sobota, 1 sierpnia 2015

Pisany vlog #6

Spacerowałem sobie wczoraj po Krakowie, a jeśli o tym piszę to znaczy, że coś ciekawego się podczas tego wydarzyło. Po pierwsze zawędrowałem do okolicy gdzie się wychowałem, zobaczyłem, że okno mieszkania na parterze gdzie mieszka mój przyjaciel z dzieciństwa jest otwarte. Postanowiłem sprawdzić, czy jest w domu i ostatkiem woli powstrzymałem się od krzyknięcia jego imienia jak to zwykłem robić dziecięciem będąc. Podszedłem do domofonu, nacisnąłem guzik odpowiadający za zadzwonienie do jego mieszkania i jak kiedyś powiedziałem "Dzień dobry, czy jest XXX?". Okazało się, że jest. Wszedłem na klatkę, otworzył mi. I po początkowym zdziwieniu, że się pojawiłem powiedział, że ma czas na pięć minut pogadać przed kamienicą. Stoimy, rozmawiamy. Nic się nie dzieje. Woła przez okno brata i mówi mu, że skoro trzeba pójść zrobić zakupy to on pójdzie. Ich ojciec wyszedł do okna dać mu kasę. Kiedy się przywitałem najpierw mnie nie rozpoznał, potem z racji noszonego zarostu nazwał Rumcajsem. I jak za młodu poszliśmy na pobliski plac targowy po zakupy. Włóczymy się, gadamy. Nic się nie dzieje. Wracamy. Potem wygospodarował jeszcze kolejne dwadzieścia minut czasu. Idziemy na pobliskie błonia, siadamy na ławce. Gadamy. Czas się kończy. Rozchodzimy się. Ja dalej włóczyć się po mieście, on do swoich spraw. Niby nic wielkiego. Gadanie, chodzenie. A dla mnie to wszystko miało niesamowite znaczenie. Poczułem się znów jakbym miał 15 lat. Czasem fajnie jest poczuć się poniżej swoich kompetencji. Można wtedy bardziej docenić to kim się jest i co się osiągnęło.
Ale to nie jedyne ciekawe co się u mnie podziało. Spacerowałem dalej, doszedłem do plant i widzę kobietę na ławce. Nic niezwykłego, jednak książka, którą czytała była już bardzo niecodzienna, ponieważ czytała Prousta. Pierwszy raz widziałem kogoś kto trzymał książkę tego autora w ręce. Ostatnią ciekawą rzeczą jaka mi się wczoraj było to jak cały czas dreptam sobie plantami ze słuchawkami w uszach. Czuję tapnięcie na ramieniu i zaczepia mnie facet. Łysy, koszulka z husarze, krótkie spodnie i takie adidaso-trampki. Czarne z białymi sznurówkami. Ja, koszulka Iron Maiden, spodnie-bojówki wpuszczone w cholewy butów. I właśnie o te buty, a nie o zawartość portfela, czy też poglądy zostałem zapytany. I to zostałem zapytany w bardzo uprzejmy i miły sposób. A przez temat narodowca przechodzimy do dwóch kolejnych, do wyglądu i pierwszego wrażenia, a także do tego co jest dzisiaj. Do rocznicy powstania warszawskiego. Zacznijmy jednak od wyglądu i pierwszego wrażenia. Spacerując wczoraj widziałem dużo turystów, którym chciałem pomóc kiedy widziałem, że stoją z mapą w ręce i nie wiedzą do końca gdzie są. Ich reakcją był, można to nazwać strachem. Faktycznie bali się mnie w takim stroju. Kiedy parę dni wcześniej, co prawda do innych ludzi, ale podchodziłem ubrany w jeansy prosili o pomoc, albo odmawiali, ale żaden z nich nigdy nie podskoczył ze strachu. A ja mówiłem zawsze w ten sam uprzejmy i spokojny sposób, czy potrzebują pomocy. A teraz przejdźmy do rocznicy powstania. Zauważyliście, że dzisiejszy dzień jest taki trochę pusty. Zaczyna się po godzinie siedemnastej? Wcześniej nie wypada nic robić, bo przecież to święto. A jednocześnie jest to święto puste. Smutnym jest to, że nie świętujemy żadnego z naszych zwycięstw, a jedynie taplamy się w bagnie porażki. Oni walczą już od godziny.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

niedziela, 26 lipca 2015

Pisany vlog #5

Dawno nie pisałem nic lżejszego. Przyda mi się, bo błądzenie po takich metafizycznych tematach odrywa od rzeczywistości. I zauważyłem dwie rzeczy, które mi się wryły w pamięć. Otóż czas jakiś temu byłem w Raciborzu, szliśmy ze znajomymi ze sklepu, mija nas matka z dzieckiem. Niby nic szczególnego. Spacerowała w stronę sklepu, z którego wyszliśmy. Pchała wózek dość raźno, ale nie biegnąc. A jednak było to za szybko, bo oto mijając nas jej pociecha powiedziała: "Matko, nie pędź tak." Dziecko miało ze trzy lata maksymalnie, bo później to już raczej dziecko chodzi, a nie jeździ w wózku. Nie wiem, nie pamiętam kiedy przestałem jeździć w wózku. Mały wtedy byłem. Właściwie odkąd pamiętam chodzę na własnych nogach. Ale to nie o mnie tutaj mowa. Kto z was słyszał, żeby trzyletnie dziecko mówiło w taki sposób? Trzylatki fakt faktem, mówią sprawnie, ale żeby używać form, które przez dorosłych zostały zapomniane? A, przynajmniej na pewno nie są używane w mowie potocznej. Gdzie takie formy językowe się uchowały? Może ktoś mu to przeczytał w jakiejś książce? Albo sam przeczytał, bo jest nadzdolny? Może po prostu, któreś z jego rodziców w stosunku do swoich rodziców tak mówi i to podpatrzył? Nie ważne skąd przeniknęła do jego języka ta forma, dobrze to rokuje na przyszłość, jeśli tylko gimnazjum jej nie wyruguje. Bo gimnazja potrafią przenicować człowieka na drugą stronę. Sam chodziłem do takiego, które było do tego zdolne, ale o tym w osobnej notce. Drugim co mnie uderzyło jest znowu dziwny zwrot, choć w trochę mniej zaskakujących okolicznościach. Otóż stoję sobie w busie do Krakowa. Nie miałem wtedy przy sobie słuchawek, więc nie mogłem się odciąć od rzeczywistości muzyką. Pozostało mi więc stanie w upale, pocenie się i słuchanie tego co się dzieje wokół mnie. Słuchałem więc jedynego co było ciekawego. Rozmowy dwóch starszych panów. Najpierw upewniłem się, że nie rozmawiają o niczym czego słuchać nie powinienem, typu problemy zdrowotne, czy też pieniądze. Rozmawiali o dzieciństwie. Obaj panowie byli z rodzin uzdolnionych muzycznie i z muzyki żyjących. W pewnym momencie jeden z panów użył słowa "Tatulko". I to mnie zadziwiło. To jest zwrot, którego w odniesieniu do swojego ojca mógł używać Wokulski, albo dowolny prapradziadek. Ale tego słowa użył pan w wieku lat mniej więcej pięćdziesięciu. To niesamowicie ciekawe, że takie formy językowe wciąż żyją. To również bardzo fajne, bo ożywia to nasz język. Aktualnie wytwarzane formy językowe są nudne, są tak bardzo skupione na wyrażaniu silnych emocji, że już się zużyły i nie niosą w sobie żadnego ładunku emocjonalnego. Profesor Miodek w wywiadzie powiedział kiedyś: "W ogóle dzisiaj jeśli coś nie jest „mocne” lub „masakryczne” to przestaje być atrakcyjne. Żyjemy w czasach, w których wszystko trzeba podkreślić mocnym przymiotnikiem, inaczej jest bezwartościowe.". To już nie chodzi o to, że coś bez tego wzmocnienia jest słabsze, a o to, że w ogóle traci jakiekolwiek znaczenie i wartość. A jednocześnie wszystkie te wzmocnienia są wypowiadane bez jakiegokolwiek, choćby najbardziej ulotnego poczucia mocy tego wzmocnienia. Zdaje się być ten czas, w którym żyjemy przepełniony pustą egzaltacją. Przeżywający każdą najmniejszą rzecz, ale przeżywający powierzchownie. W natłoku informacji zatraciło się ich znaczenie.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

wtorek, 21 lipca 2015

O samodzielnym myśleniu.

Tyle się słyszy i myśleniu samodzielnym, o nie zawierzaniu swojego życia autorytetom. A z drugiej strony co chwila widzimy ludzie, którzy są nam stawiani za wzór.Problem jest dla mnie o tyle poważny logicznie, że jak dla mnie nie jest możliwym myśleć całkowicie autonomicznie. Bo zanim zdamy sobie sprawę z tego, że może fajnie byłoby tak robić to nasze myślenie i tak będzie skażone myśleniem naszych rodziców i każdego kogo uważamy za wzór do naśladowania. Bardziej możliwym wydaje mi się zdanie sobie sprawy z tego, że nasze myślenie jako jednostki jest fenomenalną, czy też fenomenologiczną syntezą wszystkiego co świadomie, lub nieświadomie uważamy za ważne. Z drugiej strony mamy myślenie oparte na schemacie: "Wszystko już było. Nikt nie wymyśli nic więcej. Po co się wysilać próbując." A no właśnie dlatego, że te syntezy są jedyne w swoim rodzaju. Są fenomenami. Często nie są one jakoś bardzo odkrywcze, ale mogą tej odkrywczości nabrać. Mogę również same w sobie nie być niczym niezwykłym, ale mogą kogoś natchnąć do bycia wielkim.
Cała filozofia wydaje nam się nie być niczym odkrywczym, a jednak o tym czego dokonał Kant publikując swoje prace mówi się jako o "przewrocie Kopernikańskim", czymś porównywalnym ze sformułowaniem teorii heliocentrycznej. A Kant dokonał tylko syntezy angielskiego empiryzmu i francuskiego racjonalizmu. A teraz dla nas jest oczywistym, że dla zrozumienia zjawiska i poznania go ważne jest za równo poznanie przez doświadczenie jak i tych doświadczeń racjonalna analiza. Niby nic wielkiego, ale niesamowicie rozszerzyło horyzonty myślowe i umożliwiło powstanie kolejnych bazujących już na jego odkryciach systemów, czy też opracowań filozoficznych. Samodzielne myślenie... Ostatnio moja mama wspominała przy rozmowie ze znajomą jak to było kiedy było pierwsze w gimnazjum organizacyjne zebranie. Trzeba było zadeklarować, czy dziecko-nie-dziecko będzie, czy też nie będzie chodzić na religię. I moja rodzicielka jako jedyna wróciła z tą kartką niepodpisaną na zebraniu, bo chciała ze mną przedyskutować, czy chcę chodzić na te lekcje.
Z tego widać, że bardzo ważnym wydaje się być pogranicze woli i myślenia. Szanowanie cudzych myśli, póki nie godzą one w nas bezpośrednio, albo nie są krzywdzące dla jakiejś konkretnej osoby. Jeśli nie uszanujemy cudzej woli myślenia, poniekąd ją ograniczamy. A już Immanuel Kant powiedział, że: "Zawsze działaj podług takiej maksymy, wobec której chciałbyś aby stała się powszechnie obowiązującym prawem". Powszechnie obowiązującym, czyli oddziałującym na wszystkich. Z Tobą włącznie. Według Kanta jest również niezmiernie ważnym to, że to co jest złym uczynkiem, jest nim zawsze, nie ważne jakie są okoliczności jego dokonania. Jest to trochę wbrew jego fenomenologii, ale jednocześnie jest bardzo słusznym moralnie i etycznie ponieważ zamyka to możliwość robienia absolutnie wszystkiego: "bo ja jestem jeden jedyny w takiej sytuacji". Jest tak jak mówisz, ale jednocześnie jest bardzo wielu ludzi w podobnych sytuacjach. Są w na tyle podobnych sytuacjach, że można postawić między nimi, a Tobą znak podobieństwa. I jednak bardzo często ludzie nie naginają prawa, ani własnej godności aby sobie z tą sytuacją poradzić.
Strasznie tu moralizuję i odbiegam od tematu. W ogóle to nie powinienem był pisać "bardzo często", bo to jest takie określenie - wytrych. Niby coś określa, ale właściwie to stanowi tylko podkładkę dla moralizatora. Choć samo moralizowanie wydaje mi się być w obecnych czasach ważnym. Tylko nie moralizowanie na zasadzie "bądź dobrym", a "bądź pełnym". Odnoszę od jakiegoś czasu wrażenie, że coś takiego się podziało w ostatnich latach co odebrało jakiejś części ludzi siłę i wolę działania. Tylko jeśli człowiek ma w sobie wolę działania to będzie myślał samodzielnie, albo raczej samodzielnie syntezował wcześniej poznane fenomeny.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

sobota, 11 lipca 2015

O woli słów kilka.

Od jakiegoś bardzo męczy mnie zagadnienie woli ludzkiej. Woli rozumianej jako motoru napędzającego życie człowieka od początku gdziekolwiek by nie był, aż do śmierci. I nie mam tutaj na myśli jej zmian wobec konkretnych jej przedmiotów, ale zmian jej natężenia i czynników, które te zmiany wywołują. Zastanawia mnie w tym wszystkim również fenomen mówców motywacyjnych. Nie mam zamiaru tutaj ich krytykować, raczej bardzo mi smutno, że w ludziach nie ma samoistnie tyle woli, że tacy ludzie są potrzebni. Ale najpierw wypadałoby, żebym opisał wolę. Jak ją rozumiem, czym dla mnie jest. Jest ona dla mnie motorem napędowym działań ludzkich mających inny cel niż utrzymanie czysto biologicznej egzystencji. I tak jak zacząłem o niej myśleć, to wyobraziłem ją sobie jako ognisko, które płonie gdzieś w człowieku. Akcje innych ludzi mogą je gasić lub rozniecać, te same akcje są również dostępne człowiekowi wewnętrznie.
Robienie różnych rzeczy ważnych dla danej jednostki z jednej strony zużywa energię płomienia, a z drugiej jej końcowym efektem jest paliwo, które z powrotem może zasilić płomień, a często nawet uczynić go jeszcze gorętszym. Wszystko się zasadza na tym jakie skutki pociągnie za sobą nasza akcja.
Konsekwencja i konsekwencje. Konsekwencja jako decyzyjność, konsekwencje jako następniki logiczne naszej konsekwencji. Konsekwencją jest również przyjmowanie tych następników z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Gombrowicz pisał o tym w swoich dziennikach, dopiero stawał się pisarzem, żeby nim w pełni zostać. Z drugiej strony Umberto Eco w jednym ze swoich felietonów wydanych w "Zapiskach na pudełku od zapałek" pisał o tym, jak zgubne może być odejście od konsekwencji. Podał za przykład zalecenie lekarza, żeby spożywać do osiemdziesięciu gram mięsa i wypijać maksymalnie jeden kieliszek wina dziennie. I całym złem w zjedzeniu dziewięćdziesięciu gram mięsa i wypicia dwóch kieliszków wina nie jest natychmiastowa śmierć, a właśnie złamanie własnej woli i obżeranie się jak poprzednio. Na pytanie czy zalecenie lekarza jest naszą wolą, spieszę z odpowiedzią, że tak. Jest. Po pierwsze dlatego, że sami z własnej woli zgadzamy się postępować zgodnie z jego zaleceniami, a po drugie dlatego, że nadrzędną jest wola życia zawarta w każdej jednostce. I nie jest to wola życia jak u Schopenhauera definiowana jako ślepy bezsensowny pociąg do odwleczenia śmierci, ale wola do egzystencji, czyli może faktycznie trochę odwleczenia śmierci w czasie, a po za tym do rozwoju duchowego i intelektualnego. Wola życia jest również konieczna dla realizacji każdej innej woli, ponieważ człowiek, żeby zrobić cokolwiek musi być żywy.
Kolejną rzeczą, która wydaje mi się ważna jest autoironia i dystans do siebie, a także świata, bo jesteśmy częścią świata innych ludzi, i sami stwarzamy swój świat poznając go, bo nie da się czegoś obiektywnie poznać. Zwłaszcza jeśli mówimy o wartościach etycznych jak dobro, piękno, sprawiedliwość, godność, szacunek, czy zło. Więc jak brać wszystko na poważnie jeśli cały świat stoi na piasku i równie dobrze może być fatamorganą. Wydaje mi się być pasującym cytat z Wittgensteina, zbiegający się również z badaniami antropologów Sappira i Whorfa, gdzie filozof powiedział, że "granice mojego języka są granicami mojego świata", a mistrz i uczeń antropologowie głoszą hipotezę o jakiejś dozie wpływu używanego przez jednostkę języka na jej sposób myślenia. Weźmy za przykład języki: polski i niemiecki. Wybierzmy słowo opisujące małe zielone owocki rosnące na niskich krzakach z kolcami. Po naszemu: agrest, może odnosi się to do agresji jakiej dokonują kolce gałęzi na nasze dłonie podczas zrywania, ale raczej jest to mało prawdopodobne. Jak się nazywa ten sam owoc za Odrą? Die Stachelbeere. Kłująca, lub dźgająca jagoda. Też myślę, że po polsku bezpieczniej go jeść.
Wracając do wątku woli. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. Będzie jeden, będzie z mojego życia, będzie bardzo prywatny, ale nie znam ludzi, którzy to czytają więc piszę anonimowo.
Próbowałem popełnić samobójstwo dwa razy, oba były z bardzo błahych powodów, które rozdmuchałem jak szklaną bańkę, ona zaś z pomocą moich rodziców i znajomych została rozbita. Kiedy i jak to się stało? Pierwszy raz było w gimnazjum, po poprawce z matematyki w wakacje między pierwszą, a drugą klasą okazało się już pod koniec września, że będę musiał zaliczać semestr, kiedy nauczycielka mi o tym powiedziała kierowany impulsem powiedziałem nauczycielce: "Do widzenia" i skierowałem się do okna. Siedziałem na parapecie, kiedy krzyknęła "Adam!", to mnie rozproszyło, rozpłakałem się. Jakoś dałem radę. Przeszedłem przez gimnazjum, liceum. Po siedmiu latach nadeszło to znowu. Kolejny raz z podobnie błahego powodu. Miałem wtedy mnóstwo małych problemów na studiach, ciężko było mi się z kimkolwiek dogadać, chciałem się wycofać z każdej po za studyjnej formy aktywności, przyjaciele mi nie pozwolili. Tym razem z mostu Dębnickiego, ściągnęła mnie obca kobieta, dobre 10 minut stałem w samej koszulce przy 5 pięciu stopniach powyżej zera(wpadłem na pomysł, że jak wpadnę cieniej ubrany do zimnej wody to szybciej się wychłodzę w razie gdybym przeżył upadek), próbując zmusić się, żeby przeważyć się ciężarem ciała na drugą stronę barierki. Zadzwoniła na moją prośbę po karetkę, bo nie mogłem uspokoić nerwowego drżenia ciała. Sanitariusze pytali, czy coś brałem, pani Ewa, bo tak na imię mojej wybawicielce strasznie się obruszyła, że w ogóle podejrzewają mnie o to. Myślałem, że dadzą mi coś na uspokojenie i pojadą, a zawieźli mnie do babińskiego. Spytali mnie o datę. Odpowiedziałem, że 2014, a był już luty 2015. Ale szybko się poprawiłem i powiedziałem, że nie używam często daty rocznej, co jest prawdą, stąd się pomyliłem. Pani Ewa wymusiła na mnie podanie numeru telefonu do mamy, rodzice przyjechali do babińskiego. Badanie krwi w szpitalu potwierdziło, że nic nie brałem. Stojąc wtedy na moście działa się we mnie jakaś walka, o moje własne życie. Jeden głos mówił, żeby tego nie robić, że się wszystko poskłada, że będzie dobrze. Drugi mówił, że jestem beznadziejny, że nawet skoczyć nie potrafię. To był wtorek w lutym, skończyłem semestr, nawet bez większych problemów, wziąłem urlop dziekański, teraz sobie na nim siedzę i już całkiem mocno wróciłem do siebie. Stąd te wszystkie moje przemyślenia odnośnie woli człowieka. Ja moją wtedy straciłem. Moja wola życia była wtedy wolą według Schopenhauera. Ślepym, bezwolnym byciem, "bo się urodziłem i nikt od tego czasu mnie nie zabił". Mógłbym jeszcze tak lać wodę na temat swojego stanu wtedy, ale nie jest to potrzebne, bo ta linijką którą na to poświęciłem wystarczy.
A jak to wszystko cała ta wola się ma do mówców motywacyjnych i trenerów rozwoju osobistego, bo to od nich jakby nie patrzeć wyszedłem?
Otóż oni pracują na woli ludzkiej. Rozbudzają ją, sami mając z tego jeszcze więcej woli. Są jednak niestety trochę złem koniecznym. Mam tutaj na myśli, że bardzo źle jest kiedy ludzie, żeby faktycznie poczuć motywację do działań potrzebują kogoś kto cały czas jak cheerleaderka będzie za nimi stał i klepał go po plecach. Coś jest wybitnie z tym społeczeństwem nie tak. Powszechnie panujący typ woli to jednak jest ta według Schopenhauera. Co się dzieje, że mimo głoszonego "Czasu świadomego człowieka i obywatela", mamy coraz większy zanik świadomości? Wiem, że Mikołaj I powiedział, że głupim narodem łatwiej rządzić, ale teraz nie żyjemy w czasach kiedy to ma sens. A może jednak? Tylko to wpada w straszne teorie spiskowe, a po prawdzie to szkoły mają niezły program i 10 minut spędzonych w internecie może bardzo rozszerzyć naszą wiedzę na dany temat, więc czemu tak się dzieje, że ludzie nie chcą tego robić? Może czują się wyalienowani. Może przez to, że ledwo są w stanie zapewnić sobie i bliskim byt, to nie mają już siły na nic więcej, a jeśli nawet mają zarówno siłę i czas to wolą je spędzać w galeriach handlowych i przed telewizorem.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

środa, 17 czerwca 2015

Dwóch stron kija opisanie.

Zauważyliście, że rzadko się zdarza, żeby człowiek polemizował sam ze sobą? Żeby po przedstawieniu jednego punktu widzenia, zreflektował się i powiedział: "ale z drugiej strony...". Ludzie jakoś przestali polemizować sami ze sobą. Nie próbują też zrozumieć drugiego człowieka, podczas rozmowy z nim, a jedynie wpoić mu swój punkt widzenia, lub w przypadku jego oporu wobec prób konwersji, ośmieszyć i zwyzywać od głupich. Ludzie przestali chcieć się domyślać, a chcą tylko wiedzieć. A zdobytej wiedzy nie wykorzystują, ponieważ pokrywa ona trywialne tematy, jak na przykład co działo się na ostatniej imprezie, lub kto co zrobił. Spotkałem się z opinią jakoby było to spowodowane przez chęć bycia w grupie. Spotkałem się z tą opinią na facebooku, na stronie "Jasmine ToValli".
Możliwe, ale jednak bardziej skłaniałbym się ku jednostkowej woli wiedzy jako przyczynie takiego stanu rzeczy. Jednocześnie przy woli wiedzy ludzie boją się kontrargumentów, nawet podawanych w kontrolowanych przez siebie porcjach. Wiedza nie konfrontowana z niczym jest płytka i jednostronna. Wspomniana przeze mnie wcześniej postawa braku woli umacniania i swojej wiedzy powoduje z kolei nie chęć do polemiki, co z efektem spirali wzmacnia strach przed kontrargumentami. Dzieje się tak, ponieważ polemika wymaga od polemizujących szerokiego spojrzenia i tolerancji, czy też szacunku dla poglądów drugiej osoby i rozmówcy jako takiego. Następstwem opisanego przeze mnie stanu rzeczy jest to, że ludzie się kłócą, próbując jeden drugiemu narzucić swój punkt widzenia przy użyciu argumentów bez żadnej wartości merytorycznej, będącymi jedynie chwytami erystycznymi, jedynie pozornie ad rem, czyli odnoszącymi się do rzeczy, a tak naprawdę jedynie liżącymi zagadnienie przez szybkę. Zdaje mi się również, że ludzie nie potrafią, lub po prostu nie chcą widzieć, że nie tylko oni mają rację, nie chcą widzieć szarości, świat jawi im się jako monochromatyczny, rysowany mocną, wyraźną linią jak z jakiegoś komiksu noir, gdzie wszystkie kontury i granice są nawet zbyt wyraźne. Jedynie granice mentalne między głównym bohaterem i antybohaterem nie są tak wyraźne. Ale tego nie chce się widzieć. Potrzebujemy świata Smoka i Świętego Jerzego, czy Zygfryda. Wyraźnego zła i wyraźnego dobra. Materii i antymaterii, która w wielkim zderzeniu powoła do życia nowy świat. Tylko kiedy nastąpi to zderzenie? Bo obijają się o siebie te światy już od jakiegoś czasu. Ja nie mam pomysłu.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

sobota, 6 czerwca 2015

Cebuloszynista #3

I tak mijają im dnie. Albo na skakaniu, albo na narzekaniu, że są po niewłaściwej stronie.


https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644

czwartek, 4 czerwca 2015

Próba zrobienia lepiej

Jak takiś mądry to zrób lepsze. Pokaż lepsze jak potrafisz!
Taki zwrot zasługuje według mnie na to, żeby mu się dokładniej przyjrzeć.
To wyzwanie i kpina zarazem. Kpimy ironicznie:"Jak takiś mądry". Zakładamy jednocześnie, że rozmówca nie jest taki mądry i się speszy, że nie jest w stanie wykonać danej czynności lepiej. A co by było gdyby ktoś ten jeden raz był kamieniem dla przysłowiowej kosy, albo kreską dla równie przysłowiowego matyska i zrobił daną rzecz faktycznie lepiej. To dopiero byłoby kpiarstwo i ironia. Ale to się chyba nigdy nie wydarzy. Ten tekst jest zawsze wygłaszany w stosunku do osób, o których wygłaszający jest pewien, że nie są w stanie być lepszymi. Tylko raz w moim życiu zdarzyła się podobna sytuacja i to ja byłem tym, który zrobił lepiej. Rzecz się stała w gimnazjum. Otóż raz coś mnie tknęło i postanowiłem się pouczyć do sprawdzianu z języka angielskiego. Czas jakiś po sprawdzianie, anglistka oddaje nam sprawdziany i zadaje klasyczne pytanie czy był łatwy. Odpowiedziałem, że tak... A jedna z koleżanek jak się nie obruszy, i nie wrzaśnie:(pamiętam dokładnie słowa jakby to było wczoraj)"Ty zawsze mówisz, że był łatwy, a i tak masz słabe oceny, co teraz dostałeś?", odparłem jej-"czwórę".
Odpowiedziało mi milczenie. Miała niższą ocenę. Czyli ja nie ucząc się miałem takie oceny, jak ona ucząc się. I fakt faktem, nawet mając tak "słabe oceny", czyli na poziomie trójki mówiłem, że sprawdzian był łatwy. Bo on był łatwy, tylko my się nie nauczyliśmy wystarczająco. Teraz jak definiuję łatwość sprawdzianu spytacie? Jako pokrywanie się materiału na sprawdzianie, z tym robionym na lekcjach. Jako brak zadań wymagających jakichś specjalnych zdolności, czyli na przykład napisanie wiersza z rymami w układzie AB AB, stroficznego, z akcentami na trzecią sylabę, trzynastozgłoskowego. Wracając zaś do poprzedniej myśli, mi, aby wzejść o stopień w górę wystarczyło piętnaście minut. O ile lepiej napisałbym ten sprawdzian, gdybym na naukę poświęcił pół godziny? Ale po co jeśli sprawdziany nie są obiektywnym odzwierciedleniem wiedzy i umiejętności. Pozwolę sobie przytoczyć przykład. I to nie ten klasyczny, gdzie ja nie ściągałem i dostałem 3, a ktoś ściągał i dostał 5. Zupełnie inny, jeszcze ze szkoły podstawowej. Otóż mieliśmy do przeczytania jako lekturę szkolną "Przygody Odyseusza", autorstwa Jana Parandowskiego. Książeczka miała może 40 stron, co nie przeszkadzało mi jej czytać każdego wieczora od deski do deski przez bite dwa tygodnie, bo na tyle przed zaczęciem przerabiania ją wypożyczyłem. Przyszedł czas sprawdzianu ze znajomości lektury. W pierwszym pytaniu rozpisałem się tak bardzo jak tylko mogłem, nawet aż za bardzo. Ponieważ mimo tego, że napisałem w nim również odpowiedź na drugie pytanie(w odpowiedzi na pierwsze trzeba było streścić fragment na wyspie Polifema, a na drugie opowiedzieć o konsekwencjach tego pobytu, to nauczycielka zarzuciła mi nieznajomość lektury i wlepiła dwóję. Widzicie tu logikę? Bo ja nie. Jeszcze lepszym w "robieniu lepiej" jest kiedy za to zabiera się osoba o ewidentnych brakach w kompetencjach. Takich brakach, że po za jej zasięgiem jest nawet zrobienie dobrze. A jednak taka osoba chce pomagać innym. Chce już bez wyzwania, ale jednak robić lepiej. Mam tu na myśli administratorkę pewnej samopomocowej grupy dla blogerów. I pomyliła zamiast napisać "przynajmniej", użyła słowa "bynajmniej". Znacie ten ból? Jeśli nie to, się cieszcie, ale też was to czeka, zaś Ci którzy jak ja wiedzą o co chodzi to mogą się również cieszyć, że to rozczarowanie już za nimi. Jak bardzo trzeba się idealizować, żeby w ogóle czuć się w kompetencji poprawiania innych, a jednocześnie robić takie błędy? Sam idealny nie jestem, ale jednocześnie zawsze podchodzę do siebie bardzo samokrytycznie, a ludziom w obecnych czasach chyba bardzo tego brak. A i tak nie jestem lepszy od nich. To wszystko co tutaj napisałem, może być brane za tak bardzo obłudne. Mam nadzieję, że jednak nie sądzicie, że byłbym do czegoś takiego zdolny.

https://www.facebook.com/pages/LordTytusMandarynka/449225425101644