i z nas, jak dwójki ludzi tworzących parę, ma inne podejście. Dla mojej dziewczyny "inne" zaczyna się, przynajmniej za granicami kraju, a im bardziej zagranicznie, tym lepiej. Dla mnie "inne" zaczyna się na zewnątrz mojego ciała. Każde z tych podejść ma swoje dobre i złe strony. Jedno daje szeroki ogląd większego kawałka fizycznego świata, drugie daje bardziej dogłębne poznanie mniejszego kawałka. To trochę jak z badaniami ilościowymi i jakościowymi w socjologii. Ja jestem wedle tej metafory bardziej "jakościowy", a moja dziewczyna "ilościowa". Każde z tych podejść ma swoje plusy i minusy, jak wszystko z resztą. Bo różnice narastają wraz z kilometrami, ale też nie można zamykać wszystkiego w twardych szufladkach i uważać, że po przekroczeniu wyimaginowanej linii, magicznie wkraczamy w inny świat, wiem, że to może być trochę uproszczenie. Z drugiej zaś strony, jak wcześniej zauważyłem, różnice narastają wraz z przebytymi kilometrami od miejsca zamieszkania, więc nastawiając się na szukanie różnic tak blisko siebie, człowiek niejako zamyka się na te naprawdę poważne zmiany. Bo kultury są w pewien sposób wiążące i działające na jednostki, więc mimo różnic w szczegółach, Polak, będzie Polakiem. A Francuz Francuzem. Kwestia jak zawsze, sprowadza się do znalezienia jakiegoś złotego środka, indywidualnego dla każdego. Stoicyzm okazuje się być bardzo pożyteczny dla indywidualnej, jednostkowej, wewnętrznej moralności. Choć może być, też i zewnętrzna, ale o tym kiedy indziej.
poniedziałek, 25 września 2017
O wiedzy i jej postrzeganiu, czyli czy ludzie naprawdę chcą być głupi?
Od jakiegoś czasu spędza mi sen z powiek, pewna obserwacja i poczynione przeze mnie w związku z nią wnioski.
Zaobserwowałem, że ludzie z nieznanych mi przyczyn unikają wiedzy, mądrości. Nie mam tu oczywiście na myśli wszystkich ludzi zawsze. Niektórych czasami, a innych w pełnym wymiarze godzin. Nie wiem skąd się bierze taka awersja nie tylko do szkoły, ale i do samych przedmiotów, przyznam szczerze samemu byłem ze szkołą na bakier, lubiłem słuchać o prawach fizyki, związkach chemicznych, strefach klimatycznych, ale również przyjemność sprawiało mi analizowanie wierszy, czy debaty na lekcjach historii, czy wiedzy o społeczeństwie.
Zaś pewna część osób z mojej klasy zarówno licealnej, jak i gimnazjalnej, z jakichś powodów umyślnie nie tylko nie uważała na lekcjach, ale również nie uczyła się w domu.
Ja nie robiłem tylko tego drugiego. Ciężko było mi się skupić w domu. Tak jak Sartreowi nad morzem. Zastanawia mnie co takiego waży o takim niedbałym podejściu do nauki szkolnej, rozwoju intelektualnego. Obowiązkiem szkolnym tego nie nazwę, bo przechodziły te osoby z klasy do klasy i pojawiały się na ciut-więcej-niż-połowie lekcji, więc technicznie rzecz ujmując tę powinność wypełniały. Nie było to raczej z powodu braku własnego kąta do nauki, bo każda z tych osób posiadała własny pokój. Niedobory czasu też raczej nie były przyczyną, bo wystarczyło przestać robić to wszystko co odciągało ich od nauki. Filmy, wypady ze znajomymi, nadmierne imprezowanie. Może źle reagowali na przymuszanie do nauki w szkole podstawowej, a czując w gimnazjum, czy liceum trochę wolności momentalnie uciekali się do hedonizmu?
Może kiedyś na polu nauki odnieśli pasmo porażek, z których żadne z nich później się nie podniosło? A może się uczyli, ale nie odnosiło to efektów, bo nie wiedzieli jak się uczyć? Też nigdy nie umiałem się uczyć, stąd uważałem na lekcji, żeby nie musieć tego robić. Nie wymagam od nich niczego, bo zauważam pewną różnicę między prostactwem, a prostotą i nie uważam, żeby było cokolwiek złego, czy uwłaczającego, w prostocie. Jedynie się zastanawiam nad tym wszystkim. Może kwestia jest w tym, że "byli nauczeni" na daną lekcję, ale nie umieli jakoś przełożyć wiedzy z umysłu na papier, czy wypowiedź, bo dawało się z nimi normalnie porozmawiać i to nie tylko o tym najbardziej przyziemnym "Co u Ciebie", ale też dało się też na tyle na ile umie przeciętny licealista bez właściwej wiedzy, wpełznąć w filozofię.
Może to kwestia rodziców, którzy chcą, żeby ich dziecko się rozwijało, ale kiedy widzą, że może się rozwinąć ponad nich, zaczynają je ściskać, żeby czasem nie musieli sami czegoś przeczytać. A bardzo ważne jest to, że myślimy w języku. Używamy słów do formułowania myśli, im bardziej precyzyjnych terminów używamy w myślach i wypowiadanych zdaniach, tym bardziej unikamy nieporozumień. Nie szafuję wyroków, które wyjaśnienie jest najbardziej właściwe, bez głębszego wglądu w poszczególne przypadki. Nie chcę również szafować żadnymi rozwiązaniami, czy wyrokami, więc zakończę całą tyradę tutaj, po prostu opisując obserwację.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Zaobserwowałem, że ludzie z nieznanych mi przyczyn unikają wiedzy, mądrości. Nie mam tu oczywiście na myśli wszystkich ludzi zawsze. Niektórych czasami, a innych w pełnym wymiarze godzin. Nie wiem skąd się bierze taka awersja nie tylko do szkoły, ale i do samych przedmiotów, przyznam szczerze samemu byłem ze szkołą na bakier, lubiłem słuchać o prawach fizyki, związkach chemicznych, strefach klimatycznych, ale również przyjemność sprawiało mi analizowanie wierszy, czy debaty na lekcjach historii, czy wiedzy o społeczeństwie.
Zaś pewna część osób z mojej klasy zarówno licealnej, jak i gimnazjalnej, z jakichś powodów umyślnie nie tylko nie uważała na lekcjach, ale również nie uczyła się w domu.
Ja nie robiłem tylko tego drugiego. Ciężko było mi się skupić w domu. Tak jak Sartreowi nad morzem. Zastanawia mnie co takiego waży o takim niedbałym podejściu do nauki szkolnej, rozwoju intelektualnego. Obowiązkiem szkolnym tego nie nazwę, bo przechodziły te osoby z klasy do klasy i pojawiały się na ciut-więcej-niż-połowie lekcji, więc technicznie rzecz ujmując tę powinność wypełniały. Nie było to raczej z powodu braku własnego kąta do nauki, bo każda z tych osób posiadała własny pokój. Niedobory czasu też raczej nie były przyczyną, bo wystarczyło przestać robić to wszystko co odciągało ich od nauki. Filmy, wypady ze znajomymi, nadmierne imprezowanie. Może źle reagowali na przymuszanie do nauki w szkole podstawowej, a czując w gimnazjum, czy liceum trochę wolności momentalnie uciekali się do hedonizmu?
Może kiedyś na polu nauki odnieśli pasmo porażek, z których żadne z nich później się nie podniosło? A może się uczyli, ale nie odnosiło to efektów, bo nie wiedzieli jak się uczyć? Też nigdy nie umiałem się uczyć, stąd uważałem na lekcji, żeby nie musieć tego robić. Nie wymagam od nich niczego, bo zauważam pewną różnicę między prostactwem, a prostotą i nie uważam, żeby było cokolwiek złego, czy uwłaczającego, w prostocie. Jedynie się zastanawiam nad tym wszystkim. Może kwestia jest w tym, że "byli nauczeni" na daną lekcję, ale nie umieli jakoś przełożyć wiedzy z umysłu na papier, czy wypowiedź, bo dawało się z nimi normalnie porozmawiać i to nie tylko o tym najbardziej przyziemnym "Co u Ciebie", ale też dało się też na tyle na ile umie przeciętny licealista bez właściwej wiedzy, wpełznąć w filozofię.
Może to kwestia rodziców, którzy chcą, żeby ich dziecko się rozwijało, ale kiedy widzą, że może się rozwinąć ponad nich, zaczynają je ściskać, żeby czasem nie musieli sami czegoś przeczytać. A bardzo ważne jest to, że myślimy w języku. Używamy słów do formułowania myśli, im bardziej precyzyjnych terminów używamy w myślach i wypowiadanych zdaniach, tym bardziej unikamy nieporozumień. Nie szafuję wyroków, które wyjaśnienie jest najbardziej właściwe, bez głębszego wglądu w poszczególne przypadki. Nie chcę również szafować żadnymi rozwiązaniami, czy wyrokami, więc zakończę całą tyradę tutaj, po prostu opisując obserwację.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Etykiety:
filozofia,
gimnazjum,
głupota,
grupa,
Jean,
język,
liceum,
myślenie,
Paul,
rówieśnicza,
Sartre,
socjologia,
szkoła,
treści,
wiedza
piątek, 3 czerwca 2016
O grach, ambicjach, zmianach w świecie.
Znacie te momenty podczas grania w sieci, zwłaszcza podczas rozgrywek gdzie wygrać może tylko jedna drużyna? Mecz był wyrównany, lub jednostronny, ale często znajdzie się ktoś kto już w trakcie hejtuje, albo używa mowy nienawiści(ich definicje podaję w poprzednich notkach), w których to pisze wszystkie błędy, które popełniliśmy, mimo, że często po prostu nie mogliśmy przewidzieć, że jest jeszcze jeden przeciwnik tuż za załomem i nasza samotna pogoń za uciekającym osłabionym wrogiem skazana jest na porażkę i będzie to to jedno zagranie, które zadecyduje o waszej przegranej. Co powoduje, że ktoś do wyniku rozgrywki przywiązuje taką wagę? Zaczęło mnie to zastanawiać, pod wpływem kilku zasłyszanych wypowiedzi gdzie ktoś obok mnie zadał to pytanie. I wydaje mi się, że znam odpowiedź.
Otóż trzeba zobaczyć i uznać pojawienie się nowej klasy, czy kategorii sław. Twórcy internetowi. Pod tym pojęciem rozumiem wszystkich, którzy zarabiają na treściach umieszczanych w internecie. Młodzi ludzie, w tym również i ja widzą tych twórców, którzy zarabiają pieniądze pozwalające im żyć na jakimś poziomie materialnym, na robieniu rzeczy, które dla wielu są przyjemnością. Vide granie w gry wideo.
Po dołożeniu do tego e-sportu i wielu ludzi, którzy mogą być wzorem dla kogoś kto gra, łańcuch akcji i reakcji się dopełnia. Użyjmy tutaj za przykład Jarosława "Pashę" Jarząbkowskiego, który jest zawodowym graczem aktualnie bardzo popularnej gry Counter - Strike: Global Offensive. Gra w zawodowej drużynie VirtusPro, jest patrząc po tym co udostępnia na swojej tablicy, absolutnie normalnym człowiekiem. Ma córkę i żonę, psa, a także dach nad głową. Po za graniem dużo ćwiczy na siłowni, co w pewien sposób przeczy stereotypowi gracza, jako otyłego, pryszczatego okularnika, ponieważ Pasha, jest wysokim dobrze zbudowanym, dbającym o siebie mężczyzną. Wydaje mi się również, że za jego przykładem pewna grupa młodych ludzi po za szkoleniem się w taktykach rozgrywania poszczególnych map, zaczęli również właśnie ćwiczyć na siłowniach. Temat wymagałby badań choćby na poziomie wywiadów jakościowych, by sprawdzić czy moje przemyślenia i tezy mają pokrycie w rzeczywistości.
Jednak popularność zajęć fizycznych wśród twórców internetowych, każe się zastanowić nad możliwością istnienia takowego związku i nieświadomego renesansu antycznej koncepcji kalokagatii, czyli połączenia rozwoju fizycznego z rozwojem duchowym, czyli również intelektualnym. Intelektualny rozwój środowiska twórców nie jest zaznaczany w parze z rozwojem fizycznym. Mam tutaj na myśli, że jeden twórca udostępnia zdjęcia z siłowni, towarzyskiego grania w piłkę nożną na pobliskim boisku, zaś inny będzie raczej się chwalił przeczytaną książką, lub obejrzanym filmem. W takim razie dlaczego odwołuję się do ideału Kalokagatii? Otóż dlatego, że w trochę innych kategoriach, ale ten rozwój idzie w parze. Mam tutaj na myśli w dużej mierze rozwój etyczny twórców objawiający się w braniu udziału w akcjach charytatywnych. Trochę wionie to odruchem Pawłowa, w ten sposób, że podejmowanie udziału w akcjach charytatywnych warunkuje częstsze branie przez niego udziału w tego typu przedsięwzięciach w przyszłości.
Spróbujmy pobawić się w prognozy, przy założeniu, że moje luźne obserwacje mają znaczące pokrycie w rzeczywistości. Do czego może doprowadzić sytuacja, w której pewna część młodych ludzi będzie chciała pójść w ślady Pashy i jemu podobnych. Uda się niewielu, ponieważ drużyny e-sportowe wymagają jak każda drużyna sportowa, sponsora, ligi, miejsca treningów, wyposażenia. Nie ma jeszcze ligi A i B w zawodowym e-sporcie. To bardzo ogranicza ilość zawodników poszczególnych drużyn. Nie ma też w tym rezerwowych". To może doprowadzić w przyszłości do frustracji poszczególnych jednostek. Jeśli w ogóle moje tezy o tym, że ludzie tak bardzo się starają, bo sami chcą stać się zawodnikami e-sportu są prawdziwe. Zaś co do teraźniejszych obserwowalnych efektów tego zjawiska mamy jedynie kilka osób w drużynie, które musimy wyciszyć na czacie.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Otóż trzeba zobaczyć i uznać pojawienie się nowej klasy, czy kategorii sław. Twórcy internetowi. Pod tym pojęciem rozumiem wszystkich, którzy zarabiają na treściach umieszczanych w internecie. Młodzi ludzie, w tym również i ja widzą tych twórców, którzy zarabiają pieniądze pozwalające im żyć na jakimś poziomie materialnym, na robieniu rzeczy, które dla wielu są przyjemnością. Vide granie w gry wideo.
Po dołożeniu do tego e-sportu i wielu ludzi, którzy mogą być wzorem dla kogoś kto gra, łańcuch akcji i reakcji się dopełnia. Użyjmy tutaj za przykład Jarosława "Pashę" Jarząbkowskiego, który jest zawodowym graczem aktualnie bardzo popularnej gry Counter - Strike: Global Offensive. Gra w zawodowej drużynie VirtusPro, jest patrząc po tym co udostępnia na swojej tablicy, absolutnie normalnym człowiekiem. Ma córkę i żonę, psa, a także dach nad głową. Po za graniem dużo ćwiczy na siłowni, co w pewien sposób przeczy stereotypowi gracza, jako otyłego, pryszczatego okularnika, ponieważ Pasha, jest wysokim dobrze zbudowanym, dbającym o siebie mężczyzną. Wydaje mi się również, że za jego przykładem pewna grupa młodych ludzi po za szkoleniem się w taktykach rozgrywania poszczególnych map, zaczęli również właśnie ćwiczyć na siłowniach. Temat wymagałby badań choćby na poziomie wywiadów jakościowych, by sprawdzić czy moje przemyślenia i tezy mają pokrycie w rzeczywistości.
Jednak popularność zajęć fizycznych wśród twórców internetowych, każe się zastanowić nad możliwością istnienia takowego związku i nieświadomego renesansu antycznej koncepcji kalokagatii, czyli połączenia rozwoju fizycznego z rozwojem duchowym, czyli również intelektualnym. Intelektualny rozwój środowiska twórców nie jest zaznaczany w parze z rozwojem fizycznym. Mam tutaj na myśli, że jeden twórca udostępnia zdjęcia z siłowni, towarzyskiego grania w piłkę nożną na pobliskim boisku, zaś inny będzie raczej się chwalił przeczytaną książką, lub obejrzanym filmem. W takim razie dlaczego odwołuję się do ideału Kalokagatii? Otóż dlatego, że w trochę innych kategoriach, ale ten rozwój idzie w parze. Mam tutaj na myśli w dużej mierze rozwój etyczny twórców objawiający się w braniu udziału w akcjach charytatywnych. Trochę wionie to odruchem Pawłowa, w ten sposób, że podejmowanie udziału w akcjach charytatywnych warunkuje częstsze branie przez niego udziału w tego typu przedsięwzięciach w przyszłości.
Spróbujmy pobawić się w prognozy, przy założeniu, że moje luźne obserwacje mają znaczące pokrycie w rzeczywistości. Do czego może doprowadzić sytuacja, w której pewna część młodych ludzi będzie chciała pójść w ślady Pashy i jemu podobnych. Uda się niewielu, ponieważ drużyny e-sportowe wymagają jak każda drużyna sportowa, sponsora, ligi, miejsca treningów, wyposażenia. Nie ma jeszcze ligi A i B w zawodowym e-sporcie. To bardzo ogranicza ilość zawodników poszczególnych drużyn. Nie ma też w tym rezerwowych". To może doprowadzić w przyszłości do frustracji poszczególnych jednostek. Jeśli w ogóle moje tezy o tym, że ludzie tak bardzo się starają, bo sami chcą stać się zawodnikami e-sportu są prawdziwe. Zaś co do teraźniejszych obserwowalnych efektów tego zjawiska mamy jedynie kilka osób w drużynie, które musimy wyciszyć na czacie.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
https://www.youtube.com/user/LordTytusMandarynka
Etykiety:
ambicja,
e-sport,
gry,
hejt,
Jarosław Jarząbkowski,
mowa nienawiści,
Pasha,
socjologia,
studium przypadku,
VirtusPro,
zmiany
czwartek, 4 lutego 2016
Dlaczego nie umiem pisać o polityce.
Dlaczego nie potrafię? Otóż z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, dlatego, że jest to coś z jednej strony niezwykle osobistego, a z drugiej publicznego, bo przecież dotyczy nas wszystkich i każdego z osobna. Jest to taka dziwna oddalona bliskość, trochę jak między rozdzielonymi przyjaciółmi. Drugim powodem mojego politycznego milczenia jest wyjątkowo niski poziom debaty politycznej, ludzie się po prostu przekrzykują i obrażają. Bo nie mają argumentów merytorycznych. Albo przynajmniej nie chcą ich używać, więc przekrzykują się na mównicy, a kiedy wszyscy obserwatorzy już znudzeni, lub zniesmaczeni odchodzą, to wtedy odbywa się głosowanie. I tak to się w Polsce już od jakiegoś czasu toczy. Nie wiem jak długiego, przynajmniej odkąd jakkolwiek interesuję się polityką. Ludzie również nie debatują dla wymiany poglądów, ale są przeświadczeni o swojej mocy sprawczej w tej materii i jeden drugiemu chce udowodnić, że ma rację i powinno się postępować zgodnie z jego zdaniem, aby nie tylko kraj, ale i świat były lepszym miejscem. A przecież jedyne co jednostka może zrobić, to iść na wybory, przynajmniej przy tym ustroju, w którym żyjemy. Ta sprawa wydaje mi się istnieć w trzech wymiarach. Dla łatwości wypiszę je poniżej:
Celowość "zmiany systemu od wewnątrz", czy to faktycznie jest zawsze to samo?
Czy warto w takim razie chodzić na wybory?
Kto ma prawo narzekać po wyborach?
Zacznę od pochylenia się nad pierwszym punktem. Czyli czy faktycznie zawsze wybieramy to samo zło? Wszystkie znane mi teorie mówiące o władzy i konfliktach, twierdzą iż chodzi o redystrybucję władzy. Mówi o tym Marks, mówi o tym Pareto i Kuntz, o ile dobrze pamiętam ostatnio nazwisko. Zawsze chodzi o to, żeby w ten czy inny sposób Ci z dołu, zepchnęli pod siebie tych, którzy aktualnie tam siedzą. I na tym teoria się kończy. Wydaje mi się, że każda taka grupa powinna chcieć się utrzymać możliwie długo, a nie tylko jedną kadencję. Ale tutaj wchodzi psychologia i powody, dla których dana jednostka w ogóle wchodzi w politykę. Możliwym też jest, że jednostka zmienia motywy już w trakcie bycia w układzie politycznym. Wracając zaś do samego pytania, to szczerze mówiąc absolutnie nie wiem. Każda grupa niby powinna chcieć się utrzymać maksymalnie długo, a nie tylko jedną kadencję więc powinna występować konkurencja... I występuje, ale w jakimś pokręconym, makabrycznym wydaniu. Może gorszy polityk zawsze będzie wypierał lepszego polityka? Pozostaje nam oczywiście problem definicji dobrego i złego polityka. A także tego, że ten układ jest dość sztywny, bo ograniczony konstytucją i prawem więc grupa nie może w pełni rozwinąć swojej pomysłowości. Co ma oczywiście swoje dobre i złe strony, jak wszystko.
Teraz czy warto chodzić w takim razie na wybory? Sama idea wyborów jest jak najbardziej słuszna. Osobiście jestem za modelem demokracji możliwie bezpośredniej, bo jeśli mam swoje poglądy, to chciałbym, żeby były one realizowane. Chciałbym jedynie, żeby sama władza była kompetentna i konsekwentna.
I najważniejsze dla wszystkich zostawiłem sobie na koniec. Kto ma prawo narzekać po wyborach? Otóż... Wydaje mi się, że narzekać może każdy, który jest z jakiegoś powodu niezadowolony. Nie ważne, czy głosował na zwycięzców, czy przegranych, czy w ogóle nie głosował. Dlaczego ktoś, kto głosował na zwycięzców może narzekać? Otóż dlatego, że "jego" partia nagle mogła zmienić politykę i jest z tego zwrotu niezadowolony, bo czuje się oszukany. Ktoś kto głosował na partię, która znalazła się w opozycji, również może, bo przecież jego partia jest w opozycji. Najciężej mi bronić tych, którzy nie głosowali, ponieważ jeśli w żaden sposób nie próbowali niczego zmienić, ani utrzymać "status quo", to czemu w ogóle zabierają głos? Chyba, że po prostu żadna z partii nie pokrywa się z ich poglądami. Tak też może niestety być.
Wracając zaś do meritum sprawy, czyli dlaczego nie potrafię pisać o polityce, to po prostu wymyśliłem sobie kiedyś, że nie chcę nikomu narzucać poglądów, co w tak delikatnej sprawie jest dość łatwe nawet do przypadkowego zrobienia, raczej wolę reprezentować pewne poglądy i być przykładem dla nich, żeby w ten sposób pokazywać ich wartość nie zaś gadaniną nie ważne jak mocno podpartą dowodami, jednak są to tylko słowa, za którymi czasem ciężko stanąć, nawet samemu ich głosicielowi. Dlatego ja osobiście trzymam się tylko takich zasad, których faktycznie mogę dotrzymać zawsze i wszędzie, i które nie powodują nikomu szkody, to pozwala mi być zadowolonym z siebie jako jednostki.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
Celowość "zmiany systemu od wewnątrz", czy to faktycznie jest zawsze to samo?
Czy warto w takim razie chodzić na wybory?
Kto ma prawo narzekać po wyborach?
Zacznę od pochylenia się nad pierwszym punktem. Czyli czy faktycznie zawsze wybieramy to samo zło? Wszystkie znane mi teorie mówiące o władzy i konfliktach, twierdzą iż chodzi o redystrybucję władzy. Mówi o tym Marks, mówi o tym Pareto i Kuntz, o ile dobrze pamiętam ostatnio nazwisko. Zawsze chodzi o to, żeby w ten czy inny sposób Ci z dołu, zepchnęli pod siebie tych, którzy aktualnie tam siedzą. I na tym teoria się kończy. Wydaje mi się, że każda taka grupa powinna chcieć się utrzymać możliwie długo, a nie tylko jedną kadencję. Ale tutaj wchodzi psychologia i powody, dla których dana jednostka w ogóle wchodzi w politykę. Możliwym też jest, że jednostka zmienia motywy już w trakcie bycia w układzie politycznym. Wracając zaś do samego pytania, to szczerze mówiąc absolutnie nie wiem. Każda grupa niby powinna chcieć się utrzymać maksymalnie długo, a nie tylko jedną kadencję więc powinna występować konkurencja... I występuje, ale w jakimś pokręconym, makabrycznym wydaniu. Może gorszy polityk zawsze będzie wypierał lepszego polityka? Pozostaje nam oczywiście problem definicji dobrego i złego polityka. A także tego, że ten układ jest dość sztywny, bo ograniczony konstytucją i prawem więc grupa nie może w pełni rozwinąć swojej pomysłowości. Co ma oczywiście swoje dobre i złe strony, jak wszystko.
Teraz czy warto chodzić w takim razie na wybory? Sama idea wyborów jest jak najbardziej słuszna. Osobiście jestem za modelem demokracji możliwie bezpośredniej, bo jeśli mam swoje poglądy, to chciałbym, żeby były one realizowane. Chciałbym jedynie, żeby sama władza była kompetentna i konsekwentna.
I najważniejsze dla wszystkich zostawiłem sobie na koniec. Kto ma prawo narzekać po wyborach? Otóż... Wydaje mi się, że narzekać może każdy, który jest z jakiegoś powodu niezadowolony. Nie ważne, czy głosował na zwycięzców, czy przegranych, czy w ogóle nie głosował. Dlaczego ktoś, kto głosował na zwycięzców może narzekać? Otóż dlatego, że "jego" partia nagle mogła zmienić politykę i jest z tego zwrotu niezadowolony, bo czuje się oszukany. Ktoś kto głosował na partię, która znalazła się w opozycji, również może, bo przecież jego partia jest w opozycji. Najciężej mi bronić tych, którzy nie głosowali, ponieważ jeśli w żaden sposób nie próbowali niczego zmienić, ani utrzymać "status quo", to czemu w ogóle zabierają głos? Chyba, że po prostu żadna z partii nie pokrywa się z ich poglądami. Tak też może niestety być.
Wracając zaś do meritum sprawy, czyli dlaczego nie potrafię pisać o polityce, to po prostu wymyśliłem sobie kiedyś, że nie chcę nikomu narzucać poglądów, co w tak delikatnej sprawie jest dość łatwe nawet do przypadkowego zrobienia, raczej wolę reprezentować pewne poglądy i być przykładem dla nich, żeby w ten sposób pokazywać ich wartość nie zaś gadaniną nie ważne jak mocno podpartą dowodami, jednak są to tylko słowa, za którymi czasem ciężko stanąć, nawet samemu ich głosicielowi. Dlatego ja osobiście trzymam się tylko takich zasad, których faktycznie mogę dotrzymać zawsze i wszędzie, i które nie powodują nikomu szkody, to pozwala mi być zadowolonym z siebie jako jednostki.
https://www.facebook.com/Lord-Tytus-Mandarynka-449225425101644/
Etykiety:
bezpośrednia,
demokracja,
głosowanie,
Karol,
Kuntz,
Marks,
Pareto,
polityka,
praca,
przykład,
socjologia,
u podstaw,
Vilfredo,
wybory
poniedziałek, 19 października 2015
Wstęp do formowania
Po przeczytaniu "Ferdydurki" doszedłem do wniosku, że forma jest najgorszą rzeczą na ziemi, i że należy ją ograniczać do minimum. Tylko co jest tym minimum? Nie śmianie się na pogrzebach? Nie złorzeczenie nowożeńcom? Zachowywanie się odpowiednio do sytuacji chyba najprościej mówiąc, ale wtedy to minimum daje nam bardzo nie wiele przestrzeni osobistej na bycie sobą. Z jednej strony nie wiele, ale aż nadmiar mamy tej wolności przy takim pojęciu minimum. Przecież większość czasu spędzamy na ulicach i możemy robić tam co nam się żywnie podoba, oczywiście dopóki nie wchodzimy w konflikt z prawem. Więc czemu ludzie dziwnie się na mnie patrzą kiedy idę i śpiewam co mi w słuchawkach leci, albo kiedy zimą idę i mam na głowie...czapkę! I dobra, przyznaję się bez bicia, wygląda ona jak skalp barana, ale historii noszono już na głowach dziwniejsze rzeczy. Nie chcę tu wyjść na onanistę, ale może mi trochę zazdroszczą tego, że przemogłem się i noszę czapkę, którą oni może by i chcieli, ale nie założą, bo wiąże ich forma. Przecież stateczny człowiek po nawet tej magicznej czterdziestce nie może już zrobić nic głupiego, bo jest stateczny i po czterdziestce i mu nie wypada. [tutaj kończy się pierwsza część notki]
Byłem dziś, kiedy to piszę, czy parę dni przed tym jak to czytacie na ślubie mojego bliskiego przyjaciela, ceremonia była piękna, wszystko było bardzo pięknie ładnie, ale jako, że z naukami kościoła Katolickiego, to stojąc w ławce miałem trochę czasu na przemyślenia i tak się złożyło, że były to przemyślenia na temat tej notki, ponieważ chciałem do niej wrócić jeszcze zanim poszedłem na ślub, stąd kiedy doświadczyłem czegoś bardzo wyrazistego w formie jak ślub nie mogłem nie zacząć się zastanawiać nad tym wszystkim. I kiedy jeszcze-narzeczeni siedzieli przed ołtarzem, a kapłan pytał ich o to, czy sami niepodlegle podjęli decyzję o ślubie odpowiadali "chcemy", to po pierwsze dziwnym mi się wydało, że odpowiadali każde za oboje, czyli i jeszcze-narzeczona odpowiadała "chcemy", za chwilę później jeszcze-narzeczony odpowiadał na po raz drugi postawione to samo pytanie "chcemy", zamiast oboje odpowiadać, albo tylko za siebie i wtedy uzasadnione są dwa pytania, albo niech oboje odpowiadają naraz, wtedy uzasadniona staje się forma liczby mnogiej. Ale wracając do poprzedniej myśli, to uznałem, że byłby to świetny moment za zabawę w pomidora, nie uważacie? Wyobraźcie sobie taki dialog:
Ksiądz: Czy dobrowolnie i bez żadnego przymusu chcecie zawrzeć związek małżeński?
Panna młoda:Chcemy
Pan młody:Pomidor
Pewno trochę zbiłoby, to wszystkich z tropu. A, jeszcze przed tymi pytaniami, ksiądz powiedział, że narzeczeni chcą nam coś powiedzieć. I byłem święcie przekonany, że wstaną, wezmą mikrofony do rąk i z pełną powagą powiedzą "lubię placki", a potem wyjdą z kościoła jak gdyby nigdy nic. Ale nic takiego się nie stało. Formie stało się za dość. Czym właściwie dla mnie jest forma? Bo to może być taka do ciasta, może być forma muzyczna, albo taneczna. Korzystając z dostępnej mi wiedzy socjologicznej mogę się pokusić o jakąś pełniejszą definicję niż z te oparte na gdzieś zasłyszanych nie zawsze nawet wyraźnie przeze mnie zaznaczanych myślach filozoficznych. Korzystając z teorii Charlesa Cooleya i stworzonego przez niego pojęcia "oczekiwań sytuacyjnych", czyli wyciągniętego w przyszłość stereotypu. Wiemy, że dane wydarzenia z reguły przebiegają w określony sposób, więc tego po nich oczekujemy i jesteśmy mocno zmieszani kiedy nagle coś się zmienia. Zaś Erving Goffman, twórca bardzo ciekawej teorii dramaturgicznej, której wycinkiem, czy uszczegółowieniem jest rytualizm interakcyjny właśnie w tym rytualizmie interakcyjnym definiuje rytuał, jako czynności mające dla wykonujących je, szczególne znaczenie, wykonywane są one często w specjalnym miejscu, czasie, czasem przy udziale ważnej osoby. Lub tłumacząc to dokładnie tak jak on to opisał w swojej książce "Rytuał interakcyjny", jest to czasowe wejście w bardzo specyficzną rolę społeczną. Czym jest rola społeczna? Każdym statusem, który można przypisać danej osobie, od mężczyzny, przez rodzica, brata, syna, aż po urzędnika, dyrektora, czy blogera. Łącząc te dwie definicje, można stworzyć ich syntezę. I tak też zrobię, czyli forma jest dla mnie krótkotrwałym przyjęciem określonej roli społecznej i postępowaniem zgodnie z nią dla nie wprowadzania niepokoju. Gombrowicz powiedziałby, że jest to przyjęcie określonej gęby.
Tyle już napisałem i żadnej konkluzji. Jako libertarianin mogę wygłosić swoje zdanie, że im mniej narzuconej z zewnątrz formy, tym lepiej. Ale jest to tylko i wyłącznie moje zdanie, którego będę bronił całym swoim jestestwem jednocześnie zdając sobie sprawę z możliwości tego, że bronię trudnej pozycji, oraz że każdy człowiek ma na każdy temat inne zdanie, ale tutaj wchodzimy już w fenomenologię. I te przemyślenia o formie mogą być trochę upolitycznione, by przekształcić je w rozmyślania o tym czy lepiej jest kiedy jednostka ma wolność niezdefiniowaną żadnymi prawami więc teoretycznie wolno jej również naruszać integralność innych osób, czy lepszym modelem jest wolność obwarowana prawami i przywilejami, gdzie wyraźnie wiadomo co komu wolno, a czego nie. Ale może nie uwnzioślajmy tak tej notki, to tylko blog. Wróćmy do poziomu międzyludzkiego, definiowania sytuacji na potrzeby chwili i tego co się wiąże z jej nie przestrzeganiem. Sytuację definiują wszystkie jednostki w niej udział biorące, dobrowolnie, choć nie zawsze są świadome tego jak wiele od każdej jednej pojedynczej zależy. W razie nagłego nie przestrzegania ustalonych zasad wobec wyłamującej się jednostki stosowane są różne wymiary ostracyzmu. Goffman pisał też, że kiedy jednostka sama zauważy "utratę twarzy" przez siebie, chce zapaść się pod ziemię, by po powrocie magicznie cofnąć się w świadomości ludzi do momentu przed popełnionym faux pas. Mimo, że sytuacje zbiorami są sobie podobne, czyli na przykład wszystkie śluby w danej wersji przebiegają podobnie, to w szczegółach są dopracowywane przez jednostki w trakcie trwania samego jednego konkretnego ślubu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Forma jest też zatem możliwe, że czymś co porządkuje fenomeny. Tworzy w tym natłoku indywidualnych wrażeń jakieś... stereotypy? Tym zajmę się w następnej notce.
https://www.facebook.com/pages/Lord-Tytus-Mandarynka/449225425101644
Byłem dziś, kiedy to piszę, czy parę dni przed tym jak to czytacie na ślubie mojego bliskiego przyjaciela, ceremonia była piękna, wszystko było bardzo pięknie ładnie, ale jako, że z naukami kościoła Katolickiego, to stojąc w ławce miałem trochę czasu na przemyślenia i tak się złożyło, że były to przemyślenia na temat tej notki, ponieważ chciałem do niej wrócić jeszcze zanim poszedłem na ślub, stąd kiedy doświadczyłem czegoś bardzo wyrazistego w formie jak ślub nie mogłem nie zacząć się zastanawiać nad tym wszystkim. I kiedy jeszcze-narzeczeni siedzieli przed ołtarzem, a kapłan pytał ich o to, czy sami niepodlegle podjęli decyzję o ślubie odpowiadali "chcemy", to po pierwsze dziwnym mi się wydało, że odpowiadali każde za oboje, czyli i jeszcze-narzeczona odpowiadała "chcemy", za chwilę później jeszcze-narzeczony odpowiadał na po raz drugi postawione to samo pytanie "chcemy", zamiast oboje odpowiadać, albo tylko za siebie i wtedy uzasadnione są dwa pytania, albo niech oboje odpowiadają naraz, wtedy uzasadniona staje się forma liczby mnogiej. Ale wracając do poprzedniej myśli, to uznałem, że byłby to świetny moment za zabawę w pomidora, nie uważacie? Wyobraźcie sobie taki dialog:
Ksiądz: Czy dobrowolnie i bez żadnego przymusu chcecie zawrzeć związek małżeński?
Panna młoda:Chcemy
Pan młody:Pomidor
Pewno trochę zbiłoby, to wszystkich z tropu. A, jeszcze przed tymi pytaniami, ksiądz powiedział, że narzeczeni chcą nam coś powiedzieć. I byłem święcie przekonany, że wstaną, wezmą mikrofony do rąk i z pełną powagą powiedzą "lubię placki", a potem wyjdą z kościoła jak gdyby nigdy nic. Ale nic takiego się nie stało. Formie stało się za dość. Czym właściwie dla mnie jest forma? Bo to może być taka do ciasta, może być forma muzyczna, albo taneczna. Korzystając z dostępnej mi wiedzy socjologicznej mogę się pokusić o jakąś pełniejszą definicję niż z te oparte na gdzieś zasłyszanych nie zawsze nawet wyraźnie przeze mnie zaznaczanych myślach filozoficznych. Korzystając z teorii Charlesa Cooleya i stworzonego przez niego pojęcia "oczekiwań sytuacyjnych", czyli wyciągniętego w przyszłość stereotypu. Wiemy, że dane wydarzenia z reguły przebiegają w określony sposób, więc tego po nich oczekujemy i jesteśmy mocno zmieszani kiedy nagle coś się zmienia. Zaś Erving Goffman, twórca bardzo ciekawej teorii dramaturgicznej, której wycinkiem, czy uszczegółowieniem jest rytualizm interakcyjny właśnie w tym rytualizmie interakcyjnym definiuje rytuał, jako czynności mające dla wykonujących je, szczególne znaczenie, wykonywane są one często w specjalnym miejscu, czasie, czasem przy udziale ważnej osoby. Lub tłumacząc to dokładnie tak jak on to opisał w swojej książce "Rytuał interakcyjny", jest to czasowe wejście w bardzo specyficzną rolę społeczną. Czym jest rola społeczna? Każdym statusem, który można przypisać danej osobie, od mężczyzny, przez rodzica, brata, syna, aż po urzędnika, dyrektora, czy blogera. Łącząc te dwie definicje, można stworzyć ich syntezę. I tak też zrobię, czyli forma jest dla mnie krótkotrwałym przyjęciem określonej roli społecznej i postępowaniem zgodnie z nią dla nie wprowadzania niepokoju. Gombrowicz powiedziałby, że jest to przyjęcie określonej gęby.
Tyle już napisałem i żadnej konkluzji. Jako libertarianin mogę wygłosić swoje zdanie, że im mniej narzuconej z zewnątrz formy, tym lepiej. Ale jest to tylko i wyłącznie moje zdanie, którego będę bronił całym swoim jestestwem jednocześnie zdając sobie sprawę z możliwości tego, że bronię trudnej pozycji, oraz że każdy człowiek ma na każdy temat inne zdanie, ale tutaj wchodzimy już w fenomenologię. I te przemyślenia o formie mogą być trochę upolitycznione, by przekształcić je w rozmyślania o tym czy lepiej jest kiedy jednostka ma wolność niezdefiniowaną żadnymi prawami więc teoretycznie wolno jej również naruszać integralność innych osób, czy lepszym modelem jest wolność obwarowana prawami i przywilejami, gdzie wyraźnie wiadomo co komu wolno, a czego nie. Ale może nie uwnzioślajmy tak tej notki, to tylko blog. Wróćmy do poziomu międzyludzkiego, definiowania sytuacji na potrzeby chwili i tego co się wiąże z jej nie przestrzeganiem. Sytuację definiują wszystkie jednostki w niej udział biorące, dobrowolnie, choć nie zawsze są świadome tego jak wiele od każdej jednej pojedynczej zależy. W razie nagłego nie przestrzegania ustalonych zasad wobec wyłamującej się jednostki stosowane są różne wymiary ostracyzmu. Goffman pisał też, że kiedy jednostka sama zauważy "utratę twarzy" przez siebie, chce zapaść się pod ziemię, by po powrocie magicznie cofnąć się w świadomości ludzi do momentu przed popełnionym faux pas. Mimo, że sytuacje zbiorami są sobie podobne, czyli na przykład wszystkie śluby w danej wersji przebiegają podobnie, to w szczegółach są dopracowywane przez jednostki w trakcie trwania samego jednego konkretnego ślubu, ponieważ wszystko jest fenomenem. Forma jest też zatem możliwe, że czymś co porządkuje fenomeny. Tworzy w tym natłoku indywidualnych wrażeń jakieś... stereotypy? Tym zajmę się w następnej notce.
https://www.facebook.com/pages/Lord-Tytus-Mandarynka/449225425101644
Etykiety:
Charles,
Cooley,
Erving,
fenomenologia,
Ferdydurke,
filozofia,
forma,
Goffman,
Gombrowicz,
pomidor,
profesor,
socjologia,
ślub,
treści,
Witold
wtorek, 15 września 2015
O szczerości.
Ciągnę myśl z poprzedniej notki...
I tutaj niby mogę, czy też powinienem podać link, ale na ile to będzie kierowane wolą zapoznania Was, moi drodzy Czytelnicy, z moją poprzednią notką i ciągiem myślowym, a na ile zdobyciem kolejnych wyświetleń? Zależy mi na jednym, a przez to na drugim.
Chciałbym, żebyście możliwie w pełni podążali za moim tokiem myślenia, a z drugiej strony wiem, że robi mi to wyświetlenia. Trochę takie niedźwiedzie zamiary.
Czytanie tej notki bez zapoznania się z poprzednią będzie trochę jak czytanie drugiej części dowolnej zwartej serii, czyli takiej gdzie wydarzenia w kolejnych książkach bezpośrednio wypływają z poprzednich.
Zostawię waszej woli i osądowi czy chce wam się wejść na bloga jako takiego i przeczytać całą poprzednią notkę. Ale szukając kolejnych przykładów. Choćby i makijaż można poddać analizie pod tym względem. Tylko pod jakim? Pod względem szczerości rozumianej jako otwartość motywów. Makijaż według mnie może być albo korekcyjny, albo imprezowy, gdzie korekcyjny ma za zadanie kryć niedoskonałości skóry, zaś imprezowy jest ostrym makijażem mającym przykuć uwagę do naszej osoby i jakiegoś konkretnego waloru twarzy z reguły oczu. Tylko, czy któreś jest choćby relatywnie lepsze od drugiego? Niby jak człowiek jest na imprezie to wie, że to makijaż, że pod tym są skazy. Z drugiej strony czy naprawdę na imprezie człowiek przywiązuje wagę do tego, że ktoś ma makijaż na twarzy?
Gombrowicz pisał w swoich Dziennikach o makijażu i czającej się za nim obłudzie. Dostrzegał ją z resztą nie tylko w makijażu, ale i choćby w butach na obcasie.
Ale żeby nie przedłużać rzucę jeszcze jednym tylko przykładem. Otóż:Wegetarianie. Czemu jest tak, że można kupić kotlety sojowe o smaku schabowego? Rozumiem wegetariańską chęć nie przyczyniania się do czyjegoś cierpienia, ale czemu ta chęć musi smakować jak to cierpienie? Może nie jest to złe, ale na pewno niezrozumiałe i dziwne dla mnie. Przeanalizujmy to pod względem tego, czy te motywy są otwarte. Z tego co mówią wegetarianie w przestrzeni publicznej, to tak, są otwarte. Bo albo powołują się na chęć ograniczenia zwierzęcego cierpienia, albo niechęć do jedzenia czegokolwiek z twarzą, albo z jakichś dziwnych przyczyn mięso im po prostu nie smakuje. Tu wróćmy do tych, którzy chcą ograniczyć cierpienie zwierząt. Nie chcę się spierać czy one faktycznie cierpią, ale na pewno i tak umierają i umrą, bo rzeźnie produkują "ile wlezie", a nie " tyle ile się sprzedało w ostatnim miesiącu", więc można by nawet powiedzieć, że jest to marnowanie ofiary tych zwierząt. Uzasadnienie o nie dokładaniu się do tego cierpienia jest właściwsze, bo wygląda jakby ktoś go używający zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko aktualnie jest produkowane w trybie "ile wlezie".
Wracając do tematu szczerości, jako jawności motywów, to czy nie byłby piękniejszym Świat, w którym wszyscy są wobec siebie absolutnie szczerzy? Nie ma marketingu, reklam. Jest tylko szczera współpraca PRowa, o której i tak wszyscy wiedzą, że jest opłacona. ALE! Opłacany ręczy swoją reputacją i nie może się zasłonić tym, że to "tylko reklama". Czyli wracamy do odpowiedzialności i konsekwencji pojmowanej tak jak w innej mojej notce, tym razem tej o samodzielnym myśleniu. Czyli jako konsekwencji pojmowanej w sensie cechy i następstw naszych czynów. Czy jesteśmy gotowi jako ludzie z godnością wypić to piwo, które ważymy.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
I tutaj niby mogę, czy też powinienem podać link, ale na ile to będzie kierowane wolą zapoznania Was, moi drodzy Czytelnicy, z moją poprzednią notką i ciągiem myślowym, a na ile zdobyciem kolejnych wyświetleń? Zależy mi na jednym, a przez to na drugim.
Chciałbym, żebyście możliwie w pełni podążali za moim tokiem myślenia, a z drugiej strony wiem, że robi mi to wyświetlenia. Trochę takie niedźwiedzie zamiary.
Czytanie tej notki bez zapoznania się z poprzednią będzie trochę jak czytanie drugiej części dowolnej zwartej serii, czyli takiej gdzie wydarzenia w kolejnych książkach bezpośrednio wypływają z poprzednich.
Zostawię waszej woli i osądowi czy chce wam się wejść na bloga jako takiego i przeczytać całą poprzednią notkę. Ale szukając kolejnych przykładów. Choćby i makijaż można poddać analizie pod tym względem. Tylko pod jakim? Pod względem szczerości rozumianej jako otwartość motywów. Makijaż według mnie może być albo korekcyjny, albo imprezowy, gdzie korekcyjny ma za zadanie kryć niedoskonałości skóry, zaś imprezowy jest ostrym makijażem mającym przykuć uwagę do naszej osoby i jakiegoś konkretnego waloru twarzy z reguły oczu. Tylko, czy któreś jest choćby relatywnie lepsze od drugiego? Niby jak człowiek jest na imprezie to wie, że to makijaż, że pod tym są skazy. Z drugiej strony czy naprawdę na imprezie człowiek przywiązuje wagę do tego, że ktoś ma makijaż na twarzy?
Gombrowicz pisał w swoich Dziennikach o makijażu i czającej się za nim obłudzie. Dostrzegał ją z resztą nie tylko w makijażu, ale i choćby w butach na obcasie.
Ale żeby nie przedłużać rzucę jeszcze jednym tylko przykładem. Otóż:Wegetarianie. Czemu jest tak, że można kupić kotlety sojowe o smaku schabowego? Rozumiem wegetariańską chęć nie przyczyniania się do czyjegoś cierpienia, ale czemu ta chęć musi smakować jak to cierpienie? Może nie jest to złe, ale na pewno niezrozumiałe i dziwne dla mnie. Przeanalizujmy to pod względem tego, czy te motywy są otwarte. Z tego co mówią wegetarianie w przestrzeni publicznej, to tak, są otwarte. Bo albo powołują się na chęć ograniczenia zwierzęcego cierpienia, albo niechęć do jedzenia czegokolwiek z twarzą, albo z jakichś dziwnych przyczyn mięso im po prostu nie smakuje. Tu wróćmy do tych, którzy chcą ograniczyć cierpienie zwierząt. Nie chcę się spierać czy one faktycznie cierpią, ale na pewno i tak umierają i umrą, bo rzeźnie produkują "ile wlezie", a nie " tyle ile się sprzedało w ostatnim miesiącu", więc można by nawet powiedzieć, że jest to marnowanie ofiary tych zwierząt. Uzasadnienie o nie dokładaniu się do tego cierpienia jest właściwsze, bo wygląda jakby ktoś go używający zdawał sobie sprawę z tego, że wszystko aktualnie jest produkowane w trybie "ile wlezie".
Wracając do tematu szczerości, jako jawności motywów, to czy nie byłby piękniejszym Świat, w którym wszyscy są wobec siebie absolutnie szczerzy? Nie ma marketingu, reklam. Jest tylko szczera współpraca PRowa, o której i tak wszyscy wiedzą, że jest opłacona. ALE! Opłacany ręczy swoją reputacją i nie może się zasłonić tym, że to "tylko reklama". Czyli wracamy do odpowiedzialności i konsekwencji pojmowanej tak jak w innej mojej notce, tym razem tej o samodzielnym myśleniu. Czyli jako konsekwencji pojmowanej w sensie cechy i następstw naszych czynów. Czy jesteśmy gotowi jako ludzie z godnością wypić to piwo, które ważymy.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
cierpienie,
etyka,
filozofia,
krytyka,
kultura,
marketing,
media,
medioznawstwo,
samokrytyka,
socjologia,
treści,
wegetarianizm
niedziela, 26 lipca 2015
Pisany vlog #5
Dawno nie pisałem nic lżejszego. Przyda mi się, bo błądzenie po takich metafizycznych tematach odrywa od rzeczywistości. I zauważyłem dwie rzeczy, które mi się wryły w pamięć. Otóż czas jakiś temu byłem w Raciborzu, szliśmy ze znajomymi ze sklepu, mija nas matka z dzieckiem. Niby nic szczególnego. Spacerowała w stronę sklepu, z którego wyszliśmy. Pchała wózek dość raźno, ale nie biegnąc. A jednak było to za szybko, bo oto mijając nas jej pociecha powiedziała: "Matko, nie pędź tak." Dziecko miało ze trzy lata maksymalnie, bo później to już raczej dziecko chodzi, a nie jeździ w wózku. Nie wiem, nie pamiętam kiedy przestałem jeździć w wózku. Mały wtedy byłem. Właściwie odkąd pamiętam chodzę na własnych nogach. Ale to nie o mnie tutaj mowa. Kto z was słyszał, żeby trzyletnie dziecko mówiło w taki sposób? Trzylatki fakt faktem, mówią sprawnie, ale żeby używać form, które przez dorosłych zostały zapomniane? A, przynajmniej na pewno nie są używane w mowie potocznej. Gdzie takie formy językowe się uchowały? Może ktoś mu to przeczytał w jakiejś książce? Albo sam przeczytał, bo jest nadzdolny? Może po prostu, któreś z jego rodziców w stosunku do swoich rodziców tak mówi i to podpatrzył? Nie ważne skąd przeniknęła do jego języka ta forma, dobrze to rokuje na przyszłość, jeśli tylko gimnazjum jej nie wyruguje. Bo gimnazja potrafią przenicować człowieka na drugą stronę. Sam chodziłem do takiego, które było do tego zdolne, ale o tym w osobnej notce. Drugim co mnie uderzyło jest znowu dziwny zwrot, choć w trochę mniej zaskakujących okolicznościach. Otóż stoję sobie w busie do Krakowa. Nie miałem wtedy przy sobie słuchawek, więc nie mogłem się odciąć od rzeczywistości muzyką. Pozostało mi więc stanie w upale, pocenie się i słuchanie tego co się dzieje wokół mnie. Słuchałem więc jedynego co było ciekawego. Rozmowy dwóch starszych panów. Najpierw upewniłem się, że nie rozmawiają o niczym czego słuchać nie powinienem, typu problemy zdrowotne, czy też pieniądze. Rozmawiali o dzieciństwie. Obaj panowie byli z rodzin uzdolnionych muzycznie i z muzyki żyjących. W pewnym momencie jeden z panów użył słowa "Tatulko". I to mnie zadziwiło. To jest zwrot, którego w odniesieniu do swojego ojca mógł używać Wokulski, albo dowolny prapradziadek. Ale tego słowa użył pan w wieku lat mniej więcej pięćdziesięciu. To niesamowicie ciekawe, że takie formy językowe wciąż żyją. To również bardzo fajne, bo ożywia to nasz język. Aktualnie wytwarzane formy językowe są nudne, są tak bardzo skupione na wyrażaniu silnych emocji, że już się zużyły i nie niosą w sobie żadnego ładunku emocjonalnego. Profesor Miodek w wywiadzie powiedział kiedyś: "W ogóle dzisiaj jeśli coś nie jest „mocne” lub „masakryczne” to przestaje być atrakcyjne. Żyjemy w czasach, w których wszystko trzeba podkreślić mocnym przymiotnikiem, inaczej jest bezwartościowe.". To już nie chodzi o to, że coś bez tego wzmocnienia jest słabsze, a o to, że w ogóle traci jakiekolwiek znaczenie i wartość. A jednocześnie wszystkie te wzmocnienia są wypowiadane bez jakiegokolwiek, choćby najbardziej ulotnego poczucia mocy tego wzmocnienia. Zdaje się być ten czas, w którym żyjemy przepełniony pustą egzaltacją. Przeżywający każdą najmniejszą rzecz, ale przeżywający powierzchownie. W natłoku informacji zatraciło się ich znaczenie.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
fenomenologia,
filozofia,
media,
Miodek,
pisanie,
Polska,
profesor,
socjologia,
treści,
Vlog,
vlogi,
wrażenia
sobota, 11 lipca 2015
O woli słów kilka.
Od jakiegoś bardzo męczy mnie zagadnienie woli ludzkiej. Woli rozumianej jako motoru napędzającego życie człowieka od początku gdziekolwiek by nie był, aż do śmierci. I nie mam tutaj na myśli jej zmian wobec konkretnych jej przedmiotów, ale zmian jej natężenia i czynników, które te zmiany wywołują. Zastanawia mnie w tym wszystkim również fenomen mówców motywacyjnych. Nie mam zamiaru tutaj ich krytykować, raczej bardzo mi smutno, że w ludziach nie ma samoistnie tyle woli, że tacy ludzie są potrzebni. Ale najpierw wypadałoby, żebym opisał wolę. Jak ją rozumiem, czym dla mnie jest. Jest ona dla mnie motorem napędowym działań ludzkich mających inny cel niż utrzymanie czysto biologicznej egzystencji. I tak jak zacząłem o niej myśleć, to wyobraziłem ją sobie jako ognisko, które płonie gdzieś w człowieku. Akcje innych ludzi mogą je gasić lub rozniecać, te same akcje są również dostępne człowiekowi wewnętrznie.
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Etykiety:
fenomenologia,
filozofia,
konstruktywizm,
krytyka,
media,
pisanie,
samodoskonalenie,
samokrytyka,
Schopenhauer,
socjologia,
treści
środa, 13 maja 2015
O doświadczeniach z wykładowcami.
To kilka historyjek z mojego studiowania, a także ze studiowania mojego brata. Otóż możliwe, że o profesorze Tadeuszu Gadaczu już pisałem, ale po pierwsze nie pamiętam gdzie i kiedy, a po drugie to bardzo fajna i krótka historia, więc czemuż miałbym jej nie opowiedzieć po raz drugi. Otóż miałem z nim pewien filozofio-pochodny przedmiot, na którym w trakcie wykładu padło nazwisko Paula Ricoeura. Słuchamy więc wszyscy słuchacze wykładu na temat tegoż filozofa. Gdzieś w połowie swojego opowiadania wspomniał tak sobie o, jak wypad do sklepu po pomidory i cebulę, to jak spacerował z wyżej wymienionym filozofem po jednym z krakowskich parków i dyskutował z nim o filozofii i życiu. Pomyślałem wtedy, że mam wielkie szczęście siedząc na wykładzie kogoś takiego i słuchając jego opowieści o filozofii. A dokładniej Hermeneutyce współczesnej kultury, bo tak się ten przedmiot nazywał. Ale nie mam tak wielkiego szczęścia jak mój inny wykładowca. Doktor Jan Galarowicz. Nie wie co to radość z życia ten, kto nie rozmawiał z tym człowiekiem. Widać było, że ten człowiek nieustannie cieszy się życiem, że jego dusza jest pogodna. Tak, pogoda ducha to pierwsze określenie jakie wpada mi do głowy, gdy myślę o tym człowieku. Niesamowite były z nim zajęcia. Prowadził dla nas ćwiczenia z etyki. Zajęcia trwały dwie godziny i piętnaście minut, ale on był bardzo zorganizowany i zawsze dzielił to na trzy części, oddzielone pięciominutowym przerwami. I nigdy się nie zdarzyło, żebyśmy przerwali w połowie jakiegoś zagadnienia, z powodu końca czasu. Zawsze w garniturze, zawsze mówił spokojnie, miał bardzo piękny głos. Zaliczenia u nich też nie były problematyczne. I nie mam tutaj na myśli trudności, a to jak bardzo niestworzone problemy potrafią czasem stwarzać wykładowcy. Moich doświadczeń nie ma w tym żadnych zaś słyszałem historię wedle, których obliczenia z wyższej matematyki poprowadzone tak, że nawet ja, który z matematyką nigdy jakoś bardzo za pan brat nie byłem, rozumiałem co i z czego, zostały ocenione na 3.0 i nazwane niechlujnymi. Przyznacie mi chyba, że coś tu było nie tak. Mój brat, z wykształcenia inżynier, choć ja jako socjolog w trakcie kształcenia podpisuję się pod tym obiema rękami. Otóż stworzył on typologię wykładowców uczelnianych. Oparta jest na dwóch kategoriach dychotomicznych, czyli takich, że albo się takim jest, albo nie i nie ma półśrodków. Jedną z tych kategorii jest wewnętrzna wola wykładowcy do przekazywania wiedzy, zwana dalej chceniem się, oraz robienie problemów, czyli wypiętrzanie krecich kopców do rozmiarów Mount Everest, zwana dalej robieniem problemów. Jak widać najlepszym jest wykładowca nie robiący problemów, któremu się chce. Każdy zna przynajmniej jednego takiego. Najgorszym zaś jest taki, któremu się nie chce, i który w dodatku robi problemy. Takich pewno też znacie, ale miejmy nadzieję że możliwie mało. Ale ostatnio zdarzyło mi się znów pozować z racji mojego upodobania do ekstrawaganckiego stroju. I napadało mnie w związku z tym parę rzeczy. Pierwszą jest obserwacja poczyniona w trakcie samego pozowania.
Otóż jedna z malujących mnie dziewczyn, za każdym razem kiedy proszony przez prowadzącą zmieniałem pozycję, uśmiechała się. Ćwiczenie polegało na szybkich kilkuminutowych szkicach. Dynamizm tak statecznej rzeczy jak malowanie, zmiana, wewnętrzny kontrast. Coś co zdawało się rozsadzać ją od środka. Jakby nawet chciała, żebym czynił nieznaczne zmiany pozycji w trakcie jednego szkicu. Widać po niej było to samo co w opisywanym przeze mnie doktorze Galarowiczu. Pogodę ducha. Stan nieustającego spokoju, kiedy dusza(,bo nie duch, to jest duża różnica.) wie, że wszystko jest dobrze, albo będzie dobrze. A nawet jeśli coś ogólnie ją męczy to, w danym momencie izoluje się od męczących bodźców i jest szczęśliwa. I jest to stała właściwość duszy. Można ją nabyć wypracowując, można się z nią urodzić, ale wtedy trzeba się pilnować, żeby nic jej nie mąciło, bo możemy ją utracić na rzecz tylko chwilowego szczęścia.
Drugą rzeczą jest kilka moich przemyśleń poczynionych o pozowaniu. Jest to epatowanie swoim jestestwem. To jest manifestowanie siebie dla innych, ale jednocześnie dla samego siebie, ponieważ można wtedy po prostu być. Nie robić nic. Tylko być. W tej czy innej pozycji, ale tylko być. Nie egzystować, nie istnieć. Być. Na tym najoczywistszym, najbardziej empirycznym poziomie, można wtedy pogłębić swoje poznanie siebie. Zwłaszcza kiedy mamy swobodę doboru pozycji w jakiej pozujemy. Można się zastanowić, czemu właśnie tą, a nie inną pozycję wybrałem. Nie będę tu mówił o medytacji, ale o jakiejś podróży wgłąb swojej psychiki i jestestwa to już na pewno. Pozując poczułem, że oto jestem. Ciężko to opisać w jakiś bardziej zrozumiały sposób, ale poczułem się w sobie, jednocześnie epatując jestestwem na zewnątrz w pełnym ekshibicjonizmie... właściwie czego? Byłem ubrany od stóp do głów, nawet nie czułem się nagi przed rysującymi, czułem się po prostu sobą. Więc był to swego rodzaju ekshibicjonizm duszy, ale też nie taki jak panuje w internecie, gdzie się krzyczy co człowieka boli, że to złe, tamto niedobre, tylko taki na poziomie samego bytu. Ja tam byłem, a oni to uwieczniali.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
Otóż jedna z malujących mnie dziewczyn, za każdym razem kiedy proszony przez prowadzącą zmieniałem pozycję, uśmiechała się. Ćwiczenie polegało na szybkich kilkuminutowych szkicach. Dynamizm tak statecznej rzeczy jak malowanie, zmiana, wewnętrzny kontrast. Coś co zdawało się rozsadzać ją od środka. Jakby nawet chciała, żebym czynił nieznaczne zmiany pozycji w trakcie jednego szkicu. Widać po niej było to samo co w opisywanym przeze mnie doktorze Galarowiczu. Pogodę ducha. Stan nieustającego spokoju, kiedy dusza(,bo nie duch, to jest duża różnica.) wie, że wszystko jest dobrze, albo będzie dobrze. A nawet jeśli coś ogólnie ją męczy to, w danym momencie izoluje się od męczących bodźców i jest szczęśliwa. I jest to stała właściwość duszy. Można ją nabyć wypracowując, można się z nią urodzić, ale wtedy trzeba się pilnować, żeby nic jej nie mąciło, bo możemy ją utracić na rzecz tylko chwilowego szczęścia.
Drugą rzeczą jest kilka moich przemyśleń poczynionych o pozowaniu. Jest to epatowanie swoim jestestwem. To jest manifestowanie siebie dla innych, ale jednocześnie dla samego siebie, ponieważ można wtedy po prostu być. Nie robić nic. Tylko być. W tej czy innej pozycji, ale tylko być. Nie egzystować, nie istnieć. Być. Na tym najoczywistszym, najbardziej empirycznym poziomie, można wtedy pogłębić swoje poznanie siebie. Zwłaszcza kiedy mamy swobodę doboru pozycji w jakiej pozujemy. Można się zastanowić, czemu właśnie tą, a nie inną pozycję wybrałem. Nie będę tu mówił o medytacji, ale o jakiejś podróży wgłąb swojej psychiki i jestestwa to już na pewno. Pozując poczułem, że oto jestem. Ciężko to opisać w jakiś bardziej zrozumiały sposób, ale poczułem się w sobie, jednocześnie epatując jestestwem na zewnątrz w pełnym ekshibicjonizmie... właściwie czego? Byłem ubrany od stóp do głów, nawet nie czułem się nagi przed rysującymi, czułem się po prostu sobą. Więc był to swego rodzaju ekshibicjonizm duszy, ale też nie taki jak panuje w internecie, gdzie się krzyczy co człowieka boli, że to złe, tamto niedobre, tylko taki na poziomie samego bytu. Ja tam byłem, a oni to uwieczniali.
https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644
sobota, 4 kwietnia 2015
O krytyce rzecz krótka.
Zdarzyło mi się ostatnio pozować w szkole rysunku ze względu na moje zamiłowanie do ciekawych strojów. Dwa razy stałem, dwa razy siedziałem. Ogólnie bardzo miła robota, i tak stojąc widziałem jeden z powstających rysunków. Żeby mi się nie dłużyło patrzyłem na powstający wcale ładny obraz olejny. Kiedy malowany był mój korpus zacząłem mu się coraz baczniej i baczniej przyglądać, aż doszedłem do wniosku, że coś jest z nim nie tak. Tylko, że co powiedzieć? "Coś jest nie tak z moim korpusem na Twoim obrazie?" Gdzie dokładnie znajduje się mankament? W okolicach trzymanej za pasem dłoni. I co powiedzieć: "coś jest nie tak z moją dłonią na Twoim obrazie?" To wciąż było za mało. Zacząłem się z jeszcze większą uwagą przyglądać swojej dłoni na obrazie. Kiedy już udało mi się zlokalizować cały problem jakim był światłocień w okolicy kciuka, malarka zrobiła odejście od obrazu i sama dostrzegła coś, czego zlokalizowanie zajęło mi jakieś pięć minut pozowania. Błąd oczywiście skorygowała i obraz stwarzał w oglądającym niczym nie zmącony obraz niezłego malarstwa. Mnie jednak zaczęło to coraz bardziej zajmować i pozując zacząłem z tą dziewczyną rozmawiać o moich przemyśleniach. Odpowiedziała, że już na drugim stopniu moich doprecyzowań mogłem jej zwrócić uwagę, że resztę zobaczyłaby sama. Ja jednak bałem się posądzenia o niekonstruktywną krytykę. Zacząłem się w tym miejscu zastanawiać kiedy krytyka przestaje być niekonstruktywna.
Poszedłem w tych przemyśleniach za wiedzą o polityce i wotach nieufności. Niekonstruktywne mówi"Nie chcemy tego premiera", konstruktywne mówi "Nie chcemy tego premiera, chcemy tego, którego zaraz wam przedstawimy". Więc to nie ilość uszczegółowień krytyki czyni zeń niekonstruktywną, a to czy przedstawimy jakieś rady prowadzące do rozwiązania problemu. Czy na pewno? Niekonstruktywna krytyka często potrafi coś stworzyć. Często jest tak, że jak ktoś sformułuje swoją krytykę na tych trzech wymienionych przeze mnie poziomach, to ktoś kto ma w danej sprawie większe doświadczenie znajdzie ku temu rozwiązanie. A czemu sam nie zauważył niedoróbki? Mógł nie zdążyć wypowiedzieć swojej (w jego przypadku) konstruktywnej krytyki, albo mogła ona siedzieć w jego podświadomości i dopiero zostać wydobyta przez niekonstruktywnego krytyka.
Może należy spojrzeć na nie/konstruktywną* krytykę nie w kategoriach niej samej, ale przydatności. Ciężko mi stwierdzić, czy w ogóle można postawić między tymi dwoma typami krytyki można postawić jakiś znak nierównoważności na korzyść, któregokolwiek z typów. Bo konstruktywna podaje rozwiązanie, ale może gdyby postronni słuchający tej krytyki nie usłyszeli, że należy zrobić to to i to, to może znaleźli by inny sposób, a tak górę bierze syndrom myślenia grupowego, czyli coś co socjologia definiuje jako autocenzurę, umniejszanie problemów, wzajemne wspieranie się w utrzymywaniu narzuconego przez grupę sposobu myślenia. Niekonstruktywna z kolei napotka problem w sytuacji gdy nikt z grupy nie ma żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Albo znowu pomoże im myślenie grupowe i skarcą krytykanta, że się niekonstruktywnie czepia i problemu wcale nie ma, albo się grupowo zawezmą i znajdą rozwiązanie. Jako pointę pozwolę sobie zacytować Schopenhauera, który powiedział" Postawcie szare, koło czarnego będzie białe, postawcie je koło białego, a zda się czarne".
*niepotrzebne skreślić
Poszedłem w tych przemyśleniach za wiedzą o polityce i wotach nieufności. Niekonstruktywne mówi"Nie chcemy tego premiera", konstruktywne mówi "Nie chcemy tego premiera, chcemy tego, którego zaraz wam przedstawimy". Więc to nie ilość uszczegółowień krytyki czyni zeń niekonstruktywną, a to czy przedstawimy jakieś rady prowadzące do rozwiązania problemu. Czy na pewno? Niekonstruktywna krytyka często potrafi coś stworzyć. Często jest tak, że jak ktoś sformułuje swoją krytykę na tych trzech wymienionych przeze mnie poziomach, to ktoś kto ma w danej sprawie większe doświadczenie znajdzie ku temu rozwiązanie. A czemu sam nie zauważył niedoróbki? Mógł nie zdążyć wypowiedzieć swojej (w jego przypadku) konstruktywnej krytyki, albo mogła ona siedzieć w jego podświadomości i dopiero zostać wydobyta przez niekonstruktywnego krytyka.
Może należy spojrzeć na nie/konstruktywną* krytykę nie w kategoriach niej samej, ale przydatności. Ciężko mi stwierdzić, czy w ogóle można postawić między tymi dwoma typami krytyki można postawić jakiś znak nierównoważności na korzyść, któregokolwiek z typów. Bo konstruktywna podaje rozwiązanie, ale może gdyby postronni słuchający tej krytyki nie usłyszeli, że należy zrobić to to i to, to może znaleźli by inny sposób, a tak górę bierze syndrom myślenia grupowego, czyli coś co socjologia definiuje jako autocenzurę, umniejszanie problemów, wzajemne wspieranie się w utrzymywaniu narzuconego przez grupę sposobu myślenia. Niekonstruktywna z kolei napotka problem w sytuacji gdy nikt z grupy nie ma żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Albo znowu pomoże im myślenie grupowe i skarcą krytykanta, że się niekonstruktywnie czepia i problemu wcale nie ma, albo się grupowo zawezmą i znajdą rozwiązanie. Jako pointę pozwolę sobie zacytować Schopenhauera, który powiedział" Postawcie szare, koło czarnego będzie białe, postawcie je koło białego, a zda się czarne".
*niepotrzebne skreślić
czwartek, 19 lutego 2015
Pisany vlog #2
Słowem wstępu: ten tekst zacząłem pisać jakoś w połowie stycznia, potem zgubiłem notatnik z nim. W niezmienionej formie przepisuję, po nim będzie jeszcze rozwinięcie.
Pierwsza strona z nowego notatnika, trzeba by coś mądrego napisać. Penis. Siusiak. 27 test z fakultetu. Uwalona zerówka z etyki. Strzelnica. Wystarczą slajdy. Będzie dobrze. 18 30. Język argumentacji.
"Wszelki duch Pana Boga chwali"
Rajstopy kolorowe po trzy złote
Uwalona zerówka
Środa, a ja już zebrałem trzy ciekawe wydarzenia z mojego życia, które można by opisać. Po pierwsze to usłyszałem coś czego nie słyszałem od tekstu przerabianego w liceum. "Wszelki duch Pana Boga chwali". Ktoś się z kimś tak witał. Nie wiem kto i z kim, bo działo się to za moimi plecami, ale pewien jestem, że to usłyszałem. Nie wierzę, żeby ktoś tak nadal mówił, aczkolwiek to urocze. [uzupełnienie] Wierzący nie jestem, ale takie anachronizmy nie zależnie od ich konotacji łapią mnie swoją nostalgią za serce. To fajne, że nadal są ludzie, którzy kultywują tego typu tradycje. Ale może wypadałoby coś odkrywczego o tym napisać.
To to są jak już napisałem anachronizmy, czy archaizmy. Pozostałości po dawnych przedwojennych czasach, kiedy jak pamięć społeczna mówi, ludzie byli uprzejmiejsi, milsi, życie było bardziej dostatnie dla wszystkich, było też bardziej spokojne, leniwe. Filmy Eugeniusza Bodo, kabarety, Tuwim, Słonimski, Skamandryci i awangarda krakowska panowały na salonach. Była silna osobowościowo inteligencja. Grupa transcendentnych ludzi, którzy robili co chcieli. Mało wspomnieć z zachodniego podwórka Dalego, który wyszedł na spacer wyszedł nie z psem, czy fretką jak czynią ekstrawaganci, ale na pełnym splendorze (cyt. za https://www.facebook.com/ipdmdw?fref=ts) z mrówkojadem. Oczywiście upada to pod prostym pytaniem "po co?", ale nie zmienia to faktu, że zrobił coś bo chciał, nie przejmował się tym. I jednocześnie było to o wiele bardziej zabawne niż współczesne performance jak na przykład publiczne rodzenie przez artystkę jajek wypełnionych farbą na białe płótno. O edukacyjnych walorach jednego i drugiego ciężko mówić, choć osobiście jestem o wiele bliższy stwierdzeniu, że o ile kobiece narządy rozrodcze zobaczy w swoim życiu każdy, o tyle mrówkojada już nie. W Krakowie jest zoo i takiego zwierza tam nie ma.
Drugą sprawą są KOLOROWE RAJSTOPY PO TRZY ZŁOTE! TRZY ZŁOTE! O MATKO BOSKA PIENIĘŻNA! Z tego co pamiętam jakaś dziewczyna idąca ulicą Krupniczą rozmawiała o nich przez telefon, były dostępne w jakiejś księgarni. Czemu księgarnia zamawia rajstopy? Może przy okazji KOLOROWYCH RAJSTOP PO CZY ZŁOTE ktoś kupi jakąś książkę. Może. Gdzieś kiedyś spotkałem się ze statystykami, wedle których w Polsce, gdzie coraz więcej ludzi ma wyższe wykształcenie czytelnictwo jest niższe niż w krajach gdzie ilość osób potrafiących czytać to czterdzieści z każdych stu. Coś tu jest bardzo mocno nie tak.
Ale może tylko ja tak uważam. Może to nic złego, bo nowe media. Niby nic złego, tylko twórcy nowych mediów odwołują się w swoich treściach do starych mediów, ponieważ żeby medium było ciekawe powinno nosić znamiona merytoryczności, a ją zapewnia kontakt z treściami, które dostępne są tylko w książkach. Przynajmniej na razie są reprodukowane tylko na papierze. To się pewno zmieni, ale póki nie, to wszyscy będą myśleć jaki to ten, czy inny jest mądry, ponieważ chciało mu się spędzić kilka wieczorów nad lekturą. Dobrą robotę robią Ci, którzy popularyzują stare treści w nowych mediach. Tylko może się zrobić tak, że następne pokolenia reproduktorów treści będą się opierać na tych, którzy je reprodukowali w nowomedialnej formie, więc będzie to ulegać rozwodnieniu. W ogólności na dwoje babka wróżyła. To kolejny mało używany zwrot, a jest fajny.
Tu kończy się moje reprodukowanie i tworzenie treści w nowej, choć nie najnowszej formie.
Pierwsza strona z nowego notatnika, trzeba by coś mądrego napisać. Penis. Siusiak. 27 test z fakultetu. Uwalona zerówka z etyki. Strzelnica. Wystarczą slajdy. Będzie dobrze. 18 30. Język argumentacji.
"Wszelki duch Pana Boga chwali"
Rajstopy kolorowe po trzy złote
Uwalona zerówka
Środa, a ja już zebrałem trzy ciekawe wydarzenia z mojego życia, które można by opisać. Po pierwsze to usłyszałem coś czego nie słyszałem od tekstu przerabianego w liceum. "Wszelki duch Pana Boga chwali". Ktoś się z kimś tak witał. Nie wiem kto i z kim, bo działo się to za moimi plecami, ale pewien jestem, że to usłyszałem. Nie wierzę, żeby ktoś tak nadal mówił, aczkolwiek to urocze. [uzupełnienie] Wierzący nie jestem, ale takie anachronizmy nie zależnie od ich konotacji łapią mnie swoją nostalgią za serce. To fajne, że nadal są ludzie, którzy kultywują tego typu tradycje. Ale może wypadałoby coś odkrywczego o tym napisać.
To to są jak już napisałem anachronizmy, czy archaizmy. Pozostałości po dawnych przedwojennych czasach, kiedy jak pamięć społeczna mówi, ludzie byli uprzejmiejsi, milsi, życie było bardziej dostatnie dla wszystkich, było też bardziej spokojne, leniwe. Filmy Eugeniusza Bodo, kabarety, Tuwim, Słonimski, Skamandryci i awangarda krakowska panowały na salonach. Była silna osobowościowo inteligencja. Grupa transcendentnych ludzi, którzy robili co chcieli. Mało wspomnieć z zachodniego podwórka Dalego, który wyszedł na spacer wyszedł nie z psem, czy fretką jak czynią ekstrawaganci, ale na pełnym splendorze (cyt. za https://www.facebook.com/ipdmdw?fref=ts) z mrówkojadem. Oczywiście upada to pod prostym pytaniem "po co?", ale nie zmienia to faktu, że zrobił coś bo chciał, nie przejmował się tym. I jednocześnie było to o wiele bardziej zabawne niż współczesne performance jak na przykład publiczne rodzenie przez artystkę jajek wypełnionych farbą na białe płótno. O edukacyjnych walorach jednego i drugiego ciężko mówić, choć osobiście jestem o wiele bliższy stwierdzeniu, że o ile kobiece narządy rozrodcze zobaczy w swoim życiu każdy, o tyle mrówkojada już nie. W Krakowie jest zoo i takiego zwierza tam nie ma.
Drugą sprawą są KOLOROWE RAJSTOPY PO TRZY ZŁOTE! TRZY ZŁOTE! O MATKO BOSKA PIENIĘŻNA! Z tego co pamiętam jakaś dziewczyna idąca ulicą Krupniczą rozmawiała o nich przez telefon, były dostępne w jakiejś księgarni. Czemu księgarnia zamawia rajstopy? Może przy okazji KOLOROWYCH RAJSTOP PO CZY ZŁOTE ktoś kupi jakąś książkę. Może. Gdzieś kiedyś spotkałem się ze statystykami, wedle których w Polsce, gdzie coraz więcej ludzi ma wyższe wykształcenie czytelnictwo jest niższe niż w krajach gdzie ilość osób potrafiących czytać to czterdzieści z każdych stu. Coś tu jest bardzo mocno nie tak.
Ale może tylko ja tak uważam. Może to nic złego, bo nowe media. Niby nic złego, tylko twórcy nowych mediów odwołują się w swoich treściach do starych mediów, ponieważ żeby medium było ciekawe powinno nosić znamiona merytoryczności, a ją zapewnia kontakt z treściami, które dostępne są tylko w książkach. Przynajmniej na razie są reprodukowane tylko na papierze. To się pewno zmieni, ale póki nie, to wszyscy będą myśleć jaki to ten, czy inny jest mądry, ponieważ chciało mu się spędzić kilka wieczorów nad lekturą. Dobrą robotę robią Ci, którzy popularyzują stare treści w nowych mediach. Tylko może się zrobić tak, że następne pokolenia reproduktorów treści będą się opierać na tych, którzy je reprodukowali w nowomedialnej formie, więc będzie to ulegać rozwodnieniu. W ogólności na dwoje babka wróżyła. To kolejny mało używany zwrot, a jest fajny.
Tu kończy się moje reprodukowanie i tworzenie treści w nowej, choć nie najnowszej formie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)